Listy t. I - Nasz związek z Jezusem Chrystusem - 29.08.1950 r.

Nasz związek z Jezusem Chrystusem

29 sierpnia 1950r. Męczeństwo Jana Chrzciciela

Najmilsi,

W ciągu tych szybko biegnących lat za każdym razem, jak zastanawiam się nad naszym powołaniem i wypływającym z niego stylem życia jako takim albo w odniesieniu do wydarzeń w Kościele i świecie, jestem coraz bardziej przekonany o istnieniu dwu prawd ściśle ze sobą powiązanych.
Przede wszystkim o boskim pochodzeniu tego powołania.
Kiedy widzę twarze założycieli tego czy innego Instytutu, to wyczuwam, że za nimi - niedoskonałymi narzędziami - stoi prawdziwy twórca Duch Święty, który powtarza słowa już raz wypowiedziane przez Chrystusa: „Ojciec mój działa aż do tej chwili i Ja działam" /J. 5,17/.
Jeśli zastanowić się nad niezwykłym i twórczym dopasowaniem tego powołania do przesłania ewangelicznego oraz nad czasem, w którym się pojawiło jako zaczyn w cieście świata, nie można nie podsumować tego zjawiska słowami Biblii: „Doprawdy jest w tym palec Boży!".
Z drugiej zaś strony, pewność ta niesie ze sobą wielki ciężar odpowiedzialności, spoczywający na poszczególnych osobach oraz na Instytutach, które podjęły to wyzwanie i wkroczyły na nową drogę, niepewni siebie, ale ufni w łaskę Boga wiedząc, że Ten, który dał początek, da też i wzrost.
Nasza odpowiedzialność! Może nas to przyprawić o dreszcze, tym bardziej jeśli zestawimy fakt, że nie dorastamy do tego zadania oraz naszą małość, która stopniowo ujawnia się wraz z trudnościami związanymi z drogim nam, choć ciężkim zadaniem, do którego zostaliśmy powołani. Czyli do doprowadzenia świata do doskonałości, łącząc nasze uświęcenie ze zjednoczeniem całej rzeczywistości w Chrystusie.
Wynika z tego potrzeba dostosowania Instytutu jako całości oraz każdego z nas do podjęcia i wypełnienia takiej odpowiedzialności. Jak bardzo pragnienie to żyje w was i kształtuje wasze najgłębsze myśli i jest źródłem waszej troski, chciałoby się rzec, jedynej, miałem okazję się przekonać w rozmowach indywidualnych i grupowych z wami odbytych.

Powinniśmy wspólnie podziękować za to Panu i prosić abyśmy w tym pragnieniu wytrwali.
Z powodu silnie odczuwanej troski, instynktownie poszukujemy sposobu, który najlepiej odpowiadałby podjęciu takiej odpowiedzialności, czyli naszej duchowości. Droga, którą wybraliśmy, jest w swych fundamentalnych zarysach całkiem nowa, a zatem bez pomocy w postaci wypracowanej przez lata tradycji, którą to posiadają istniejące od dawna w Kościele inne formy życia.
Do takich poszukiwań z radością was zachęcam i przypominam, że należy przedstawić osądowi i kontroli Przełożonych to, co chcecie wypróbowywać. Nie możemy bowiem pozwolić, aby poszukiwanie nowości popchnęło nas poza raz ustalone granice; dobrze wiedząc, że choć problem zbudowania duchowości jest otwarty, to można go rozwiązać tylko w ramach tego, co nazywamy formułą zasadniczą, którą można oczywiście pogłębiać, aby lepiej ją zrozumieć i przeżywać, ale poza ramy której nie wolno nam wyjść, jeśli nie chcemy spowodować wielkich szkód.
Formuła ta zapisana jest w naszych Konstytucjach i brzmi: „Kochamy, poznajemy i żyjemy Jezusem Chrystusem, który jest punktem odniesienia duchowości Instytutu". Nie miejcie do mnie żalu, że jeszcze raz zatrzymam się wraz z wami, po wakacyjnym skupieniu, nad znaczeniem i wartością tej trudnej do zgłębienia syntetycznej formuły. Proszę równocześnie Najświętszą Matkę Jezusa i naszą, aby wyprosiła dla nas możliwość zgłębienia tego znaczenia, tak jak ona go zgłębia i nim żyje jako żywa uczestniczka misterium Chrystusa Pana Naszego.

1. Istotą przesłania ewangelicznego jest sama postać Jezusa Zbawiciela, czyli niemożność zbawienia poza Jezusem Chrystusem. Piotr od początku swej działalności apostolskiej z niezachwianą pewnością głosił tę prawdę: „I nie ma w żadnym innym zbawienia, gdyż nie dano ludziom pod niebem żadnego innego imienia, w którym moglibyśmy być zbawieni"/Dz 4,12/.
Z tego wynika, że rozpoznanie Jezusa wyznacza początek zbawienia. Samarytanka, rozpoznawszy Go, porzuca dzban z wodą i biegnie do miasta z nowiną: „Pójdźcie, zobaczcie" /J 4,29/. Co za tym idzie, poznanie Jezusa określa miarę świętości, która wyraża się w „poznaniu Ojca oraz Jego Syna, którego posłał, Jezusa Chrystusa" /J 17,3/.
Oczywiście, nie chodzi tu o poznanie intelektualne, ale pełne miłości otwarcie się na Jego penetrujące działanie, które owocuje upodobnieniem się do Niego.
Aby poznanie to przyniosło owoce musi być poznaniem osobistym. Istnieje zasadnicza różnica między poznaniem jakiejś osoby z opowiadań innych, a bezpośrednim jej poznaniem.
Takim właśnie było poznanie Andrzeja i Jana,których przepełniła niewysłowiona radość: „Znaleźliśmy Mesjasza!" /J l,41/. Takim było poznanie opisywane przez Jana w pierwszym Liście: „cośmy usłyszeli o słowie życia, co ujrzeliśmy własnymi oczami, na co patrzyliśmy i czego dotykały nasze ręce" /1J l,l/.
Takie powinno być i nasze poznanie.
To prawda, że nie możemy zobaczyć Jezusa naszymi oczami, Jego rysów twarzy ani usłyszeć Jego głosu, ani rozpoznać Jego kroków, jak z pewnością je rozpoznawała Maryja; a jednak nasze poznanie ma być poznaniem osobistym.
Przede wszystkim mam na myśli to, że nasz związek z Jezusem ma być relacją z żywą osobą. Jezus nie jest rzeczywistością teoretyczną i abstrakcyjną, lecz jest żywy — żyje teraz — a nie jak nasi umarli, których dusze żyją poza ciałem; Jezus jest osobą żywą. Nad jego otwartym grobem anioł zapytał niewiasty: „Dlaczego szukacie żyjącego ws'ród umarłych?" /Łk. 24,5/.

Ten, którego przyjmujemy w eucharystii, adorujemy w Najświętszym Sakramencie; Ten z którym rozmawiamy modląc się, jest osobą żywą. Rację miał więc Marmion, że pierwszym krokiem ku świętości jest nawiązanie osobowej więzi Jezusem.
To nadprzyrodzone odkrycie może zmienić nasze życie! Pomocne jest w tym systematyczne i uważne czytanie Ewangelii oraz uważne zastanowienie się nad gestami i słowami Jezusa przekazanymi przez Ewangelistów. Ponadto należy być wewnętrznie podatnym na słowa, które Jezus kieruje do każdego osobiście i dzięki temu pogłębia się i doskonali wzajemna relacja, a osoba Jezusa staje się dla każdego szczególnie ważna w swej uniwersalnej obecności. Jak pisze benedyktyn Vonier: „Obecność uniwersalna Chrystusa nie stoi w sprzeczności z głębokim, indywidualnym kontaktem z poszczególnymi duszami. Jezus jest rzeczywiście uniwersalnym przyjacielem, a jednak nie istnieje przyjaciel tak bardzo osobisty każdego z ludzi".

Przywołałem tutaj fundament każdej świętości, (który jest także podstawą apostolatu, ponieważ „pozyskując dusze dla Jezusa, trzeba najpierw pozyskać je dla konkretnej osoby, a potem dla sposobu życia" /ojciec Plus/), ażeby zadać sobie samemu pytanie, czy stopień poznania Chrystusa przez Miles może być mniej głębszy od poznania typu monastycznego /głęboko wewnętrzne, pełne miłości, osobiste/, składającego się na ideał mnicha czy zakonnika? Wspominałem nie raz, że „O naśladowaniu Chrystusa" Tomasza A Kempis jest książką duchowości monastycznej. Ale czy to znaczy, że nie mają zastosowania także do Milites rozdziały 7 i 8 II Księgi? Oczywiście, że mają, gdyż także w nas miłość do Jezusa powinna wszystko przewyższać, a przyjaźń z Nim powinna mieć szczególne cechy osobistej zażyłości, aby „spośród wszystkich istot drogich, tylko Jezus niech będzie szczególnie umiłowany" /Księga II, rozdział 8, n.3/. Ale takiej przyjaźni nie osiągnie się, podobnie jak to jest wśród ludzi, bez wzajemnego, głębokiego poznania. Środkiem do tego prowadzącym będą wszelkie pobożne praktyki, lecz szczególnie duchowa lektura i medytacja.
Nie chcę teraz zatrzymywać się nad oceną tych środków, ale pamiętajmy, że Jezus ukazany w Ewangeliach, powinien być najważniejszym przedmiotem medytacji, a w czasie poświęconym na lekturę duchową powinniśmy sięgać po najlepsze książki poświęcone życiu Chrystusa.

2. Ktoś mógłby zaoponować twierdząc, że o ile zakonnicy mają czas na pogłębienie znajomości Chrystusa, to nam brakuje tego czasu właśnie ze względu na wypełnianie naszego powołania. Nie neguję tak sformułowanej obiekcji, ale w zasadzie jest to narzekanie Marty wobec zachowania Marii, która u stóp Jezusa dogłębnie Go poznawała, podczas gdy siostra nie mogła sobie na to pozwolić z powodu domowych zajęć. Sądzę jednak, że odpowiedź dana Marcie przez Jezusa rozjaśni nieco nasze wątpliwości.
Jezus odpowiada Marcie, która wyraźnie prosi Go, aby rozkazał Marii, żeby jej pomogła: „Marto, Marto, troszczysz się i niepokoisz o wiele, a potrzeba mało albo tylko jednego. Maria obrała najlepszą cząstkę, której nie będzie pozbawiona" /Łk. 10, 41-42/.
Słowa Jezusa zawsze mają głębokie znaczenie, widać w nich akceptację zasady wolnego wyboru, dotyczącego własnego życia oraz stwierdzenie obiektywnej wyższości wyboru dokonanego przez Marię. Wydaje mi się jednak mało logiczne, aby Mistrz potępił konieczne zajęcia, którym oddaje się Marta, czyli krzątanie się wokół zajęć, które mają uhonorować tak zaszczytnego gościa. W gruncie rzeczy Marcie zależy na tym, aby dobrze wypaść, a zatem bardziej myśli o sobie niż o Jezusie. Jezus zatem delikatnie jej wymawia sposób, w jaki podchodzi do swych ważnych zadań.

Mieliście kiedykolwiek okazję obserwować wprawną panią domu? Jeśli interesuje ją prowadzona przez gości rozmowa, to nawet zajęcia kuchenne nie przeszkodzą jej w zabraniu głosu / choćby z kuchni/ w toczącej się dyskusji. I pod warunkiem, że nie ulegnie emocjom wykona dobrze jedno i drugie. „A potrzeba tylko jednego" — serce i umysł mają być skoncentrowane na Jezusie.
Wyrzut można uczynić tylko z tego, że Marta „troszczy się i niepokoi o wiele" czyli że nie potrafi skoncentrować się na Jezusie wypełniając swoje zadanie oraz to, że nie czyni tego dla Jezusa, tylko dla podtrzymania własnego wizerunku.
Gdyby Marta umiała przyjąć taką postawę, jak naucza Jezus, z pewnością mogłaby z powodzeniem słuchać tego, co mówił Jezus, przygotowywać gościnę, a także cieszyć się z tego, że jej siostra może nasycić się obecnością Mistrza.

Myślę, że dotknęliśmy tutaj zagadnienia bardzo istotnego dla naszego życia.
Dokonany wybór jest zgodny z wolą Bożą. Oczywiście istnieją wyższe drogi i chwalimy za to Pana, ale dla nas osobiście ta droga jest najdoskonalsza. Należy przeżywać ją najlepiej jak potrafimy, czyli nie zaniedbując lub nie porzucając 1'unum necessarium, co stanowi istotę świętości. Jest naszym obowiązkiem zajmowanie się sprawami ziemskimi i apostolatem, gdyż należy to do naszej misji. I Jezus nie wypomina nam wypełniania naszych obowiązków, ale mógłby wypomnieć nam sposób, w jaki je wypełniamy: „niepokoić się o wiele!".

Niepokój ten wyrasta z:
1. chęci zaspokojenia naszego „ja", zamiast służenia Bogu;
2. niewystarczającej wewnętrznej uwagi skierowanej na głos Ducha Jezusa, który przemawia do nas w każdym momencie;
3. nieposzukiwania Jezusa w każdym stworzeniu.

Każda z tych przyczyn niech się stanie przedmiotem naszego rachunku sumienia. Lecz teraz chciałbym się zatrzymać nad trzecią, jako że porusza ważną kwestię i nie powinniśmy wpaść w pułapkę.
Z pewnością znacie wspaniały duchowy testament ojca Longhaye, który zostawił swoim studentom. Warto do niego często zaglądać. Między innymi pisał tak: „W każdym przedmiocie studiów poszukujcie związków z Chrystusem, w sposób bardziej lub mniej bezpośredni czyńcie z nabytej wiedzy środek do dawania świadectwa o Jezusie Chrystusie".

Słowa te skierowane były do studentów, stąd ojciec mówi o studiowaniu jako o aktywności im właściwej. Mogą one jednak zostać rozciągnięte na wszelką ludzką działalność, tak, aby każda ludzka aktywność była rodzajem świadectwa o Chrystusie. Każda ludzka aktywność, począwszy od tej najmniej do najbardziej wzniosłej! W swoim czasie dokładnie przyjrzymy się konkretnym sposobom wypełnienia tego zadania, aby nikt nie uważał się za wykluczonego. W tym miejscu chcę podkreślić, jak bardzo się to przyczynia do poznania i umiłowania Chrystusa.
Ktoś mógłby mnie spytać, w jaki sposób praca na tokarce czy praca urzędnicza może przyczynić się osiągnięcia powyższego celu. Powinniśmy uświadomić sobie szczególną wagę, jaką ma dla nas obecność Jezusa jako Słowa Mądrości /Logos/ we wszystkich stworzeniach; dlatego też, nawet jeśli jesteśmy przez cały czas zajęci sprawami świeckimi, to utrzymujemy z Nim stałą, choć specyficzną więź. Każdego dnia powtarzacie: „Przez Niego wszystko zostało stworzone" - mając na myśli Słowo. Słowo jest Mądrością Ojca i żadne stworzenie nie zaistniało zanim nie zostało pomyślane w Słowie, każdy związek logiczny zanim został odkryty, to wcześniej w Nim zaistniał. Wobec tego Słowo jest obecne we wszystkim, a wszystkie stworzenia istnieją jako że zostały w Nim pomyślane!

Nie chodzi tutaj o nawiązywanie do heretyckich poglądów gnostycznych czy panteistycznych, lecz o poczucie wszechobecności Boga jako Słowa. Słowem zaś jest Jezus. A zatem wszystkie rzeczy, jeśli tylko są zgodne z pierwotnym zamysłem w Słowie, mają z Nim więź. Dlatego poznanie prawdziwej istoty rzeczy, prowadzi, w pewnym sensie, do poznania Jezusa. A sprawienie, aby wszystkie rzeczy były w zgodzie z rozumem, czyli zgodne z ich prawdziwą istotą /również praca na tokarce/ jest doprowadzeniem do tego, aby dawały one świadectwo o Chrystusie i umacniały naszą więź z Nim.
Wcześniej zaznaczyłem, że może być w tym ukryta pułapka i to podwójna.
Nasza aktywność może być uznana za coś, co nie ma wpływu na nasz bliski związek z Chrystusem. Ocenimy to jako rzecz konieczną, zważywszy nasz stan, ale nie za środek prowadzący do uświęcenia. Nic bardziej fałszywego, tak ze względu na istotę aktywności, /o czym mówiłem wyżej/, jak i ze względu na posłuszeństwo. A my wiemy, jak to jest, kiedy posłuszeństwo łączy obie strony: a komu jesteśmy posłuszni, jeśli nie Chrystusowi?

Logicznym następstwem pierwszej pułapki, może być kolejna. Polega ona na tym, że wyobrażamy sobie, iż zjednoczenie z Chrystusem poprzez naszą aktywność, polega na ciągłym koncentrowaniu na Nim myśli. Rzeczy zaś, które mamy do wypełnienia traktujemy jako zło konieczne i nie dbamy o ich perfekcyjne wykonanie. Także to przekonanie jest błędne.
Oczywiście, cieszmy się kiedy nasz umysł doznaje iluminacji, dzięki której bezpośrednio łączymy się z Chrystusem, ale normalna droga do zjednoczenia z Jezusem, prowadzi przez wypełnianie naszych czynności, tak, aby wydobyć z nich zawartą w nich pełnię /to, do czego zostały stworzone/, zgodną z zamysłem Bożym. I w ten właśnie sposób jednoczymy się z Chrystusem — Panem stworzenia.
Innymi słowy, nie mamy mówić „Panie, Panie", a potem „odbębniać" swoją pracę, ale rozumnie wykonywać pracę,odkrywać w rzeczach, które wykonujemy ich prawdziwą istotę i wydobywać ją na światło dzienne zgodnie z prawami, którymi się rządzą. Na tym polega poznanie Chrystusa, uwielbienie Go i złączenie się z Nim. Oczywiście pełne poznanie i uwielbienie jest syntezą intencji i wykonania, gdyż wtedy realizuje się w pełni właściwe świeckim zadanie zjednoczenia i odnowienia wszystkich rzeczy w Chrystusie. Jeśli dobrze przyjrzymy się naszemu życiu, ujrzymy Chrystusa, który jest ośrodkiem naszego życia - wszystko przez Niego i w Nim, tak, że nie ma takiej chwili, abyśmy czuli się oddzieleni od Niego, lub byśmy o Nim zapomnieli. A jeśli dobrze się zastanowimy, to nie chodzi tu o jakieś zewnętrzne środki, które pomogłyby nam w osiągnięciu tego; ale chodzi o pewien stan ducha dający siłę do usuwania przeszkód, które są bardziej w nas, niż poza nami.

4. A kiedy uda nam się pogłębiać więź z Chrystusem, zgodnie z wymogami naszego powołania, wtedy dopiero pojmiemy i poczujemy wyłączność miłości Jezusa i że w niej znajduje się nasze szczęście. Potrzeba szczęścia nie jest niczym innym, jak pełnią istnienia. Im bardziej istota ludzka dąży do tego, żeby być tym, czym powinna być /a możemy powiedzieć, że właśnie to jest wolą Boga/, tym bardziej jest szczęśliwa.
Istotą naszego powołania jest nawiązanie głębokiej więzi z Jezusem, poznanie Go i pokochanie poprzez naszą pracę i wszelką działalność związaną z naszym posłannictwem. Kiedy w pełni będziemy realizować nasze powołanie, a nasz umysł i nasze serce skoncentrują się na Jezusie, to wtedy będziemy mogli w pełni odczuć szczęście płynące z naszego powołania. Marta nie jest szczęśliwa w tym, co czyni Maria, lecz w tym, że Jezus jest niezbędnym i wyłącznym celem jej krzątaniny, podczas której nie myśli o sobie, ale jest wyłącznie na Nim skoncentrowana.
Gdybyśmy potrafili przeanalizować przyczyny niektórych naszych stanów: zmęczenia, znudzenia, pokus /poza tymi, które Bóg dopuszcza dla wypróbowania nas/; odkrylibyśmy, że o ile to od nas zależy, nie daliśmy Jezusowi wyłączności na nasz umysł i serce, ale chcieliśmy zaspokoić własne „ego" albo postawiliśmy stworzenie na miejscu Stwórcy i zamknęliśmy się na Jego wewnętrzny głos.

Chrystus wszystkim we wszystkich rzeczach jest istotą powołania Militi Chrystusa Króla, a zatem mamy codziennie wzrastać w poznaniu i miłościwa Niego. To jest prawo życia — wzrastać w poznaniu i miłości Chrystusa oraz w odpowiedzialności, która na nas spoczywa.
Wiele spraw stoi przed nami, ale wszystkie nasze aktywności powinny skupić się, jak w soczewce wokół jednego zadania: Aby Jezus w nas wzrastał dzięki poznaniu i miłości.
Z tego będziemy musieli zdać sprawę, czyli z upodobnienia się do Chrystusa oraz z głębokości więzi. Jednej rzeczy jestem pewny, niezależnie od tego, co się przydarzy instytutowi czy nam w przyszłości, że miara naszej świętości /dziś i jutro/ oraz idąca za tym zdolność świadczenia o Chrystusie w świecie, będzie wprost proporcjonalna do stopnia poznania i umiłowania Chrysrusa, do stopnia życia Bożego w nas.
Kontynuujmy zatem nasze poszukiwania za pośrednictwem naszego doświadczenia, rachunku sumienia, weryfikowania środków potrzebnych do realizowania naszego powołania /czyli do formowania naszej duchowości/, ale wszystko to ma skupiać się wokół Chrystusa, bo poza Nim nie ma sensu.
Oby nasze gorące błaganie, za wstawiennictwem Matki Jezusa, wyprosiło od Ojca i Ducha Świętego zdolność zrozumienia i wypełnienia naszego powołania.
Pozdrawiam w Chrystusie.