Listy t. I - Dyspozycje wynikające z kanonicznego zatwierdzenia - 4.10.1952 r.

Dyspozycje wynikające z kanonicznego zatwierdzenia

4 października 1952

Najmilsi,

W minionych miesiącach prosiłem was o modlitwę w intencji pomyślnego rezultatu pierwszego Kongresu Instytutu. Teraz, kiedy już się odbył chciałbym przekazać wam słowa, które były na ustach wielu: „Kiedy naprawdę się modlimy, sprawy przybierają właściwy obrót!".
W ten sposób daliśmy świadectwo skuteczności modlitwy i zarazem uznaliśmy, że nie my nadajemy kierunek naszym sprawom, lecz Bóg za naszym pośrednictwem. Proszę was zatem, abyście nie ustawali w modlitwie, dziękując Panu za hojne dary, jak i prosząc
Go o błogosławieństwo na naszą pracę.

Dziękować Panu! Często zatroskani o to, co nas czeka, zapominamy dziękować za to, co już otrzymaliśmy. Kongres, przede wszystkim, stał się okazją do przyjrzenia się drodze, krórą odbyliśmy od początku istnienia, aż do dnia dzisiejszego. Uświadomiliśmy też sobie, że to, czym teraz jesteśmy, zawdzięczamy Bogu, który umiał tak pokierować sprawami, że sami w zadziwieniu uznajemy w tym znak Jego działania.
Dlatego też Kongres stał się jedną wielką, wypływającą z głębi serc deklaracją wdzięczności Panu. Proszę was, abyście nie zapominali podtrzymywać w modlitwie tej żywej wdzięczności, składając Mu dzięki za bogacewo darów, którymi obdarzył każdego z osobna oraz cały Instytut, błogosławiąc nam w swej nieskończonej miłości.
Nie będzie wam trudno podtrzymywać tę wdzięczność, jeśli często będziecie stawiać sobie pytanie — „Kim byłbym bez instytutu?" I jeśli szczerze na nie odpowiecie, ujawni się niewysłowiona dobroć Pana, który przygotował dla nas dar opatrznościowy, z każdym dniej cenniejszy.

Nie ustawajmy jednak w modlitwie, aby wyjednać Boże miłosierdzie dla nas i ze względu na straszną odpowiedzialność spoczywającą na nas. Od dłuższego już czasu wzrastało we mnie owo poczucie odpowiedzialności. Pojąłem też, że Duch Święty popycha nas o wiele dalej niż wskazywałyby na to nasze możliwości. Na Kongresie poczułem to jednak w sposób przytłaczający, kiedy Pan ukazał nam to, co nas czeka. Wydaje mi się, że prawie namacalnie dał nam do zrozumienia, iż mamy całkowicie oddać się w Jego ręce, abyśmy to nie my działali naszymi ludzkimi siłami, ale żeby On działał, za naszym pośrednictwem; dla Jego większej chwały.
Etap, w który wkraczamy /Kongres zwyczajny odbywa się co 7 lat/ będzie najtrudniejszym okresem /tak to określił Kongres/, gdyż będziemy musieli podjąć poważne problemy związane z naszym rozwojem i jednocześnie dochować wierności i umacniać typową dla nas duchowość. Wymagać to będzie od nas umiejętności, mądrego i właściwego rozwiązywania poszczególnych problemów związanych z rozwojem Instytutu.
Kongres ułożył listę tych problemów: linia rozwoju instytutu, formacja aspirantów oraz profesów, zarządzanie Instytutem.

Po wysłuchaniu referatów i po dyskusji Kongres wskazał główne kierunki działań.

1. Bezwzględna wierność „zakonnej" treści zawartej w naszym powołaniu, dając odpór jakimkolwiek próbom /nawet pod postacią pozornego dobra/ ich uszczuplania, które mogłyby się wkraść za sprawą ducha tego świata. Na tej drodze mamy wytrwać, dalej nią podążać i nie cofać się z raz obranego kierunku. Ci, którzy przyłączą się do nas /przede wszystkim z innych regionów niż diecezja mediolańska/, mają właśnie po tym rozpoznać obecność Boga w Instytucie i sami być wierni konsekracji; a Bóg będzie nas prowadził po królewskiej drodze krzyża, jak prawdziwych żołnierzy Króla.

2. Pogłębienie świeckiego charakteru naszego powołania, gdyż jest on wyróżnikiem naszej formy życia spośród innych form życia konsekrowanego.

3. Nadaje on Instytutowi jemu właściwy profil. Nie ukrywam, że w tym kryje się zasadnicza trudność naszego powołania. Ale jesteśmy pewni, za sprawą autorytatywnych papieskich wskazówek /przypomnijcie sobie wyrażenie veluti ex saeculo użyte w Motu proprio „Primo Feliciter" Piusa XII/, że właśnie to jest wolą Pana względem nas. Nie mamy więc cienia wątpliwości, że jeśli będziemy chcieli i będziemy umieli poddać się Boskiemu natchnieniu, znajdziemy właściwą drogę i z niej nie zboczymy.
Tego oczekują od nas nie tylko ci, których Duch Święty zaprowadzi na próg Instytutu, ale ośmielę się powiedzieć, oczekuje tego cały chrześcijański świat, który z przykładu dusz dedykujących swe życie ideałowi odnowy ducha chrześcijańskiego, czerpać powinien siłę oraz istotne wskazówki potrzebne do rozwiązania najpilniejszych problemów.
W świetle tych dwu dyspozycji należy postrzegać i rozwiązywać poszczególne problemy, które Instytut napotyka na swej drodze.

Wszyscy, jako jednostki i jako Instytut, powinniśmy odczuwać ciężar odpowiedzialności, aby zamysł Boży nie napotkał w nas oporu dla swych planów.
Profesi w głosowaniu, wyrażając wolę Boga, włożyli na moje barki odpowiedzialność za Instytut, chociaż prosiłem Pana, aby tak się nie stało. Jestem bowiem świadom mojej małości.
Poczułem się zagubiony, nie żebym wątpił w moc łaski Pana, ale czułem swoją małość wobec powierzonego mi zadania. Myślę, że podobne odczucie mieli świeżo obrani członkowie Rady.

Wam - profesom, aspirantom, którzyście dzięki waszym modlitwom stali się narzędziami woli Bożej, wkładając na moje barki krzyż wielkiej odpowiedzialności — chcę powiedzieć: „Wszyscy bądźcie nieustannie narzędziami Boga, pomagając nam nieść ten krzyż!"
Przede wszystkim wspomagajcie nas modlitwą, podobnie jak to czyniliście przy przygotowaniach do Kongresu. Niech wasza modlitwa każdego dnia towarzyszy życiu Instytutu, który nie my mamy tworzyć, ale Pan za naszym pośrednictwem. Poza tym, dążąc każdego dnia w codziennym wysiłku /każdy swoją drogą, ale wszyscy złączeni wspólnym powołaniem/ do naszego ideału doskonałości. W duchu modlitwy i wielkiej ufności prośmy Pana, aby pobłogosławił nam nie na miarę naszych zasług, lecz na miarę swej miłości.

Jeden dowód już otrzymaliśmy — był nim Kongres, który odbył się w eremie San Salvatore; przerósł on nasze oczekiwania i jak to przeczuwamy zaowocuje wieloma dobrami.

Wysiłki i modlitwy złóżcie w ręce Najświętszej Maryi, która spod stóp krzyża - myślę o odkrytym nie przez przypadek fresku w eremie — patrzy na nas z matczyną czułością, jakby prosiła o pociechę tego, kto choć trochę jest w stanie pojąć jej wielką miłość, a zarazem ofiaruje swą pomoc w wyproszeniu u swego Syna tego, o co poprosimy.
Z pokorą i pełni ufności powróćmy do naszych codziennych zadań. Aby zapewnić właściwe funkcjonowanie Instytutu, wyznaczyłem następujące funkcje, które wchodzą w życie w dniu święta Chrystusa Króla:
Wice Przewodniczący — Enrico
Sekretarz - Adriano
Odpowiedzialny za aspirantów - Luigi
Skarbnik - Abele
Odpowiedzialny za kształcenie - Pippo
Wizytatorzy - Erminio, Gianni, Battista

Ponadto Kongres podkreślił konieczność rozdzielenia funkcji związanych z zarządzaniem Instytutem, od funkcji związanych z formacją. Zarządzanie Instytutem leży w kompetencji Przewodniczącego oraz w zakresie przeze mnie ustalonym, do wiceprzewodniczącego i do odpowiedzialnych za grupy /nucleo/.
Formacja aspirantów leży w kompetencji Odpowiedzialnego za aspirantów. Została zniesiona funkcja Przewodniczącego regionalnego, dotąd konieczna ze względu na moje obowiązki, które nie pozwalały mi być na miejscu, w Mediolanie. Obecnie powód ten nie istnieje, poza tym Instytut w swej większości składa się z osób przynależących do diecezji mediolańskiej.

Wspomóżcie mnie modlitwą, abym dobrze wyznaczył odpowiedzialnych za zarządzanie naszymi dziełami; co umożliwi Przełożonym poświęcenie więcej czasu na wypełnianie powierzonych im funkcji.

Każdy niech się przygotuje, do przedłożenia „regulaminu życia". Niech ułoży listę zagadnień, dotyczących zwłaszcza spraw ekonomicznych. Tuż po święcie Chrystusa Króla rozpoczniemy rozmowy na ten temat. Począwszy od października będziecie mi przysyłać comiesięczną /do trzeciego dnia następnego miesiąca/ relację. Relacji niech towarzyszy krótki komentarz, abym mógł lepiej zrozumieć wasze intencje i wyjść naprzeciw waszym potrzebom, w służbie których Pan mnie postawił.
Przy okazji święta Chrystusa Króla dam wam praktyczne wskazówki, aby ułatwić nasze programowe spotkania. Wtedy też otrzymacie program na rok 1952/53, który ułożyliśmy wspólnie z Radą.

I znowu zbliżamy się do corocznego święta Chrystusa Króla, które w tym roku chcemy obchodzić w sposób szczególny, jako że jest to pierwsze święto po kanonicznym ustanowieniu Instytutu.
Większość z nas odbyła już święte rekolekcje, pozostali odbędą je w tym miesiącu. Mam nadzieję, że w dniu święta Króla, wszyscy staną przed Nim z umocnioną wolą, gotową do codziennych zmagań, których plan ułożyliście w czasie rekolekcji.
Święto nabierze szczególnego znaczenia, stanie się niejako okazją do złożenia przez żołnierzy raportu swemu Królowi. A On w swej niedoścignionej hojności, nada swoim żołnierzom stopnie, na które zasłużyli.

Po raz pierwszy niektórzy z nas złożą śluby wieczyste, urzeczywistniając tym samym konstytucyjny zapis, nadając Instytutowi nową godność i siłę wyrażającą się w całkowitym i nieodwołalnym oddaniu się Chrystusowi — w duchu i w prawie. 10 aspirantów, po raz pierwszy, złoży śluby. Niektórzy profesi złożą śluby trzyletnie, jeszcze inni odnowią swe coroczne śluby. Aspiranci odnotują kolejny rok swej formacji, a dziewięć osób zostanie przyjętych na okres aspirancki. Jest to kolejny powód do zwiększenia naszych wysiłków, gdyż potrzebujemy wielu łask, aby jak najlepiej odpowiedzieć na te dowody miłości. Wypraszajmy je w tym miesiącu odmawiając różaniec, który pomaga nam w rozważaniu tajemnic życia Chrystusa.

Z nadzieją ujrzenia was ożywionych tym duchem, pozdrawiam was serdecznie.

Listy t. I - Pierwszy Kongres Instytutu

Pierwszy Kongres Instytutu

w oktawie Zesłania Ducha, Świętego 1952

Najmilsi w Panu,

W noc zesłania Ducha, aktem odnowienia ślubów przez profesów, Instytut zyskał doskonalszą formę i rozpoczął nowy etap swego istnienia. Kto z nas był świadkiem rozwoju Instytutu i wie, że ręka Boga czuwała nad nim, odczuwa w swym sercu głęboką wdzięczność dla dawcy wszelkiego dobra. Równocześnie mamy poczucie swojej małości ze względu na nałożony przez Boga ciężar odpowiedzialności wobec Niego, wobec Kościoła i nas samych.
Jestem jednak przekonany, że podpis, którym przypieczętowaliśmy naszą konsekrację Panu, stanie się symbolem naszego codziennego wysiłku, aby każdym naszym działaniem i aktem woli powtarzać „TAK" Panu, i w ten sposób nadać całemu naszemu życiu wymiar tejże konsekracji.
W tym samym dniu zgromadziła się Rada, aby ocenić początek tej nowej drogi przewidzianej Statutem. Artykuły traktujące o tym to: art. 12 i 19. W zgodzie z tymi artykułami, a zwłaszcza z art. 13 Rada uznała za swój obowiązek powołania Kongresu, wyznaczając datę zgromadzenia na 21 września /niedziela/. Wobec tego, niniejszym listem, powołuję wszystkich profesów do udziału w Pierwszym Kongresie Instytutu, który odbędzie się 21 IX.

Oto porządek dnia:
a)wybór Przewodniczącego
b) wybór Rady
c) życie Instytutu.

Istnieją dwa powody, dla których Statut przewiduje wyznaczenie daty Kongresu z trzymiesięcznym wyprzedzeniem. Po pierwsze, aby wszyscy mogli wcześniej zaplanować swoje zajęcia mając na uwadze obowiązkową obecność na Kongresie. Po drugie, aby w modlitwie i refleksji przygotować się do tak ważnego wydarzenia w życiu Instytutu.
Nie sądzę, abym musiał podkreślać, jak ważną rzeczą jest należyte przygotowanie do Kongresu. Chodzi o to, aby nasze działania w żadnym razie nie realizowały naszych, ludzkich celów, ale, na ile jesteśmy w stanie, wolę Pana wynikającą z potrzeb Instytutu oraz z zapisów statutowych, a odnoszących się do wyborów Przewodniczącego i Rady.

Będziemy się przygotowywać w duchu i formie już wcześniej wskazanych w Konstytucjach.

Czyli:
- począwszy od soboty 21 VI i w każdą kolejną Instytut będzie zamawiał Mszę Świętą w intencji pomyślnych rezultatów Kongresu;
- począwszy od 21 VI i w każdą kolejną sobotę, aż do 21 IX, każdy z nas ofiaruje św. Komunię i trzecią część różańca w tej samej intencji;
- w sobotę 20 IX każda grupa/nucleo/ zamówi Mszę. Poza tym, każdy z nas ofiaruje te dni /20 i 21 IX/ w intencji prac Kongresu, aby to wszystko, co zostanie wypracowane, miało na celu jedynie chwałę Bożą.

W ten sposób niedziela stanie się dniem naszej szczególnej uwagi i wypraszania łask Bożych po to, aby Kongres mógł pracować w atmosferze Bożego błogosławieństwa.
Chciałbym wrócić do punktu wyjścia. Napisałem wam, że nad każdym z nas spoczywa wzrok Króla, który szczególnie w tym miesiącu poświęconym Najświętszemu Sercu Jezusa wydaje się być wzrokiem nie wysłowionego daru miłości i zarazem prośby o tę miłość.
Dary miłości otrzymujemy w każdej chwili indywidualnie i jako Instytut. A na prośbę o miłość odpowiedzmy każdy osobiście oraz razem jako wspólnota Instytutu z taką żarliwością, aby przezwyciężyła małość naszej ludzkiej natury.

Niech nas wspomoże Maryja Panna, w łonie której Serce Jezusa za sprawą Ducha Świętego nabierało kształtów, abyśmy choć trochę stali się godni Jego miłości.
Pozdrowienia w Chrystusie Królu.

Listy t. I - Kanoniczne erygowanie Instytutu - 11.05.1952 r.

Kanoniczne erygowanie Instytutu

11 maja 1952

Mój Drogi,

Jego Eminencja Kardynał Arcybiskup, w swej wielkiej dobroci i sympatii dla nas, stając się niejako przekaźnikiem miłości Matki Najświętszej, zdecydował że dekret o kanonicznym zatwierdzeniu Instytutu zostanie wystawiony natychmiast, z datą l maja. Doprawdy jest to dar Madonny!
Chciałem Ci to od razu zakomunikować, aby stało się okazją do żywszego przeżywania miesiąca maryjnego i abyśmy umieli, jako pobożni synowi, jak najlepiej odpowiedzieć na wezwanie Króla i być godnymi szczególnych względów Maryi oraz zaufania ze strony Kościoła.
Zgodnie z postanowieniem Świętej Kongregacji mają odnowić śluby ci, którzy je złożyli w poprzedniej formule. Wymóg ten jest związany z kanonicznym zatwierdzeniem.
Biorąc pod uwagę okoliczności Rada zdecydowała, że najbliższą i najbardziej wymowną okazją do tego będzie święto Zesłania Ducha Świętego. Dzięki szczególnej zbieżności faktów, nabiera ono w tym roku szczególnego znaczenia. Święto przypada na l dzień czerwca — zatem otwiera miesiąc poświęcony Najświętszemu Sercu.
Zostało zaś przygotowane przez poprzedzający je miesiąc maryjny. Jak można nie dostrzec w tym głębokiego i niewytłumaczalnego związku, który łączy nas, w perspektywie naszego uświęcenia, z Sercem Jezusa, poczętego za przyczyną Ducha Świętego w łonie Maryi Panny?

Oby, z pomocą nieba, to bogactwo okoliczności, przygotowanych specjalnie dla nas, nadało szczególną wartość temu pierwszemu aktowi /tak ważnemu/, którym rozpoczniemy nowy okres w życiu Instytutu.

W sobotę, 31 maja do godziny 21.00 zbierzemy się wszyscy w willi św. Benedykta. Kto chciałby zjeść przedtem kolację, proszony jest o wcześniejsze uprzedzenie. Między 21.00 a 24.00 spotkamy się na modlitwie i medytacji. O północy będziemy uczestniczyli we Mszy Świętej i w czasie Komunii złożone będę śluby. Następnie przy śpiewie Magnificat udamy się na spoczynek. W niedzielę wszyscy są wolni, poza członkami Rady, która odbędzie posiedzenie.
Obecność profesów jest obowiązkowa, zaproszeni są również aspiranci, aby towarzyszyli modlitwami swym braciom. Mam nadzieję i o to proszę Pana, że święto Zesłania Ducha stanie się rzeczywistością dla każdego z nas i dla Instytutu. Mam też nadzieję, że nasza modlitwa i wysiłek zostaną nagrodzone łaską dla całego Kościoła.
Pozdrowienia w Chrystusie.

Listy t. I - W duchu Wielkiego Postu - Środa Popielcowa 1952 r.

W duchu Wielkiego Postu

Z Rzymu, środa Popielcowa 1952

Najmilsi,

Coroczny cykl liturgiczny doprowadził nas do okresu Wielkiego Postu, który oznacza czas pokuty czyli odnowy, aby móc głębiej złączyć się z Chrystusem. Czas ten nabiera szczególnego znaczenia właśnie teraz, kiedy dopiero co usłyszeliśmy, skierowany do wiernych, wyraźny apel Papieża, aby w coraz głębszym przeżywaniu swej wiary, odnaleźli naturalne źródło, z którego będą czerpać siły do zaznaczenia swej obecności w świecie.
Dobrze więc wykorzystajmy okres Wielkiego Postu, aby nadać naszym działaniom cechy świeżości, świadomego zapału, dobroci, która zaraża swym przykładem. W ten sposób, pomimo naszej małości, staniemy się zaczynem odnowy, jak tego chce nasze powołanie.
Okres Wielkiego Postu rozpoczyna się wyraźnym przypomnieniem śmierci, a zatem nietrwałości naszego śmiertelnego ciała: „Pamiętaj, że prochem jesteś i w proch się obrócisz".

Nie będę tu przypominał, jak bardzo chrześcijaństwo, ze swej istoty, przeniknięte jest zdrowym przekonaniem, że tu, na ziemi, nie budujemy trwałego domu, ale mamy spoglądać ku wieczności, która zaspokoi wszelkie pragnienia. Na tej zdrowej koncepcji śmierci, zawsze obecnej i uświadomionej, przeżywanej w pokoju ducha, a nie z niepokojem, opiera się konstrukcja duchowości chrześcijańskiej.
Chciałbym zapytać was, czy nie odczuwacie wzrastającej wokół was, w środowiskach, w których przebywacie, wręcz przeciwnej tendencji? Objawia się ona w chęci zapomnienia o śmierci i budowania, tu, na ziemi ostatecznego szczęścia, które pozwoli zapomnieć o strachu przed śmiercią. Krótko mówiąc, mamy do czynienia z pogańską koncepcją życia, która jest popularna również w środowiskach chrześcijańskich, pod hasłem „chwytaj okazję". Wyraża ono pragnienie zaspokojenia każdego pragnienia, które ma swe korzenie w trzech pożądliwościach /patrz 1J 2,16/.

Symptomy te powinny skłonić nas do głębokiej refleksji nad rozmiarem postępującego procesu dechrystianizacji, który raczej nie będzie zanikał. Czuję się też w obowiązku dodać, że także my, chrześcijanie, jesteśmy odpowiedzialni za taki stan rzeczy, gdyż zbyt łatwo, w konkretnych zachowaniach, idziemy na kompromis ze światem lub naśladujemy metody tego świata /rozrywki, mody, lektury, ect../
Być może ponosimy szczególną odpowiedzialność za nasze formy działania w sektorze społecznym, kiedy to z braku przygotowania, czy przez zaniedbanie, bądź z powodu źle pojętego ducha współzawodnictwa z ideologiami przeciwnymi zasadom naszej filozofii i wiary, bronimy, tak zwanego, zastanego porządku lub chcemy go zmienić używając przy tym języka i prezentując postawy, które nie są przepełnione duchem chrześcijańskim.
Raczej można w nich dostrzec echa koncepcji z pewnością niechrześcijańskich, złudnych obietnic raju i dobrobytu na ziemi, które są powodem zgorszenia dla wielu, jako że stanowią przywilej małej grupy i z pewnością nie mogą reprezentować ideału, w którym byłby skoncentrowany cały twórczy wysiłek ludzkości.
Pomińmy przyczyny tego stanu rzeczy. Wystarczy, że zdamy sobie sprawę z istnienia samego faktu, czyli upowszechniania się, także wśród chrześcijan, mentalności pogańskiej, zorientowanej na poszukiwanie zaspokojenia w dobrach tego świat, traktowanych w sposób bałwochwalczy. Klimat charakterystyczny dla Wielkiego Postu, poza małymi kręgami, nie wpływa na postawy większych grup. Co więcej, mija prawie niezauważony. Nie nadaje się też Wielkiemu Postowi tego wyrazu surowości, który kiedyś go wyróżniał. Było to też wyraźnie widoczne w liturgii. Żyjemy w takim kontekście i właśnie w nim mamy obowiązek, słowem i czynem, wskazywać na wartości chrześcijańskie.

Poniższe wskazówki niech wam będę pomocą w owocnym przeżywaniu Wielkiego Postu.

A) Wcześniej wspomniałem, że zwiastunem Wielkiego Postu jest środa Popielcowa, wskazująca na nietrwałość naszej ziemskiej egzystencji. Oznacza to: że wartość absolutna należna jest jedynie wieczności; że należy nabrać dystansu do tego wszystkiego, co ma posmak przemijalności, aby przeważyło nad sprawami wiecznymi; gotowość przejścia od wymiaru czasu do wieczności; głębokie poczucie grzechu jako jedynego zła; żywą bojaźń Bożą; pełną ufność w Boże miłosierdzie.
Cała liturgia przeniknięta jest tym duchem. Język, którego używa człowiek w rozmowie z Bogiem, powinien być też używany w rozmowie między chrześcijanami. Nie jako coś sztucznego, ale jako prosta i naturalna konsekwencja wyboru określonych wartości. Język nasz, nie przez przypadek, jest dość daleki od tego ideału, gdyż nie jest on jeszcze dobrze zakorzeniony w naszej świadomości, albo uznany jest za niezgodny z duchem czasu.
Oto na co mamy zwrócić naszą uwagę — nie tylko w rozważaniach - ale też wcielając w konkret dnia codziennego ducha umartwienia, oczywiście w formie stosownej do warunków naszego życia.
Umartwienie wewnętrzne to jedna rzecz, ale ważne jest również umartwienia zewnętrzne i nie wolno nam go zaniedbać pod żadnym pretekstem. W okresie Wielkiego Postu nie ma zgody na rozrywki. Powinniśmy mieć też odwagę, o ile będziemy mieć po temu okazję, przyznać się wobec innych, że przyjmujemy taką postawę ze względu na ducha pokuty, charakterystycznego dla okresu Wielkiego Postu. Zobaczymy też, czy uda nam się, w duchu pokuty, praktykować dzieła miłosierdzia, do których Bóg wzywa ustami Izajasza: „Czyż nie jest raczej ten post, który wybieram: Rozerwać kajdany zła, rozwiązać więzy niewoli, wypuścić wolno uciśnionych i wszelkie jarzmo połamać? Dzielić swój chleb z głodnym, wprowadzić w dom biednych tułaczy, nagiego, którego ujrzysz, przyodziać i nie odwrócić się od współziomków? Wtedy twoje światło wzejdzie jak zorza i szybko rozkwitnie twe zdrowie. Sprawiedliwość twoja poprzedzać cię będzie, chwała Jahwe iść będzie za tobą". /Iz 58, 6-8/

B) Duch Wielkiego Postu objawia się też w misterium męki, w którym osiąga swój szczyt zbawczy plan Boga — w rycie ambrozjańskim zasłania się obrazy pozostawiając widocznym tylko krzyż! Czyż nie płynie z tego nauka dla Milites Christi? Czyż nie jest to ten sam ideał i moc, które wypełniają serce Miles w dniu jego konsekracji Królowi? Czyż nie do tego prowadzi nas „trzeci stopień pokory", abyśmy byli ukrzyżowani wraz z Chrystusem? W ten właśnie sposób miłość staje się nie tylko słowami, ale życiem.
Podczas tego Wielkiego Postu medytując, zanurzmy się w to tak wielkie misterium. Zaakceptujmy codzienne, małe krzyże, odprawiajmy więcej Dróg Krzyżowych, nawet jeśli nie możemy uczynić tego w kościele, głębiej przeżywajmy codzienną Mszę, czyńmy wszystko w duchu zadośćuczynienia. Niech, poprzez Wielki Post, mocniej się zakorzeni w naszym życiu duch krzyża, aby wypełniły się w nas słowa św. Pawła: „w moim ciele dopełniam braki udręk Chrystusa dla dobra Jego Ciała, którym jest Kościół". /Kol, 1, 24/
Tylko w ten sposób nie zakorzeni się w nas duch tego świata /wróg krzyża Chrystusa, niestety obecny wśród wielu chrześcijan/ i nie rozsadzi fundamentów naszego powołania..
Aby duch Wielkiego Postu stał się naszym życiem, ofiarujmy naszemu ukrzyżowanemu Królowi coś, co będzie nas naprawdę kosztowało; zwłaszcza z tych obszarów, w których doświadczamy naszej słabości, jak pokora, ubóstwo, posłuszeństwo.
Mam nadzieję, że każdy z nas z ochotą przyjmie te zalecenia wychodząc w ten sposób naprzeciw wezwaniu Kościoła. Im żywsze i bardziej świadome będzie nasze przygotowanie, tym głębsze będzie przeżywanie Wielkiej Nocy.
Niech Najświętsza Maryja wypełni w nas to moje pragnienie, abyśmy wraz z Nią lepiej mogli przeżywać radość ze zmartwychwstania Chrystusa.

Fakt, że zbiega się to z 25 rocznicą ustanowienia święta Chrystusa Króla, które po raz 25 obchodzimy w Kościele powszechnym, stanowi dodatkowo okoliczność podsuwającą nam, dzięki opatrznościowej zbieżności, myśli nam potrzebne.
Jeśli z uwagą przyjrzymy się temu 25-leciu, z łatwością dojrzymy proroczą wizję, zawartą w słowach Piusa XI, który w odrzuceniu królestwa Chrystusa przez jednostki, rodziny, narody, otwiera się przed nim nowy czas, w którym naszym zadaniem, wszystkich i każdego z osobna, będzie ukazanie w pełnym świetle, w Kościele i w jego służbie, nieskończonego bogactwa łask, które za pośrednictwem szczególnego powołania, szeroko udzielił nam Pan.


Pozdrowienia w Chrystusie.

Listy t. I - Królestwo Chrystusa - 29.09.1951 r.

Królestwo Chrystusa

29 września 1951 święto Michała Archanioła

Najmilsi,

W związku ze zbliżającym się świętem Chrystusa Króla, czuję potrzebę i mam obowiązek odpowiednio siebie i was do niego przygotować, rozważając pewne prawdy potrzebne naszej duszy, a ożywiające wiarę i wzmacniające wolę. Święto Chrystusa Króla z roku na rok wyznacza etapy rozwoju i wzrostu naszego Instytutu; rozwoju liczebnego i terytorialnego oraz wzrostu jego członków w świętości.
Piszę te słowa, mając w perspektywie bliskie już pierwsze kanoniczne zatwierdzenie Instytutu ze strony Świętej Kongregacji.

W ten sposób otwiera się przed nim nowy czas, w którym naszym zadaniem, wszystkich i każdego z osobna, będzie ukazanie w pełnym świetle, w Kościele i w jego służbie, nieskończonego bogactwa łask, które za pośrednictwem szczególnego powołania, szeroko udzielił nam Pan.
Fakt, że zbiega się to z 25 rocznicą ustanowienia święta Chrystusa Króla, które po raz 25 obchodzimy w Kościele powszechnym, stanowi dodatkowo okoliczność podsuwającą nam, dzięki opatrznościowej zbieżności, myśli nam potrzebne.
Jeśli z uwagą przyjrzymy się temu 25-leciu, z łatwością dojrzymy proroczą wizję, zawartą w słowach Piusa XI, który w odrzuceniu królestwa Chrystusa przez jednostki, rodziny, narody, dostrzegał początek upadku i śmierci. Papież ustanowił święto Chrystusa Króla na znak poddania Kościoła łagodnemu panowaniu Chrystusa oraz jako apel do wszystkich, aby do niego zechcieli powrócić.

W ciągu tych 25 lat mogliśmy obserwować przykłady gorliwego zaangażowania się w służbie Chrystusa oraz powrót do Niego tych, którzy się oddalili, co przyczyniło się do rozkwitu świętości w szeregach wiernych Królowi, czyli w Kościele. Z drugiej strony, niestety, obserwowaliśmy trwałe oddalenie się wielu osób uwięzionych w błędach szerzonych podstępnie oraz w swoich pożądliwościach, co przyniosło ludzkości same zniszczenia, i to na każdym kroku, a także groźbę następnych, jeszcze gorszych i boleśniejszych, nieszczęść.
I choć szeregi wrogów Króla uzbrojone są w liczne środki i metody, za pomocą których starają się oderwać od Chrystusa dusze nabyte za cenę Jego krwi /począwszy od tych najbardziej bezbronnych i Jemu najdroższych, jak dusze dzieci i młodzieży/, to jednak Duch Święty wzbudził w Kościele nowe siły, które poniosą światło świętości tam, gdzie zlaicyzowane środowiska odmawiały Mu prawa obecności.
Takie jest zadanie Instytutów Świeckich, które ukochane, wspomagane i zachęcane przez Piusa XI w Piusie XII znalazły swego prawodawcę, stając się awangardą Kościoła, zdecydowaną doprowadzić do triumfu swego Króla. W ciągu tych 25 lat jasno widać wzmagającą się wokół Chrystusa walkę. Z jednej strony wzrastające błędy nienawiści, a z drugiej odnowiona i niepokonana miłość do Niego. I z perspektywy 25 lat, bardziej niż kiedykolwiek, zdaje się być aktualne wezwanie Piusa XI, wygłoszone do wiernych w święto Chrystusa Króla, aby wytrwali pod znakami Chrystusa i starali się ponownie do Niego przyprowadzić buntowników i obojętnych.
Wychodząc naprzeciw temu wezwaniu chcemy wspólnie rozważyć te aspekty doktryny królewskości Chrystusa, które mają dla nas szczególne znaczenie. Powołani do życia przez Króla szczycimy się służbą pod Jego znakami; zgromadzeni w Instytucie o nazwie „Milites Christi", choć jesteśmy małą grupką, to chcemy wyróżniać się miłością do Króla wyrażoną gorliwą i pełną oddania służbą.

I. Królestwo krzyża
Czytam w encyklice: „Królestwo to w taki sposób przedstawione jest w Ewangelii, że aby do niego wejść ludzie muszą czynić pokutę, a jedyna droga prowadzi poprzez wiarę i chrzest.
Sakrament ten, choć jest rytem zewnętrznym, przynosi owoce w postaci wewnętrznej odnowy. Królestwo Chrystusa przeciwstawia się jedynie królestwu Szatana i władzy ciemności.
Wymaga od swoich poddanych nie tylko oderwania się od bogactw i spraw tego świata, łagodnych obyczajów, pragnienia sprawiedliwości, ale również zaparcia się samych siebie i wzięcia swego krzyża".
Gdyby naszym celem było jedynie obudzenie w nas entuzjazmu, moglibyśmy podkreślać te strony królestwa, w których najwyraźniej widać boskie piękno Króla i Jego podboje. Sądzę jednak, że moim obowiązkiem jest coś więcej, czyli, zgodnie z wymową encykliki, ukazanie na pierwszym planie krzyża. Kiedy odwiedzicie naszą nową kaplicę, od razu rzuci wam się w oczy dominujący zarys krzyża /jak zresztą każe liturgia/ od którego pochodzi światło — jako zamysł artystyczny autora.

Izajasz w swej pieśni mówił o Mesjaszu: „Bóg króluje z drzewa" i z ciemności grzechu poprzez krzyż przechodzimy do światła odkupienia. Poprzez krzyż do światła! Jaki sens miałoby upajanie się wielkością królestwa, gdybyśmy odrzucili jedyną broń, dzięki której królestwo to zostało ustanowione? Jaką wartość miałoby upajanie się przeżyciami z góry Tabor, gdybyśmy stchórzyli i uciekli przed drogą na Kalwarię? Dobrze jest rozważać potęgę królestwa, przeczuwać jego słodycze, ale jako rodzaj bodźca do podjęcia krzyża.
Nie wolno nam nigdy zapomnieć, że do czasu gdy jesteśmy w drodze, naszym udziałem nie jest chwała, lecz krzyż; podobnie jak w życiu Króla, o którym napisano: „Czyż Mesjasz nie miał tego cierpieć, aby wejść do swej chwały?" /Łk. 24,26/

Nie przemilczę tego, co z przerażeniem obserwuję, że często człowiek nie umie powstrzymać się przed ucieczką od tego wszystkiego, co nosi znamię poświęcenia, wyrzeczenia, bólu. I dlatego ze strachu przed krzyżem pomniejsza się jego wartość, ukrywa się ją /oczywiście w dobrej wierze/, oddalając się w ten sposób od zasady, której był wierny Paweł, iż należy bardziej podobać się Bogu niż ludziom. Chlubił się więc jedynie z głoszenia Chrystusa i to ukrzyżowanego. Tym bardziej więc dusze wezwane /nie z natury, ale dzięki nadprzyrodzonemu powołaniu/, do bliższego naśladowania Pana, są zobowiązane do podjęcia krzyża z takim zapałem, z jakim uczynił to Jezus.
Nie dla dobrego samopoczucia, ale do radości; nie dla ziemskiej chwały, ale do krzyża powołał nas Król. Choć prawdą jest, że kto wchodzi na Jego drogę, temu będzie dane odczuwać radość poprzez krzyż i krzyż zrodzi chwałę.
„Cierpień teraźniejszych nie można stawiać na równi z chwałą, która ma się objawić". A św. Franciszek dodaje „Oczekuję tak wielkiego dobra, że rozkoszuję się każdym utrapieniem".
W rozważaniach czwartego tygodnia rekolekcji /ignacjańskich/ zwraca się uwagę na to, że miejsca, w których rozgrywały się sceny męki Pańskiej stają się, za sprawą Chrystusa, okazją do pociechy duchowej. Tak naprawdę zrozumieli Jezusa ci, którzy wraz z nim gorąco pragną krzyża i właśnie ci będą najbliżej Niego w chwale.
Pius XI mówiąc o królestwie, przypomniał wszystkim chrześcijanom, że należy się do niego przygotować czyniąc pokutę, że wchodzi się do królestwa przez chrzest, który odciska w nas prawo śmierci jako warunek niezbędny prawa życia, że trwa i wzrasta się w królestwie dzięki zaparciu się samego siebie i niesieniu krzyża. Tym bardziej stosuje się to do nas, jako że naszym zadaniem jest uświęcenie i apostolstwo na miarę naszego powołania. A w nim rzeczywiście króluje krzyż. Krzyż leży u podstaw naszych świętych ślubów, jako że wymagają one wyrzeczeń: rezygnacja z całkowitej wolności dysponowania własną osobą, rezygnacja ze swobodnego dysponowania własnymi dobrami, rezygnacja z praw serca i zmysłów. Co prawda nie wszyscy na własnej skórze doświadczyli co to wszystko znaczy, ale kto tego doświadczył, w tej czy w innej dziedzinie, wie jak gorzki ma to smak — smak krzyża! I może dopiero wtedy dogłębnie zrozumiał istotę i wartość swego powołania i poczuł się żołnierzem Króla.

Krzyż jest naturalnym towarzyszem naszego powołania, bo przecież każdego dnia musimy wytrzymać próbę klasyfikowania nas jako osoby szalone czy głupie. A ponieważ już samo chrześcijaństwo wydaje się światu dziwne, to już całkiem niepojęty wydaje się ten wymiar, o którym Mistrz powiedział: „nie wszyscy to pojmują" /Mt 19,11/.

Krzyż jest naszą pracą i naszym apostolstwem, nie mówiąc już o dodatkowych sprawach jak nieszczęścia czy choroby.

Nie należy się więc dziwić, że każdego dnia, a zwłaszcza kiedy ciężar krzyża nas przygniata, natura się buntuje, wierzga, gdyż nie może być inaczej. Ale właśnie w tym odkrywamy naszą wartość — w przeciwstawianiu się, w powstrzymywaniu ataku, w odpowiedniej reakcji. I jeśli poważnie traktujemy nasze powołanie, czyli chcemy, aby utwierdzało się w nas i wokół nas królestwo Jezusa; i jeśli zasadniczą regułą królestwa jest prawo krzyża, to nie będziemy go unikać, ale będziemy szukać umartwienia w każdej rzeczy.
Proszę Ducha Jezusa, Ducha Świętego, który mieszka w naszych sercach, aby pozwolił nam pojąć prawo krzyża, które jest równocześnie naszym pokojem i naszym szczęściem.
W naszych rozmowach często przewija się określenie „mieszczuchowatość", który oznacza naszą ucieczkę przed krzyżem — to natura bierze górę, łudząc nas, że zaspokajając jej potrzeby odnajdziemy wytchnienie i radość. A tymczasem może się to stać początkiem bolesnych doświadczeń, wycofania się i zdrady ideałów.
Chcąc zachować szczerość wobec nas samych, musimy przyznać, że każde „TAK" dla natury, wypowiedziane wbrew natchnieniu, pochodzącemu z łaski, burzy nasz wewnętrzny pokój, „który przewyższa wszelki umysł" /Flp 4,7/.

Jest to prawo naszej formy życia: kto konsekruje się Królowi, podejmuje krzyż /pamiętajmy o symbolicznym wręczeniu krzyża w czasie składania ślubów/, odczuwa radość z dźwigania drzewa, które choć twarde dla naszej natury, łaska czyni słodkim dla tego, kto go ukochał.
Przekonanie o tej prawdzie, czyli zaufanie słowom Mistrza i wcielanie ich w życie każdego dnia, jest warunkiem koniecznym naszego uświęcenia. Zasadniczą częścią naszego apostolstwa będzie, podobnie jak dla Pawła, głoszenie krzyża, gdyż bez niego nie istnieje królestwo Chrystusa. Tak ustanowił boski Król, najwyższa mądrość i miłość.

Chciałbym w tym miejscu jeszcze raz napisać kilka słów jako odpowiedź na zastrzeżenie, które dało się słyszeć także na naszych spotkaniach, a które słyszy się za każdym razem, kiedy porusza się temat humanizmu. W jaki sposób pogodzić humanizm z krzyżem?
Odpowiedź wymaga dwu założeń.
Po pierwsze, mówiąc o humanizmie mamy na myśli jedyne historycznie uzasadnione jego znaczenie, utożsamiające go z chrześcijaństwem. Po drugie, nie wszyscy są powołani do tego samego i w związku z tym miara krzyża, choć konieczna, jest zróżnicowana. Po takim wstępie, możemy odpowiedzieć, że krzyż wpisany w istotę chrześcijaństwa, a zatem również w humanizm /niebezpieczna byłaby wizja humanizmu nie uwzględniająca tego elementu/ wcale nie stoi w sprzeczności z pełnią człowieczeństwa.
Człowiek w niektórych typach powołania wezwany jest do rezygnacji z niektórych wartości ogólnoludzkich, zazwyczaj jednak staje przed wieloma wyrzeczeniami wewnętrznymi po to, aby móc nabrać zdrowego dystansu do rzeczy i spraw, by potem móc nad nimi zapanować i używać ich do realizacji określonego celu.
A nie odwrotnie, zostać zdominowany przez rzeczy i sprawy, co kompletnie przesłoni sam cel.

My jednak należymy do tych, którzy dzięki łasce Boga są wezwani do wiernego naśladowania Króla i wobec tego przyczyniając się do rozwoju wartości ogólnoludzkich oraz rzeczywistości na ziemi. Sami rezygnują jednak z tego wszystkiego, co nie jest wyborem zgodnym z wolą Pana i świętym znakiem krzyża, którym chcą naznaczyć każdy moment swego życia.
Kończąc te rozważania, prośmy Króla, aby łaska zwyciężyła w nas każdą pokusę natury i uczyniła z nas autentycznych żołnierzy Króla, którzy nie będą się wstydzić krzyża, ale z pasją go głosić.

II. Kościół - królestwo Chrystusa

Powinnością zapisaną w naszych Konstytucjach jest: „Zgłębiać, aby stosować w życiu dwa dogmaty chrystologiczne, które są punktem wyjścia do ożywienia chrześcijaństwa - dogmat o Ciele mistycznym oraz dogmat o królewskości".
Rzecz nie została zapisana przez przypadek. Wydaje mi się, że istnieje ścisły związek między obiema encyklikami: Quas primas Piusa XI i Mystici corporis Piusa XII. Jedna uzupełnia drugą. Głowa potrzebuje Ciała a Ciało Głowy. Nie ma Chrystusa bez Kościoła, ani Kościoła bez Chrystusa. Dlatego też istota królewskości Chrystusa, w praktyce, staje się istotą Kościoła, a to, co jest istotą Kościoła, dopełnia się w królewskości.
Istotą królewskości, wiele razy to podkreślaliśmy, jest poddanie Królowi nas samych /rozumu, woli, uczuć/, naszych braci, całej rzeczywistości stworzonej. Poddanie to będzie pełniejsze, o ile ściślej włączymy się, jako członki Ciała Chrystusa, którym jest Kościół; czyli kiedy dostosujemy się do praw rządzących tym Ciałem.
Kościół - Ciało Chrystusa jest skonstruowany podług zasad prawdy, według praw życia, czyli moralności, która sprowadza się do przykazania miłości, według zasad dyscypliny, które są zewnętrznym wyrazem władzy Głowy nad członkami oraz zależności członków od Głowy; co razem stanowi jedność całego Ciała.

Teraz królestwo Chrystusa w nas zamieszka:
a) w takiej mierze, w jakiej prawda Chrystusa w nas mieszka, uwalniając nas od błędów, od pułapek, od iluzji; a my zaczniemy myśleć jak Chrystus, czyli w łączności z Kościołem, gdyż myśl Chrystusa jest myślą Kościoła.

b) w takiej mierze, w jakiej przepełnia nas miłość Chrystusa, przemieniając nas i wyrywając z objęć egoizmu, jego fałszywych iluzji, ukrytych uroków; czyniąc z nas narzędzia konkretnej miłości poprzez służbę Bogu w braciach oraz braciom w Bogu. W
ten sposób wypełnimy nakaz solidarności między członkami jednego ciała i poczujemy się Ciałem Chrystusa czyli Kościołem.

c) w takiej mierze, w jakiej poddamy się woli Chrystusa i podporządkujemy się Jego władzy, czyli tym, którzy mają władzę w Kościele, abyśmy poprzez wolę Kościoła stali się jedno. Czy pamiętacie ten fragment encykliki Mystici corporis, w której
mówi się o Chrystusie - Głowie Ciała i o zespoleniu wiernych z Chrystusem? Napisane jest tam, w jaki sposób przeżywać prawdę o królewskości Chrystusa wcześniej już dobrze ukazaną w encyklice Piusa XI.

Istota królewskości staje się istotą Kościoła, a istota Kościoła osiąga swoją pełnię w królewskości Chrystusa. Chcę przez to powiedzieć, że ustanowienie w nas królestwa Bożego oznacza, iż mamy stawać się coraz bardziej twórczymi członkami Ciała Chrystusa, którym jest Kościół. W ten sposób staniemy się świadomymi członkami Kościoła, uznającymi prawo Chrystusa do nas i do całej rzeczywistości, a królestwo Chrystusa zamieszka w nas i poza nami w całej swej pełni. Innymi słowy: Co jest powinnością osoby, która, chce być świadomym obywatelem i żołnierzem królestwa? Zespolenie z Kościołem, jako jego żywy element. A co jest powinnością osoby, która chce być żywym elementem Kościoła? Poddanie się królestwu Chrystusa. A jeśli przejdziemy od rozważań na temat postaw do rozważań na temat działania, możemy postawić to samo pytanie i od razu dać odpowiedź. Że obowiązkiem obywatela i żołnierza królestwa jest poszerzanie granic Kościoła, a obowiązkiem członka wspólnoty Kościoła jest poszerzanie granic królestwa Chrystusa. Z tego wnioskujemy, iż Kościół jest królestwem Chrystusa. Dogmat o mistycznym Ciele opisuje, jakie ma być królestwo Chrystusa, a dogmat o królewskości wyjaśnia prawo i sposób działania Chrystusa i Kościoła, który jest Jego pełnią.

Dogmaty uzupełniają się wzajemnie. Nie chciałbym, aby „duch królewskości Chrystusa" był narażony na indywidualne interpretacje, i dlatego też ukazałem, jak tenże duch wpisany jest w istotę Kościoła. Chcę powiedzieć „Milites Christi", jako żołnierzom Króla, że Kościół stanowi centrum i rację ich życia. Problemy, troski i pragnienia Kościoła — Królestwa Chrystusa, powinny być naszymi. Aby rozumniej miłować Kościół przeczytajcie zakończenie encykliki Mystici corporis, a w ten sposób nasza konsekracja Królowi będzie naprawdę najwyższym aktem naszej miłości do Kościoła.

III. „Wszystko na nowo zjednoczyć w Chrystusie" /Ef 1,10/

Chciałbym zwrócić waszą uwagę na jeszcze jedno ważne zagadnienie. Z łatwością mogłaby przeniknąć w nasze szeregi / gdyż jest rozpowszechniona w środowisku/ koncepcja królestwa Bożego utrzymująca, że powinno się ono, w jednorodny sposób, rozprzestrzeniać na całe stworzenie. Innymi słowy jest to koncepcja mówiąca, iż Kościół w jednolity i równomierny sposób rozprzestrzenia się, aby ogarnąć całą rzeczywistość. Co za tym idzie, jedynie do Kościoła należy władza nad ziemią, do czego zresztą przeznaczony został człowiek w swej ziemskiej misji.
Ta fałszywa przesłanka może mieć poważne konsekwencje tak dla królestwa Bożego, jak i dla Kościoła. Należy ją zatem odrzucić.

Czy między rzeczami i działaniami z jednej strony, a Chrystusem z drugiej, zachodzi związek o charakterze zależności tych pierwszych od Chrystusa? Oczywiście, że tak, bo przecież apostoł Paweł nie mówi, iż zamysł Boży dotyczy tylko ludzi, ale mówi o poddaniu wszystkich rzeczy Chrystusowi jako Głowie. Wobec tego wszystkie rzeczy, jako takie, są poddane Chrystusowi, jako że są poddane działaniu stwórczej mądrości.
Rzeczywistość służy również człowiekowi i jego różnorakim aktywnościom. A kiedy człowiek korzysta z rzeczy tak, aby zmierzały ku swemu przeznaczeniu, to wtedy wszelka ludzka aktywność jest poddana Chrystusowi.

Człowiek posiada naturalne predyspozycje do posługiwania się rzeczywistością. W tym przejawia się jego potrzeba odkrywania i podporządkowania sobie stworzenia. Wymiar moralny tej aktywności sprowadza się do pytania, w jakim celu używane są rzeczy, skądinąd same w sobie dobre?

Na straży porządku moralnego Chrystus ustanowił Kościół - nauczycielkę i prawodawczynię - a zatem współuczestnika Jego władzy. Ale Chrystus dał też ludzkiej inteligencji i woli zdolność panowania nad stworzeniem, aby ustanowić w nim swe królestwo. Tak czyniąc człowiek rozwija się i jednocześnie uwielbia Boga, a jego dzieło jest doskonałe. Ale jeśli zależy mu jedynie na swym własnym rozwoju, jego dzieło jest niedoskonałe.
Obiektywna doskonałość to nie wszystko, gdyż brakuje subiektywnej i zamierzonej doskonałości, ponieważ brak głębokiej motywacji, może pokrywać winę człowieka.
Jeśli możesz ofiarować Bogu rzeczy doskonałe, a nie czynisz tego, obrażasz Boga. Dzieło obiektywne doskonałe, nawet jeśli brakuje wyraźnej intencji uwielbienia Boga, głosi Jego chwałę.
Może przecież tak się zdarzyć, że dzieła niechrześcijan mogą głosić chwałę Boga lepiej, niż dzieła chrześcijan, którzy wierzą, że ich działa noszą Bożą pieczęć, a tymczasem mogą Go obrażać.
Powiedziałem, że królestwo Chrystusa ogarnia całe stworzenie, czyniąc je doskonałym, zgodnie z ich naturalnym przeznaczeniem. Nie uwielbiam Boga moją pracą tylko dlatego, że przed jej rozpoczęciem odmówię modlitwę, choć później źle ją wykonam. Bo tak czyniąc, nie pozwalam, aby rzecz ta osiągnęła cel, do którego została stworzona. Stosuje się to do wszelkiej ludzkiej aktywności, począwszy od najmniejszej aż do największej.
Dla nas — świeckich jest to bardzo ważne, gdyż naszym zadaniem w Kościele jest doprowadzenie wszystkich rzeczy do Chrystusa. Istota naszego ideału świętości tkwi w tym , aby po chrześcijańsku panować nad rzeczywistością i zrealizować zamysł połączenia wszystkiego z Bogiem w Chrystusie. Chęć uświęcenia oraz dążenie do obiektywnej doskonałości dzieł idą, w naszych sercach, w parze. Tak pojęta doskonałość ma być przeżywana jako wyraz naszej miłości i naszego pragnienia oddania chwały Bogu. Żyjąc w taki sposób chcemy podjąć bezpośrednią odpowiedzialność za Kościół i Królestwo Boże.

Hierarchii kościelnej zawdzięczamy nauki moralne regulujące nasze życie, choć same nauki nie wystarczą, trzeba jeszcze stosować je w praktyce. Dla nas - świeckich, dążenie do świętości realizuje się poprzez wierność tym wartościom, które są właściwe dla naszego powołania.
Proszę was, abyście rozważyli w waszych sercach to, co w tym liście wam przekazałem jako przygotowanie do święta Chrystusa Króla. I jeśli zagłębicie się w treść przekazu, odnajdziecie bogactwo duchowe, które pomoże wam być prawdziwymi „Milites Christi".
Jeśli nie udało mi się jasno wyłożyć moich myśli, niech przewodniczką po tym liście będzie wam Najświętsza Maryja.
Właśnie rozpoczął się październik i wraz z całym Kościołem łączymy się z Maryją odmawiając święty różaniec, a Ona otoczy nas swą matczyną opieką.
Z tą pewnością w sercu, ślę wam braterskie pozdrowienie i do zobaczenia na uroczystości Chrystusa Króla.

Listy t. I - Dla uczczenia pamięci Ettore Oltrabella - 15.01.1951 r.

Dla uczczenia pamięci Ettore Oltrabella

Mediolan 15 stycznia 1951

Najmilsi,

I oto znowu jestem z wami, aby rozpamiętywać nauki płynące z pierwszych odwiedzin śmierci w naszej rodzinie. Moje myśli są całkowicie tym zaprzątnięte, i dlatego chcę się z wami nimi podzielić. Ból rozłąki przeżywanej po chrześcijańsku nosi znamiona końca czegoś, ale jednocześnie chcę podziękować Panu za to, że w śmierci Ettore ukazał nam wzór świętej śmierci, prawdziwie godne dobrego Miles. Król wzywając go w szeregi swoich wybranych, udziela szczególnych łask, tak że śmierć nie różni się od życia. Bogate w dary życie, to i podobnie śmierć! Z pewnością jest to zamysł Opatrzności, aby za pomocą bezgranicznego zaufania w wierze obudzić w nas wielkoduszność.
Wzrok Króla spoczął na nas, a jest On niedościgniony w swej bezinteresownej miłości. Każde Jemu powiedziane „TAK", owocuje niewypowiedzianą obfitością darów, które chowa na ciężkie chwile, a śmierć, w ludzkich kategoriach, jest jedną z takich chwil. Tego uczy nas śmierć Ettore. A żeby lepiej to zrozumieć, myślę że trzeba przyjrzeć się jego życiu.

Urodził się w Sestri Ponente 18 września 1921 roku. Kiedy miał 4 lata umiera mu matka. Rok później ojciec żeni się ponownie i osiedla się w Valenza, swoim rodzinnym mieście. Ojciec umiera, kiedy Ettore ma 8 lat i do 12 roku życia będzie mieszkał z macochą. Mając 11 lat wstępuje do młodzieżowej sekcji Akcji Katolickiej. W wieku 12 lat przenosi się do Baggio /peryferie Mediolanu/, gdzie zamieszka z babcią i aż do jej śmierci będzie się nią opiekował.
W Akcji Katolickiej pełnił coraz bardziej odpowiedzialne funkcje w sektorze młodzieżowym. Mając 18 lat odbył kurs przygotowawczy do apostolatu i z wielkim entuzjazmem poświęcił się ruchowi diecezjalnemu. Aktywny w wielu sektorach diecezjalnej Akcji Katolickiej, dojdzie aż do stanowiska Sekretarza oraz Delegata do spraw grup młodzieżowych.
Posiadał wybitne zdolności organizacyjne. Każde zebranie było przez niego dokładnie przygotowane. Pociągała go także działalność charytatywna i w ostatnich miesiącach prosił Przełożonych o zgodę na działalność w ramach Białego Krzyża.
Z czasem został tam Sekretarzem.

Nie miał wykształcenia, ukończył jedynie 3 klasy szkoły zawodowej. Nie znaczy to, iż nie posiadał pewnej kultury, jak to zresztą widać w jego pismach. Osiągnął ją dzięki indywidualnym studiom. Pisał do gazet i choć na kilka godzin przed śmiercią polecił spalić swe rękopisy, to dzięki tym, które pozostały i świadczą o jego rozległej aktywności, możemy odtworzyć jego osobowość.
Zaraz po ukończeniu 14 lat rozpoczął pracę w aptece jako pomocnik, a w wieku 16 lat był gońcem w firmie farmaceutycznej , gdzie szybko awansował na urzędnika. Ostatnio był szefem działu sprzedaży.
W 1940 roku podczas pełnienia służby wojskowej w Melzo nabawił się zapalenia nerek i przez 7 miesięcy leżał w szpitalu, będąc dwa razy blisko śmierci; otrzymał nawet ostatnie namaszczenie.
Już z tej krótkiej charakterystyki widać, jak wielką aktywnością
wykazywał się nasz Ettore i to mimo słabego zdrowia. Wyrzuty, jakie czynią sobie teraz jego Przełożeni dotyczą tego, że nie powstrzymywali jego chęci działania.
W rozmowie z Ettore zarażało się jego pogodą ducha, spokojem, z którym podchodził do każdej sprawy. Powściągliwy w sądach, posłuszny literze i duchowi Reguły, dokładny w pracy — oto cechy charakteryzujące jego osobowość, aż po ostatnie tchnienie.
Szkoda, że nie było was ze mną tego poniedziałkowego poranka, 18 grudnia, kiedy wszedłem do jego szpitalnego pokoju. Jego stan był bardzo ciężki, cierpienie wielkie, a twarz pokryta śmiertelną bladością, ale nie przeszkodziło mu to przywitać mnie promiennym uśmiechem — cenniejszym niż słowa. Niewiele mógł mi powiedzieć, ale tego nie przemilczał: „Cierpię dla was".

Otuchy dodawały mu odwiedziny Przełożonych. Jakże tu nie wspomnieć o ostatnim namaszczeniu. Siły już go opuszczały, ale całą ceremonię przeżywał w pobożnym skupieniu, choć recytowanie modlitw wymagało od niego wielkiego wysiłku.
Po przewiezieniu do domu chciał, aby bliscy spalili jego teksty, co też się stało. Następnie odwiedzili go znajomi z Akcji Katolickiej, a Asystenta diecezjalnego prosił o odmówienie modlitwy o dobrą śmierć. Pożegnał się z każdym osobiście i o północy, do ostatniego wychodzącego wykonał gest, jakby chciał powiedzieć „do zobaczenia w niebie".

O 24.10 zawołał brata z Instytutu i prosił go o odmawianie różańca, a były to jego ostatnie słowa. Włożono mu w ręce różaniec, ale nie mógł go już utrzymać, widocznie przedśmiertny ból był zbyt silny. Przy pięćdziesiątym „Ave Maryja", na jego twarzy pojawił się uśmiech, ten sam, którym przywitał mnie rano, a potem, z pogodnym obliczem oddał ducha.

Nie mogę wszystkim dać gwarancji, że będą mieli tak pogodną, choć pełną cierpień fizycznych, śmierć jak Ettore. Mogę jednak zapewnić, że Król będzie zawsze obok swego Miles, choć do ostatniej chwili wystawia go na próbę. Podtrzymuje go swoją łaską, aby mógł zwycięsko wyjść z próby i znaleźć się w jego ramionach.
To prawda, że wierność jest darem, a zatem nie jest zasługą; ale czyż nie możemy ufać, iż Król udzieli daru temu, kto go nie opuścił, kto nigdy nie odmówił Mu swego „TAK"?
Odwagi, wydaje się mówić, po skończonej bitwie, Ettore, którego dusza już ogląda oblicze Króla. Jego słowa mają dla nas wagę osobistego świadectwa. Chciałbym, abyśmy zachowali w naszych sercach świadectwo pierwszego zmarłego brata i aby stało się ono natchnieniem dla naszego życia.
Odkąd Ettore nas opuścił, mam wrażenie, że niebo spogląda z wyczekującą nadzieją na ten najmniejszy z Instytutów, który stanowi dla Kościoła ładunek możliwości, z których, prawdopodobnie, nie do końca zdajemy sobie sprawę. Bóg nie omieszka dać nam tego wszystkiego, czego potrzebujemy, lub będziemy potrzebować. Z naszej zaś strony powinniśmy na to zasłużyć oraz wydać owoc, aby nie zawieść położonych w nas nadziei ze strony Kościoła.

Można się przerazić! Z drugiej strony sam fakt, że jeden z nas, z którym aż do wczoraj wspólnie się modliliśmy, pracowaliśmy, cierpieliśmy, jest w niebie i rozmawia z Bogiem Ojcem, z Królem, z Matką Najświętszą; ze świętymi /pozwólcie że będę tak myślał/, napawa mnie wielką otuchą. Jego obecność w domu Ojca przywodzi mi na myśl funkcję ambasadora, którego działalność, jestem tego pewien, da konkretne efekty. Skieruje na nas uwagę nieba, a więc i pojawią się oczekiwania. Wobec tego zachęca do modlitwy za nas i wydaje mi się, że całe niebo przyjęło to zaproszenie i modli się w naszej intencji, aby szeregi „Milites Christi" wypełniły powierzone im zadanie.
Niech, w tej pięknej wizji /w której została pokonana przepaść
śmierci, a więź wczoraj widoczna, dziś niewidoczna, wydaje się mocniejsza/, wzrośnie nasze poczucie odpowiedzialności wraz z ufnością; tak, żeby każde nasze działanie było nacechowane gorliwością oraz całkowitym zaufaniem, tak pięknie widocznym w śmierci Ettore.

W ten sposób, tak często rozważana śmierć /dobrze by było, abyśmy praktykowali modlitwę o dobrą śmierć w trakcie comiesięcznych dni skupienia/, która dziś nawiedziła naszą rodzinę, staje się naszą nauczycielką. Dziękując Panu za dobroć, z którą uśmierza nasz ból, zachęcam was do zgłębiania nauk przez nią udzielanych, aby mogły wydać w naszym życiu obfite owoce.
Wyprosi to dla nas Najświętsza Panna, która dzięki modlitwie różańcowej z matczyną czułością towarzyszyła przejściu Ettore, prosząc jednocześnie, aby w ten sam sposób była obecna przy naszej śmierci.

Pozdrowienia w Chrystusie Królu.

Listy t. I - Przeszła siostra śmierć - 19.12.1950 r.

Przeszła siostra śmierć

Rzym, 19 grudnia 1950

Najmilszy,

W nocy z 18 na 19 poddając się dręczącej go od lat chorobie, powrócił do Boga miły naszemu sercu Ettore Oltrabella.
W ostatnim dniu swego życia, w przerwie miedzy nawrotami bólu, przyjęliśmy jego śluby, nie złożone w święto Chrystusa Króla. Wtedy, z pogodnym obliczem, powiedział mi: „cierpię dla was"! Przyjmując ten cenny dar powinniśmy odwzajemnić się modlitwą w jego intencji, aby jego dusza jak najszybciej zamieszkała w domu Ojca, gdzie będzie mógł przebywać jako pierwszy z Milites - nasz ambasador.
Konstytucje przewidują modlitwy w intencji zmarłych: w kolejne trzy dni przyjmowanie komunii świętej i odmawianie różańca. Jestem pewien, że każdy już je rozpoczął i gotowy jest dodać od siebie to, co podpowiada mu jego serce.
Przekazując wam te bolesną wiadomość, chce, jednocześnie, powiedzieć, iż przykro mi, gdyż nie będę mógł uczestniczyć w pogrzebie z powodu obowiązków zawodowych. Obiecuję, jednak, że napiszę do was dłuższy list możliwie jak najszybciej, aby zastanowić się wspólnie nad nauką płynącą z tej pierwszej rozłąki.

Serdeczne pozdrowienia.

Listy t. I - Nasz związek z Jezusem Chrystusem - 29.08.1950 r.

Nasz związek z Jezusem Chrystusem

29 sierpnia 1950r. Męczeństwo Jana Chrzciciela

Najmilsi,

W ciągu tych szybko biegnących lat za każdym razem, jak zastanawiam się nad naszym powołaniem i wypływającym z niego stylem życia jako takim albo w odniesieniu do wydarzeń w Kościele i świecie, jestem coraz bardziej przekonany o istnieniu dwu prawd ściśle ze sobą powiązanych.
Przede wszystkim o boskim pochodzeniu tego powołania.
Kiedy widzę twarze założycieli tego czy innego Instytutu, to wyczuwam, że za nimi - niedoskonałymi narzędziami - stoi prawdziwy twórca Duch Święty, który powtarza słowa już raz wypowiedziane przez Chrystusa: „Ojciec mój działa aż do tej chwili i Ja działam" /J. 5,17/.
Jeśli zastanowić się nad niezwykłym i twórczym dopasowaniem tego powołania do przesłania ewangelicznego oraz nad czasem, w którym się pojawiło jako zaczyn w cieście świata, nie można nie podsumować tego zjawiska słowami Biblii: „Doprawdy jest w tym palec Boży!".
Z drugiej zaś strony, pewność ta niesie ze sobą wielki ciężar odpowiedzialności, spoczywający na poszczególnych osobach oraz na Instytutach, które podjęły to wyzwanie i wkroczyły na nową drogę, niepewni siebie, ale ufni w łaskę Boga wiedząc, że Ten, który dał początek, da też i wzrost.
Nasza odpowiedzialność! Może nas to przyprawić o dreszcze, tym bardziej jeśli zestawimy fakt, że nie dorastamy do tego zadania oraz naszą małość, która stopniowo ujawnia się wraz z trudnościami związanymi z drogim nam, choć ciężkim zadaniem, do którego zostaliśmy powołani. Czyli do doprowadzenia świata do doskonałości, łącząc nasze uświęcenie ze zjednoczeniem całej rzeczywistości w Chrystusie.
Wynika z tego potrzeba dostosowania Instytutu jako całości oraz każdego z nas do podjęcia i wypełnienia takiej odpowiedzialności. Jak bardzo pragnienie to żyje w was i kształtuje wasze najgłębsze myśli i jest źródłem waszej troski, chciałoby się rzec, jedynej, miałem okazję się przekonać w rozmowach indywidualnych i grupowych z wami odbytych.

Powinniśmy wspólnie podziękować za to Panu i prosić abyśmy w tym pragnieniu wytrwali.
Z powodu silnie odczuwanej troski, instynktownie poszukujemy sposobu, który najlepiej odpowiadałby podjęciu takiej odpowiedzialności, czyli naszej duchowości. Droga, którą wybraliśmy, jest w swych fundamentalnych zarysach całkiem nowa, a zatem bez pomocy w postaci wypracowanej przez lata tradycji, którą to posiadają istniejące od dawna w Kościele inne formy życia.
Do takich poszukiwań z radością was zachęcam i przypominam, że należy przedstawić osądowi i kontroli Przełożonych to, co chcecie wypróbowywać. Nie możemy bowiem pozwolić, aby poszukiwanie nowości popchnęło nas poza raz ustalone granice; dobrze wiedząc, że choć problem zbudowania duchowości jest otwarty, to można go rozwiązać tylko w ramach tego, co nazywamy formułą zasadniczą, którą można oczywiście pogłębiać, aby lepiej ją zrozumieć i przeżywać, ale poza ramy której nie wolno nam wyjść, jeśli nie chcemy spowodować wielkich szkód.
Formuła ta zapisana jest w naszych Konstytucjach i brzmi: „Kochamy, poznajemy i żyjemy Jezusem Chrystusem, który jest punktem odniesienia duchowości Instytutu". Nie miejcie do mnie żalu, że jeszcze raz zatrzymam się wraz z wami, po wakacyjnym skupieniu, nad znaczeniem i wartością tej trudnej do zgłębienia syntetycznej formuły. Proszę równocześnie Najświętszą Matkę Jezusa i naszą, aby wyprosiła dla nas możliwość zgłębienia tego znaczenia, tak jak ona go zgłębia i nim żyje jako żywa uczestniczka misterium Chrystusa Pana Naszego.

1. Istotą przesłania ewangelicznego jest sama postać Jezusa Zbawiciela, czyli niemożność zbawienia poza Jezusem Chrystusem. Piotr od początku swej działalności apostolskiej z niezachwianą pewnością głosił tę prawdę: „I nie ma w żadnym innym zbawienia, gdyż nie dano ludziom pod niebem żadnego innego imienia, w którym moglibyśmy być zbawieni"/Dz 4,12/.
Z tego wynika, że rozpoznanie Jezusa wyznacza początek zbawienia. Samarytanka, rozpoznawszy Go, porzuca dzban z wodą i biegnie do miasta z nowiną: „Pójdźcie, zobaczcie" /J 4,29/. Co za tym idzie, poznanie Jezusa określa miarę świętości, która wyraża się w „poznaniu Ojca oraz Jego Syna, którego posłał, Jezusa Chrystusa" /J 17,3/.
Oczywiście, nie chodzi tu o poznanie intelektualne, ale pełne miłości otwarcie się na Jego penetrujące działanie, które owocuje upodobnieniem się do Niego.
Aby poznanie to przyniosło owoce musi być poznaniem osobistym. Istnieje zasadnicza różnica między poznaniem jakiejś osoby z opowiadań innych, a bezpośrednim jej poznaniem.
Takim właśnie było poznanie Andrzeja i Jana,których przepełniła niewysłowiona radość: „Znaleźliśmy Mesjasza!" /J l,41/. Takim było poznanie opisywane przez Jana w pierwszym Liście: „cośmy usłyszeli o słowie życia, co ujrzeliśmy własnymi oczami, na co patrzyliśmy i czego dotykały nasze ręce" /1J l,l/.
Takie powinno być i nasze poznanie.
To prawda, że nie możemy zobaczyć Jezusa naszymi oczami, Jego rysów twarzy ani usłyszeć Jego głosu, ani rozpoznać Jego kroków, jak z pewnością je rozpoznawała Maryja; a jednak nasze poznanie ma być poznaniem osobistym.
Przede wszystkim mam na myśli to, że nasz związek z Jezusem ma być relacją z żywą osobą. Jezus nie jest rzeczywistością teoretyczną i abstrakcyjną, lecz jest żywy — żyje teraz — a nie jak nasi umarli, których dusze żyją poza ciałem; Jezus jest osobą żywą. Nad jego otwartym grobem anioł zapytał niewiasty: „Dlaczego szukacie żyjącego ws'ród umarłych?" /Łk. 24,5/.

Ten, którego przyjmujemy w eucharystii, adorujemy w Najświętszym Sakramencie; Ten z którym rozmawiamy modląc się, jest osobą żywą. Rację miał więc Marmion, że pierwszym krokiem ku świętości jest nawiązanie osobowej więzi Jezusem.
To nadprzyrodzone odkrycie może zmienić nasze życie! Pomocne jest w tym systematyczne i uważne czytanie Ewangelii oraz uważne zastanowienie się nad gestami i słowami Jezusa przekazanymi przez Ewangelistów. Ponadto należy być wewnętrznie podatnym na słowa, które Jezus kieruje do każdego osobiście i dzięki temu pogłębia się i doskonali wzajemna relacja, a osoba Jezusa staje się dla każdego szczególnie ważna w swej uniwersalnej obecności. Jak pisze benedyktyn Vonier: „Obecność uniwersalna Chrystusa nie stoi w sprzeczności z głębokim, indywidualnym kontaktem z poszczególnymi duszami. Jezus jest rzeczywiście uniwersalnym przyjacielem, a jednak nie istnieje przyjaciel tak bardzo osobisty każdego z ludzi".

Przywołałem tutaj fundament każdej świętości, (który jest także podstawą apostolatu, ponieważ „pozyskując dusze dla Jezusa, trzeba najpierw pozyskać je dla konkretnej osoby, a potem dla sposobu życia" /ojciec Plus/), ażeby zadać sobie samemu pytanie, czy stopień poznania Chrystusa przez Miles może być mniej głębszy od poznania typu monastycznego /głęboko wewnętrzne, pełne miłości, osobiste/, składającego się na ideał mnicha czy zakonnika? Wspominałem nie raz, że „O naśladowaniu Chrystusa" Tomasza A Kempis jest książką duchowości monastycznej. Ale czy to znaczy, że nie mają zastosowania także do Milites rozdziały 7 i 8 II Księgi? Oczywiście, że mają, gdyż także w nas miłość do Jezusa powinna wszystko przewyższać, a przyjaźń z Nim powinna mieć szczególne cechy osobistej zażyłości, aby „spośród wszystkich istot drogich, tylko Jezus niech będzie szczególnie umiłowany" /Księga II, rozdział 8, n.3/. Ale takiej przyjaźni nie osiągnie się, podobnie jak to jest wśród ludzi, bez wzajemnego, głębokiego poznania. Środkiem do tego prowadzącym będą wszelkie pobożne praktyki, lecz szczególnie duchowa lektura i medytacja.
Nie chcę teraz zatrzymywać się nad oceną tych środków, ale pamiętajmy, że Jezus ukazany w Ewangeliach, powinien być najważniejszym przedmiotem medytacji, a w czasie poświęconym na lekturę duchową powinniśmy sięgać po najlepsze książki poświęcone życiu Chrystusa.

2. Ktoś mógłby zaoponować twierdząc, że o ile zakonnicy mają czas na pogłębienie znajomości Chrystusa, to nam brakuje tego czasu właśnie ze względu na wypełnianie naszego powołania. Nie neguję tak sformułowanej obiekcji, ale w zasadzie jest to narzekanie Marty wobec zachowania Marii, która u stóp Jezusa dogłębnie Go poznawała, podczas gdy siostra nie mogła sobie na to pozwolić z powodu domowych zajęć. Sądzę jednak, że odpowiedź dana Marcie przez Jezusa rozjaśni nieco nasze wątpliwości.
Jezus odpowiada Marcie, która wyraźnie prosi Go, aby rozkazał Marii, żeby jej pomogła: „Marto, Marto, troszczysz się i niepokoisz o wiele, a potrzeba mało albo tylko jednego. Maria obrała najlepszą cząstkę, której nie będzie pozbawiona" /Łk. 10, 41-42/.
Słowa Jezusa zawsze mają głębokie znaczenie, widać w nich akceptację zasady wolnego wyboru, dotyczącego własnego życia oraz stwierdzenie obiektywnej wyższości wyboru dokonanego przez Marię. Wydaje mi się jednak mało logiczne, aby Mistrz potępił konieczne zajęcia, którym oddaje się Marta, czyli krzątanie się wokół zajęć, które mają uhonorować tak zaszczytnego gościa. W gruncie rzeczy Marcie zależy na tym, aby dobrze wypaść, a zatem bardziej myśli o sobie niż o Jezusie. Jezus zatem delikatnie jej wymawia sposób, w jaki podchodzi do swych ważnych zadań.

Mieliście kiedykolwiek okazję obserwować wprawną panią domu? Jeśli interesuje ją prowadzona przez gości rozmowa, to nawet zajęcia kuchenne nie przeszkodzą jej w zabraniu głosu / choćby z kuchni/ w toczącej się dyskusji. I pod warunkiem, że nie ulegnie emocjom wykona dobrze jedno i drugie. „A potrzeba tylko jednego" — serce i umysł mają być skoncentrowane na Jezusie.
Wyrzut można uczynić tylko z tego, że Marta „troszczy się i niepokoi o wiele" czyli że nie potrafi skoncentrować się na Jezusie wypełniając swoje zadanie oraz to, że nie czyni tego dla Jezusa, tylko dla podtrzymania własnego wizerunku.
Gdyby Marta umiała przyjąć taką postawę, jak naucza Jezus, z pewnością mogłaby z powodzeniem słuchać tego, co mówił Jezus, przygotowywać gościnę, a także cieszyć się z tego, że jej siostra może nasycić się obecnością Mistrza.

Myślę, że dotknęliśmy tutaj zagadnienia bardzo istotnego dla naszego życia.
Dokonany wybór jest zgodny z wolą Bożą. Oczywiście istnieją wyższe drogi i chwalimy za to Pana, ale dla nas osobiście ta droga jest najdoskonalsza. Należy przeżywać ją najlepiej jak potrafimy, czyli nie zaniedbując lub nie porzucając 1'unum necessarium, co stanowi istotę świętości. Jest naszym obowiązkiem zajmowanie się sprawami ziemskimi i apostolatem, gdyż należy to do naszej misji. I Jezus nie wypomina nam wypełniania naszych obowiązków, ale mógłby wypomnieć nam sposób, w jaki je wypełniamy: „niepokoić się o wiele!".

Niepokój ten wyrasta z:
1. chęci zaspokojenia naszego „ja", zamiast służenia Bogu;
2. niewystarczającej wewnętrznej uwagi skierowanej na głos Ducha Jezusa, który przemawia do nas w każdym momencie;
3. nieposzukiwania Jezusa w każdym stworzeniu.

Każda z tych przyczyn niech się stanie przedmiotem naszego rachunku sumienia. Lecz teraz chciałbym się zatrzymać nad trzecią, jako że porusza ważną kwestię i nie powinniśmy wpaść w pułapkę.
Z pewnością znacie wspaniały duchowy testament ojca Longhaye, który zostawił swoim studentom. Warto do niego często zaglądać. Między innymi pisał tak: „W każdym przedmiocie studiów poszukujcie związków z Chrystusem, w sposób bardziej lub mniej bezpośredni czyńcie z nabytej wiedzy środek do dawania świadectwa o Jezusie Chrystusie".

Słowa te skierowane były do studentów, stąd ojciec mówi o studiowaniu jako o aktywności im właściwej. Mogą one jednak zostać rozciągnięte na wszelką ludzką działalność, tak, aby każda ludzka aktywność była rodzajem świadectwa o Chrystusie. Każda ludzka aktywność, począwszy od tej najmniej do najbardziej wzniosłej! W swoim czasie dokładnie przyjrzymy się konkretnym sposobom wypełnienia tego zadania, aby nikt nie uważał się za wykluczonego. W tym miejscu chcę podkreślić, jak bardzo się to przyczynia do poznania i umiłowania Chrystusa.
Ktoś mógłby mnie spytać, w jaki sposób praca na tokarce czy praca urzędnicza może przyczynić się osiągnięcia powyższego celu. Powinniśmy uświadomić sobie szczególną wagę, jaką ma dla nas obecność Jezusa jako Słowa Mądrości /Logos/ we wszystkich stworzeniach; dlatego też, nawet jeśli jesteśmy przez cały czas zajęci sprawami świeckimi, to utrzymujemy z Nim stałą, choć specyficzną więź. Każdego dnia powtarzacie: „Przez Niego wszystko zostało stworzone" - mając na myśli Słowo. Słowo jest Mądrością Ojca i żadne stworzenie nie zaistniało zanim nie zostało pomyślane w Słowie, każdy związek logiczny zanim został odkryty, to wcześniej w Nim zaistniał. Wobec tego Słowo jest obecne we wszystkim, a wszystkie stworzenia istnieją jako że zostały w Nim pomyślane!

Nie chodzi tutaj o nawiązywanie do heretyckich poglądów gnostycznych czy panteistycznych, lecz o poczucie wszechobecności Boga jako Słowa. Słowem zaś jest Jezus. A zatem wszystkie rzeczy, jeśli tylko są zgodne z pierwotnym zamysłem w Słowie, mają z Nim więź. Dlatego poznanie prawdziwej istoty rzeczy, prowadzi, w pewnym sensie, do poznania Jezusa. A sprawienie, aby wszystkie rzeczy były w zgodzie z rozumem, czyli zgodne z ich prawdziwą istotą /również praca na tokarce/ jest doprowadzeniem do tego, aby dawały one świadectwo o Chrystusie i umacniały naszą więź z Nim.
Wcześniej zaznaczyłem, że może być w tym ukryta pułapka i to podwójna.
Nasza aktywność może być uznana za coś, co nie ma wpływu na nasz bliski związek z Chrystusem. Ocenimy to jako rzecz konieczną, zważywszy nasz stan, ale nie za środek prowadzący do uświęcenia. Nic bardziej fałszywego, tak ze względu na istotę aktywności, /o czym mówiłem wyżej/, jak i ze względu na posłuszeństwo. A my wiemy, jak to jest, kiedy posłuszeństwo łączy obie strony: a komu jesteśmy posłuszni, jeśli nie Chrystusowi?

Logicznym następstwem pierwszej pułapki, może być kolejna. Polega ona na tym, że wyobrażamy sobie, iż zjednoczenie z Chrystusem poprzez naszą aktywność, polega na ciągłym koncentrowaniu na Nim myśli. Rzeczy zaś, które mamy do wypełnienia traktujemy jako zło konieczne i nie dbamy o ich perfekcyjne wykonanie. Także to przekonanie jest błędne.
Oczywiście, cieszmy się kiedy nasz umysł doznaje iluminacji, dzięki której bezpośrednio łączymy się z Chrystusem, ale normalna droga do zjednoczenia z Jezusem, prowadzi przez wypełnianie naszych czynności, tak, aby wydobyć z nich zawartą w nich pełnię /to, do czego zostały stworzone/, zgodną z zamysłem Bożym. I w ten właśnie sposób jednoczymy się z Chrystusem — Panem stworzenia.
Innymi słowy, nie mamy mówić „Panie, Panie", a potem „odbębniać" swoją pracę, ale rozumnie wykonywać pracę,odkrywać w rzeczach, które wykonujemy ich prawdziwą istotę i wydobywać ją na światło dzienne zgodnie z prawami, którymi się rządzą. Na tym polega poznanie Chrystusa, uwielbienie Go i złączenie się z Nim. Oczywiście pełne poznanie i uwielbienie jest syntezą intencji i wykonania, gdyż wtedy realizuje się w pełni właściwe świeckim zadanie zjednoczenia i odnowienia wszystkich rzeczy w Chrystusie. Jeśli dobrze przyjrzymy się naszemu życiu, ujrzymy Chrystusa, który jest ośrodkiem naszego życia - wszystko przez Niego i w Nim, tak, że nie ma takiej chwili, abyśmy czuli się oddzieleni od Niego, lub byśmy o Nim zapomnieli. A jeśli dobrze się zastanowimy, to nie chodzi tu o jakieś zewnętrzne środki, które pomogłyby nam w osiągnięciu tego; ale chodzi o pewien stan ducha dający siłę do usuwania przeszkód, które są bardziej w nas, niż poza nami.

4. A kiedy uda nam się pogłębiać więź z Chrystusem, zgodnie z wymogami naszego powołania, wtedy dopiero pojmiemy i poczujemy wyłączność miłości Jezusa i że w niej znajduje się nasze szczęście. Potrzeba szczęścia nie jest niczym innym, jak pełnią istnienia. Im bardziej istota ludzka dąży do tego, żeby być tym, czym powinna być /a możemy powiedzieć, że właśnie to jest wolą Boga/, tym bardziej jest szczęśliwa.
Istotą naszego powołania jest nawiązanie głębokiej więzi z Jezusem, poznanie Go i pokochanie poprzez naszą pracę i wszelką działalność związaną z naszym posłannictwem. Kiedy w pełni będziemy realizować nasze powołanie, a nasz umysł i nasze serce skoncentrują się na Jezusie, to wtedy będziemy mogli w pełni odczuć szczęście płynące z naszego powołania. Marta nie jest szczęśliwa w tym, co czyni Maria, lecz w tym, że Jezus jest niezbędnym i wyłącznym celem jej krzątaniny, podczas której nie myśli o sobie, ale jest wyłącznie na Nim skoncentrowana.
Gdybyśmy potrafili przeanalizować przyczyny niektórych naszych stanów: zmęczenia, znudzenia, pokus /poza tymi, które Bóg dopuszcza dla wypróbowania nas/; odkrylibyśmy, że o ile to od nas zależy, nie daliśmy Jezusowi wyłączności na nasz umysł i serce, ale chcieliśmy zaspokoić własne „ego" albo postawiliśmy stworzenie na miejscu Stwórcy i zamknęliśmy się na Jego wewnętrzny głos.

Chrystus wszystkim we wszystkich rzeczach jest istotą powołania Militi Chrystusa Króla, a zatem mamy codziennie wzrastać w poznaniu i miłościwa Niego. To jest prawo życia — wzrastać w poznaniu i miłości Chrystusa oraz w odpowiedzialności, która na nas spoczywa.
Wiele spraw stoi przed nami, ale wszystkie nasze aktywności powinny skupić się, jak w soczewce wokół jednego zadania: Aby Jezus w nas wzrastał dzięki poznaniu i miłości.
Z tego będziemy musieli zdać sprawę, czyli z upodobnienia się do Chrystusa oraz z głębokości więzi. Jednej rzeczy jestem pewny, niezależnie od tego, co się przydarzy instytutowi czy nam w przyszłości, że miara naszej świętości /dziś i jutro/ oraz idąca za tym zdolność świadczenia o Chrystusie w świecie, będzie wprost proporcjonalna do stopnia poznania i umiłowania Chrysrusa, do stopnia życia Bożego w nas.
Kontynuujmy zatem nasze poszukiwania za pośrednictwem naszego doświadczenia, rachunku sumienia, weryfikowania środków potrzebnych do realizowania naszego powołania /czyli do formowania naszej duchowości/, ale wszystko to ma skupiać się wokół Chrystusa, bo poza Nim nie ma sensu.
Oby nasze gorące błaganie, za wstawiennictwem Matki Jezusa, wyprosiło od Ojca i Ducha Świętego zdolność zrozumienia i wypełnienia naszego powołania.
Pozdrawiam w Chrystusie.

Listy t. I - W duchu Roku Świętego - 23.12.1949 r.

W duchu Roku Świętego

23 grudnia 1949 roku

Umiłowani w Panu,

Właśnie skończyłem słuchać słów Ojca Świętego w wigilię Roku Świętego i odczuwam potrzebę zwrócenia się do was z życzeniami oraz dać wam wskazówki na ten rok łaski, który jutro się zaczyna.
Narodziny Jezusa Chrystusa, naszego Króla, rozpoczęły w dziejach erę łaski. Klęcząc przed kołyską, w której Bóg-Człowiek przynosi nam swój Boski dar, jako przedsmak swej nauki. Z uśmiechem dziecka zachęca nas do pójścia za Nim, a my ofiarujemy Mu naszą konsekrację, jako świadectwo wiary, wdzięczności, miłości.
Aby poczuć to, w głębi serca postarajmy się, przeżywać ten dar w wewnętrznym skupieniu. Tajemnica, którą Kościół obchodzi z wielkim nabożeństwem, nie powinna zostać zagłuszona przez zewnętrzną formę. Kościół, zgodnie ze swą tradycją, otwierając, na Boże Narodzenie, święte wrota wprowadza nas w Rok Święty.
Od razu rzuca się w oczy głębokie znaczenie tego podwójnego wydarzenia. Od kołyski Jezusa, skąd przychodzi nasze odkupienie i uświęcenie, rozpoczyna się czas szczególnego wezwania do wysiłku prowadzącego do naszego uświęcenia. Chciałbym, abyśmy w tym roku, w rytmie wyznaczonym przez Kościół, naśladowali Chrystusa w Jego dorastaniu do całkowitej ofiary z Siebie.
Chciałbym, żebyśmy:
• wzrastali w łasce Boga, uzdolniającej do większej ofiarności w Nim, z Nim i przez Niego;

• w naszym życiu nadali szczególną wartość zadośćuczynieniu za nasze grzechy, naszych braci, za tych, którzy zatracili sens grzechu, o których Jezus mówił: „Nie wiedzą, co czynią" /Łk. 23,34/.

• w tym roku uczynili wysiłek, z pomocą modlitwy, ofiary, działań, w kierunku nawrócenia wielu braci; aby zamieszkał w ich sercach Jezus, a oni mogli odczuwać radość z tego, że są Jego dziećmi.

Użyłem słowa uczynić wysiłek i chciałbym dodać w sposób bezpośredni. Prawie wszyscy należymy do organizacji typu apostolskiego, lecz chciałbym, aby każdy, bezpośrednio prowadził jakąś osobę do Jezusa, aby z pomocą łaski nawróciła się.
Jest to zachęta, która wyszła od Ojca Świętego i nie możemy o niej zapomnieć, mam, którzy nosimy zaszczytne imię Milites Christi. W tym duchu przywitajmy narodziny naszego Króla, aby ten Rok łaski stał się dla Królestwa Bożego rokiem szeroko rozlanej miłości i prawdy.
Są to moje życzenia, którymi odwzajemnić się chcę za wasze; każdego zapewniam o pamięci i proszę o modlitwę, abym mógł wypełnić to, o co i was proszę.
Gorąco was pozdrawiam w Chrystusie

Listy t. I - Święty Różaniec - 3.10.1949 r.

Święty Różaniec

Święto Różańca, 3 października 1949

Kochani,

Zbliża się Święto Króla, które co roku zamyka cykl liturgiczny. Święto to dla wszystkich chrześcijan niesie ze sobą głębokie treści duchowe, a dla nas jest co rok powtarzającą się okazją do zastanowienia się nad naszym powołaniem, nad jakością naszej na nie odpowiedzi; jest okazją do odnowienia, ze stanowczą wolą zahartowaną w rekolekcjach, naszego całkowitego oddania się Panu.
Dla niektórych, święto to wyznaczy ostateczny etap ich oddania i dotyczy to nas wszystkich, aby owoce jednostkowego daru rozlały się na całą rodzinę i na jej poszczególnych członków.
Dla innych, święto to wyznaczy ich wejście do rodziny; wejście, które wymaga szeroko otwartego serca, aby czteroletnie przygotowanie w aspiranturze było na miarę wielkości daru, który im, jak i nam, Pan przeznaczył.

I to właśnie jest powód, dla którego mamy w tym miesiącu szczególnie się przygotować na godne uczestnictwo w naszym święcie, gdyż jest to święto Króla.
Sądzę, że właściwym środkiem będzie włączenie się w przeżywanie świętego Różańca, któremu miesiąc ten jest poświęcony. Modlitwa ta, tak droga Maryi, i przez nią gorąco polecana, jako pewny środek uświęcenia, daje nam możliwość ciągłego przeżywania tego, co Król dla nas uczynił począwszy od Wcielenia aż do Zesłania Ducha i dalej, aż do chwały, którą dla nas przygotował, a do której już została powołana Maryja. Daje nam też możliwość przedkładania próśb naszej Matce, aby dała nam siłę do poznania, kochania i podążania w pełni radości za swoim Boskim Synem, a naszym Panem.

Zanim prześlę wam program uroczystości 30 października, to już zachęcam was do codziennego odmawiania, w miare możliwości, całego Różańca /dla wielu jest to już bezcenne źródło sił duchowych/, co ma służyć lepszemu przygotowaniu się wszystkich i każdego do naszej konsekracji Jezusowi Chrystusowi.

Niech Madonna, Królowa Różańca, wypełni to nasze pragnienie, aby Ona sama mogła nas wszystkich przedstawić Królowi. Pozdrawiam w Chrystusie.

Listy t. I - Wskazówki dla „grupy zawodowej" - 23.04.1949 r.

Wskazówki dla „grupy zawodowej"

Sobota 23 kwietnia 1949 r.

List napisany z okazji ukonstytuowania się grupy pedagogiczno-dydaktycznej, złożonej z nauczycieli członków Instytutu, w celu doskonalenia własnych umiejętności zawodowych.

Ukochani,

Zgodnie z duchem i celem Instytutu, ci z jego członków, których łączy wspólnota uprawianego zawodu, mogą wspomagać się wzajemnie w procesie doskonalenia zawodowego. Kompetencja zawodowa jest istotnym elementem wzoru Milites, zakreślonym w Konstytucjach jako fundament ich misji i świętości.
Wobec tego, wydawało mi się rzeczą słuszną podjąć tę inicjatywę, która wychodząc od jednej grupy, mam nadzieję, że rozszerzy się na inne umożliwiając w ten sposób efektywniejszą realizację celu Instytutu.
Jesteście tymi spośród Milites, którzy z racji zawodu zajmujecie się nauczaniem i wychowaniem. Jest zatem rzeczą oczywistą, że wasza wartość jako Milites, jest ściśle związana z wartością jaką prezentujecie jako nauczyciele i wychowawcy. I w taki sposób służycie Kościołowi.
Prawdą jest też, że wasza misja należy do jednych z najtrudniejszych. Św. Jan Chryzostom mówił, iż ze wszystkich sztuk najtrudniejsza jest sztuka wychowania. Studia uniwersyteckie nie są wystarczającym przygotowaniem do właściwego wykonywania tego zawodu. Z tej konstatacji płynie chęć zapełnienia tej luki i znalezienia takich narzędzi, które w pełni rozwinęłyby wasze zdolności dydaktyczne i wychowawcze.
Narzędziem, które wydawało mi się najskuteczniejsze, było zaproponowanie wam stworzenia grupy łączącej wasze siły. W ramach tej grupy można wyznaczyć zadania i cele, podzielić się na zespoły robocze i określić plan działania. W ten sposób wy-mienicie się doświadczeniami i łatwiej osiągniecie cel.

Instytut może wam pomóc w poszukiwaniu odpowiedniej literatury fachowej. Powinniście także nadążać za tym co w tej dziedzinie dzieje się we Włoszech i za granicą oraz uczestniczyć, o ile to możliwe, w różnych kursach doskonalenia zawodowego w naszym kraju i za granicą. Nie możecie też zaniedbać ustawodawstwa związanego z oświatą, gdyż są to ramy określające warunki, w których działania dydaktyczne i wychowawcze mogą osiągnąć możliwie jak największą skuteczność.

Zdaję sobie sprawę, że jest to złożone i imponujące przedsięwzięcie, do którego samodzielnie nie mielibyście odwagi się zabrać; dlatego też, łącząc wasze siły, dzieląc się zadaniami, możecie łatwiej, niż każdy oddzielnie, osiągnąć cel. Z tych pierwszych doświadczeń mogą się zrodzić większe inicjatywy. Nie pozostaje nam nic innego jak zabrać się do pracy, z całych sił, stosownie do możliwości i z otwartą głową na wszystko co, wraz z nabieraniem doświadczenia, może się okazać korzystne.
Chciałbym, aby wasze pierwsze spotkanie odbyło się l maja, przy okazji naszego dnia skupienia. Powierzymy, zatem naszą pracę opiece Maryi, która jako Matka Jezusa jest Królową wychowawców.

Pewny waszego odzewu, życząc wam owocnej pracy, pozdrawiam was w Jezusie Panu naszym.

Listy t. I - W świetle Motu proprio „Primo feliciter" - 28.08.1948 r.

W świetle Motu proprio „Primo feliciter"

Gallarate, 28 sierpnia 1948

Umiłowani w Panu,

podczas moich rekolekcji rozmyślałem o dobroci Boga wobec nas, którzy zapuściliśmy się w niezbadany teren, a którym On wychodzi naprzeciw, aby uczynić nasze kroki pewniejszymi, przemawia do nas ustami Kościoła, matki naszej. Po roku od wydania Konstytucji apostolskiej „Provida Mater Ecclesia", Jego Świątobliwość Papież Pius XII, aby uczcić te rocznicę, napisał list /Motu propno/, w którym powraca do zagadnienia, precyzując niektóre punkty.
Ze swej strony Święta Kongregacja do Spraw Zakonów, której podlegają Instytuty Świeckie, rozesłała „Instrukcję dotyczącą Instytutów Świeckich", w której wyjaśnia i określa normy uzupełniające. Innym razem zatrzymamy się nad prawnym aspektem tych dokumentów.
W atmosferze rekolekcyjnej, pełnej łask, chcę podziękować Panu za ten dar, który rozwiewa wszelkie nasze obawy i utwierdza nas w wybranej drodze oraz pragnę skierować waszą uwagę na niektóre punkty dokumentu papieskiego, które poważnie zachęcają nas do ponownego rozważenia podjętej przez nas odpowiedzialności.

Chodzi o wstęp, który zacytuję:
„Gdy szczęśliwie minął pierwszy rok od chwili ogłoszenia naszej Konstytucji Apostolskiej Proyida Mater Ecclesia i przed oczyma przesuwają się liczne rzesze dusz ukrytych „z Chrystusem w Bogu" /Koi 33/ idących w świecie drogą świętości i całe swe życie z radością poświęcających „sercem wielkim i duszą ochotną" /2Mach 1,3/, w nowo powstałych Instytutach Świeckich, jakże nie dziękować Bogu za coraz liczniejsze zastępy tych, którzy w świecie praktykują rady ewangeliczne, jakże nie dziękować Bogu za tę potężną pomoc, która w naszych niespokojnych, nieszczęśliwych czasach wzmocniła opatrznościowo katolicki apostolat.

Duch Święty, który nieustannie odnawia oblicze ziemi zniekształcane i oszpecane codziennie nadmiarem zła, powołał dla siebie darem wielkiej i szczególnej łaski wielką liczę umiłowanych synów i córek, którym z głębi serca błogosławimy w Panu, aby stojąc w szeregach Instytutów Świeckich byli jak sól, światło i zaczyn w mdłym i mrocznym świecie, z którego nie są, w którym jednak z woli Bożej winni pozostać. Mają oni być w tym świecie nie wietrzejącą solą, której świeżość odnawiana jest łaską powołania, aby nie utraciła nigdy swej jakości gatunkowej; światłem, które w ciemnościach świeci i nie gaśnie; dobrej jakości zaczynem, choć ilościowo niewielkim, który jednak działa wszędzie i zawsze, przenika wszystkie warstwy społeczne, od najniższych po najwyższe, usiłuje wszelkimi sposobami, słowem i przykładem, dotrzeć do nich jako całości i do jej poszczególnych reprezentantów, tak, aby zaczyn Ewangelii ogarnął całe ciasto i wszystko przemieniło się przez Chrystusa i w Chrystusie"/Mt 13,13; !Kor5,5/. /częściowo za: „Z Chrystusem w świecie", Lublin 1997/.

Podkreśliłem niektóre zwroty, ponieważ chciałem, aby stały się dla nas podstawą poważnego rachunku sumienia.
Papież szczególnie podkreśla dwa aspekty: gorące pragnienie świętości — poszukiwaniom której należy z radością i szerokim sercem, poświęcić całe życie - świętość, którą określa za św. Pawiem jako „życie ukryte z Chrystusem w Bogu" /Kol 3,3/. I następnie, jako bezpośrednia konsekwencja - duch apostolstwa, który umieszcza nas w świecie na. kształt niewietrzejącej soli, jako niegasnące światło, jako dobrej jakości zaczyn, choć ilościowo niewielki. Zawsze i wszędzie, we wszystkich warstwach społecznych, aby przeniknąć do nich jako do całości oraz do jej poszczególnych reprezentantów.
Czyż nie jest to ten sam cel, który możemy przeczytać w Konstytucjach naszego Stowarzyszenia? Jeszcze wyraźniej ukaże się on w tekście, który ostatnio redagowałem i poprawiałem.
Winnym miejscu, ale ciągle o apostolacie, Papież pisze: „Apostolstwo instytutów świeckich powinno być wiernie pełnione nie tylko w świecie, ale także niejako od strony świata, to znaczy przez pracę zawodową i różne formy świeckiej działalności, w miejscach i okolicznościach, odpowiadających warunkom świeckim".

Pamiętacie list z kwietnia?
Nie ma lepszej okazji do poważnego rachunku sumienia niż rekolekcje, a rachunek ten powinien ułatwić nam zgłębienie dwu punktów, które stanowią jedyny cel Stowarzyszenia - własne i innych uświęcenie.
Czy rzeczywiście oczekujemy świętości z pragnieniem w sercu i otwartą duszą? Często przytłoczeni tysiącem spraw, zadowalamy się przeciętnością, trudno wtedy nas nazwać żołnierzami godnymi swego Króla, a co za tym idzie, nasz apostolat staje się mniej owocny. „Jeśli sól utraci swój smak(...), na nic się już nie przyda?" /Mt 5,13/. Nie zawiedźmy pokładanej w nas nadziei! Papież dziękuje Bogu za skuteczną i opatrznościową pomoc, którą nowe zastępy niosą katolickiemu apostolatowi, w czasach niespokojnych i nieszczęśliwych.
Niech każdy z nas, z głębi swej małości, poczuje wielkość swego powołania i będzie gotowy na wszystko, aby stać się jego godnym!
Jest to też jedyny sposób na w pełni radosne przeżywanie naszego powołania: trzeba dać wszystko, bez obaw. Każda powściągliwość w służbie Króla, czyniona nawet w imię pozornych, bezpośrednich korzyści, staje się z czasem przyczyną smutku, dla Króla i dla nas, którzy odczuwają pełnię radości płynącą jedynie z pełni ofiarności.
Wypowiadając słowo apostolat, myśli wielu z nas biegną od razu w kierunku organizacji tym się zajmujących. Pomyślcie o Konstytucjach: pierwszy zasięg naszej działalności apostolskiej, to nasze osobiste usytuowanie w świecie, które należy tak przeżywać, aby promieniowało Chrystusem. A wtedy nasze uczucia rodzinne, przyjaźnie, relacje zawodowe i społeczne, przy kreatywności i duchu inicjatywy, zgodnie z potrzebami, z których wyrastają, staną się okazją do odkrywania prawdy i dobra, czyli do odkrywania Chrystusa.

Taki jest sens słów Papieża: w naszym przypadku działalność apostolska ma się odbywać nie tylko w świecie, lecz jakby „od wewnątrz" świata /veluti ex saeculo/. Wymaga to zaangażowania oraz miłości do człowieka.
Niesie to jednak ze sobą wiele niebezpieczeństw. Wyrażę to słowami założycielki Małych Sióstr, która pisze:
„Jest to życie najeżone trudnościami i niebezpieczeństwem; na każdym jego zakręcie, na krawędzi każdej przepaści, nie znajdziecie ani jednej poręczy czy balustrady, która dałaby wam poczucie bezpieczeństwa. Taką obronę trzeba będzie zastąpić całościową formacją umysłu, sądów, woli, serca, a przede wszystkim potrzebna będzie zdolność kochania.
Wówczas waszym wałem obronnym i przewodnikiem będzie wasz wspaniały ideał, który pozwoli wam zrozumieć znaczenie waszego pragnienia ukrycia się - wewnętrzna potrzeba życia kontemplacyjnego - przede wszystkim zaś wasze bezgraniczne powołanie do miłości. Będziecie się wpatrywać w wasz jedyny Wzór — w Jezusa, który jest doskonałym uosobieniem człowieczeństwa i boskości".

A czyż rekolekcje nie są po to, żeby nasze życie przekształcić na wzór życia Jezusa?
W Nim jest dobro, którego nie ma co szukać gdzie indziej, gdyż można by się gorzko rozczarować. Tylko w Nim możecie odnaleźć idealnie zespolone dwa elementy, które, według słów Papieża, nas cechują:
• „pełna profesja doskonałości chrześcijańskiej, mocno oparta na radach ewangelicznych i prawdziwie zakonna w swej istocie;

• ale realizowana i ślubowana w świecie, toteż trzeba ją dostosować do życia świeckiego we wszystkim, co jest dozwolone i co da się pogodzić z wymaganiami i dziełami tejże doskonałości".
Nie potrzeba do tego żadnego komentarza.
Usilnie was proszę, abyście z powagą przygotowali się na łaskę świętych rekolekcji. Odnowieni za ich sprawą spotkamy się wszyscy, bez wyjątku, na Uroczystości Chrystusa Króla.
Niech błogosławiona Maryja was podtrzymuje, prowadzi i natchnie, abyśmy za jej pośrednictwem mogli odnowić naszą konsekrację jej Boskiemu Synowi.
Pozdrawiam was w Chrystusie.

Listy t. I - Przyjęcie na okres Aspirancki - 5.07.1948 r.

Przyjęcie na okres Aspirancki

5 lipca 1948 r.

Najmilszy,

W mojej ciągłej myśli i trosce o Stowarzyszenie jest szczególne miejsce, przeznaczone dla kandydatów na okres aspirancki, a zatem dla Ciebie! Jesteście jak krew, która jest wpompowywana w nasz organizm i sądzę, że mamy prawo pragnąć, aby była ona czysta i szczodra, aby stać się dla ciała żywotnym sokiem.
A ponieważ przybliża się dzień, w którym twoja wola ma być wprowadzona w czyn, kieruję do Ciebie te szczególne słowa oraz zachętę.
Po pierwsze pragnę Cię zachęcić do przygotowania się w modlitwie i medytacji do zobowiązania, które masz podjąć.
Zobowiązanie to obejmuje całego Ciebie i na całe życie.
Wiem, że tego rodzaju poważne sformułowania mogą wywołać twój niepokój, ale oczywiście nie o to mi chodzi. Wręcz przeciwnie! Chciałbym, abyś miał głębokie poczucie nieufności w stosunku do siebie samego, do twoich słabych sił /lepiej je nazywać mocne słabości/, do twojej małości, absolutnie niezdolnej samodzielnie stawić czoła postawionemu przed Tobą zadaniu.

Ale na miarę tej nieufności, niech cię pocieszy ufność, a raczej pewność, że im większa jest twoja słabość, tym bardziej zajaśnieje w Tobie wspaniałe dzieło Boga, który chce, abyś odpowiedział na wezwanie miłości totalnej, totalną miłością i który z niemocy ludzkiej słabości, Jemu się powierzającej, może uformować narzędzie swej wszechmocnej miłości.

Rozważ dogłębnie Magnificat! Magnificat był wyśpiewany z radością pełną wdzięczności, gdyż Maryja umiała zawsze działać w taki sposób, jak to wyraziła przy szczególnej okazji jaką były odwiedziny u Elżbiety. Przeczytaj u Łukasza rozdział 1: Exsurgens Maria abiit in montana cum festinatione...
Każde słowo ma swą wagę:
Exsurgens: wstała = gest woli zdecydowanej na czyn. Dopóki wygodnie sobie siedzimy, nic nie zrobimy.
Abiit: poszła = określenie to wyraża również oderwanie się od czegoś /o czym świadczy cząstka ab/, co jest warunkiem podążania w kierunku woli Bożej z sercem nieobciążonym naszymi pragnieniami.
In montana: w region górski = trzeba będzie wspinać się, a wymaga to trudu!
Cum festinatione: w pośpiechu = bez zwlekania, tak jakby pośpiech był jeszcze za wolny!
Wydaje mi się, że mottem przyświecającym twej decyzji jest właśnie to: wola otrząsająca się z resztek opieszałości po to, aby pobiec za głosem Boga, który wzywa, na świętą górę doskonałości.
Maryja była podtrzymywana na duchu przez Jezusa, którego nosiła w łonie. Podobnie i Ty będziesz mógł wspinać się po dro¬dze doskonałości w takiej mierze, w jakiej obecny w Tobie dzięki łasce Jezus, będzie w Tobie wzrastał; w ten sposób dzięki twoim słabościom będziesz mógł powtórzyć za św. Pawłem: „Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia" /Flp 4,13/.

Módl się i rozmyślaj, abyś mógł rozpocząć nowicjat z sercem otwartym na Boga.
I zachęta - chcę Cię prosić o napisanie do mnie o stanie twojego ducha w dniach, które zbliżają Cię coraz bardziej do tej ważnej chwili.

Niestety, nie możemy się spotykać tak często, jakbym tego pragnął. Wykorzystaj choć raz potrzebę otwarcia duszy, abym mógł poznać jej pragnienia, aspiracje, obawy. W ten sposób zbliżymy się do siebie, a ja będę mógł dzielić z Tobą czas przygotowania. Niech nie wydaje Ci się dziwna moja prośba, nie będzie się dłużyć wspólna wspinaczka duchowa, jeśli osiągniemy duchowe porozumienie, a to jest owocem wzajemnego poznania.
W oczekiwaniu na Twój list, pozdrawiam Cię serdecznie i mam nadzieję, że mogę liczyć na twoje modlitwy, ja Ty możesz liczyć na moje.

Listy t. I - Nasze powolanie - 1.04.1948 r.

Nasze powolanie

Mediolan, l kwietnia 1948 Umiłowani Bracia w Chrystusie,

W klimacie radości paschalnej, pełnym duchowych pociech, szczodrze udzielanych swym wiernym przez zmartwychwstałego Króla, daję się prowadzić wewnętrznemu głosowi i kieruję do was te słowa, które mają pomóc wam w przygotowaniu się do dość szczególnego dnia skupienia. A to z wielu powodów.

Mamy powód do wdzięczności dla naszego Króla, który prowadząc nas drogami opatrzności, dał nam naszą własną siedzibę. Od tej pory dni skupienia, nasze spotkania będą się odbywać w otoczeniu lepiej przystosowanym do naszych potrzeb i, mam nadzieję, że dzięki temu staną się bardziej owocne dla naszych dusz.
Następny powód, to prośba o szczególne łaski dla Stowarzyszenia i jego przełożonych, gdyż muszą stawić czoła coraz większej odpowiedzialności i to w sytuacji niesprzyjającej temu zadaniu. Wiecie wszyscy, że, choć starałem się zrobić wszystko, by zrezygnować z obowiązków politycznych, które odciągały mnie od spraw Stowarzyszenia; to jednak posłuszeństwo nakazało mi nich pozostać. Przy tej okazji miałem możliwość ocenienia czym jest ofiara złożona na ołtarzu posłuszeństwa. Dziękując Panu za to cenne doświadczenie, muszę równocześnie zastanowić się nad tym, jak mam połączyć obowiązki w Stowarzyszeniu z pracą polityczną. Dlatego też chcę wypraszać światło łaski, aby każda podejmowana decyzja miała na uwadze wyłącznie większą chwałę Boga.

Z wielu diecezji mam sygnały, że posiew tam dokonany zaczyna wydawać owoce, co pozwala nam przypuszczać, iż Stowarzyszenie będzie się poszerzać poza granice diecezji mediolańskiej.
Oznacza to zwiększenie zakresu odpowiedzialności nie tylko dla przełożonych, lecz dla wszystkich, gdyż na wspólnotę-Matkę patrzy się jak na wzorzec i centrum, z którego rozchodzą się ożywcze soki.
To wszystko powinno nas pobudzić do coraz wytrwalszej modlitwy i do gorliwszego wypełniania naszego powołania — taki cel będzie przyświecał kwietniowemu dniu skupienia. Mam nadzieję, że ten list, w którym chciałbym przypomnieć sens naszego powołania, pomoże wam w przygotowaniu się do naszego spotkania.
Wśród wielu powołań rozkwitających w domu Pana, nasze jest szczególne. Oczywiście, określając znaczenie i wartość naszego powołania nie jest moją intencją pomniejszanie wartości pozostałych. Każde powołanie, wychodząc naprzeciw Bożemu zamysłowi, wzbogaca Mistyczne Ciało Chrystusa, którym jest Kościół.

Na czym polega szczególne znaczenie i wartość naszego powołania? Aby na to odpowiedzieć, trzeba przyjrzeć się bliżej pojęciu świat. Kiedy wypowiadamy słowo świat, możemy je rozumieć w dwojaki sposób: w znaczeniu całokształtu stworzenia oraz w znaczeniu jakiego nabiera, po grzechu, w porządku odkupienia; tak że Boski Mistrz może używać dwu tych znaczeń przeciwstawiając je sobie: Jesteście w świecie, ale nie ze świata.
Wpierwszym znaczeniu termin świat wyraża całokształt stworzenia: całe stworzenie nieożywione i ożywione ich aktywności, w których, zgodnie z własną naturą każda wyraża siebie. Wzrok Boga Stwórcy spoczął na tym świecie: „A Bóg widział, że wszystko, co uczynił, było bardzo dobre" /Rdz l,31/.
W tym świecie człowiek został umieszczony, a stworzenie, zgodnie z Bożym nakazem, objawia mu Boga, pomaga mu w dojściu do Niego - ostatecznego celu człowieka i wszystkiego stworzenia.
Życie na świecie jest więc koniecznym etapem w wędrówce człowieka do Boga. Podporządkowywanie sobie świata, rozumiane jako odkrywanie praw /fizycznych i duchowych/ nim rządzących ma prowadzić do ich wykorzystywania dla dobra człowieka, dla polepszenia jego warunków życia. Życie człowieka, zgodnie z planem Boga, miało być radosnym dochodzeniem do Boga poprzez stworzenie, jako przygotowanie do pełnego połączenia się z Nim; mógł to osiągnąć dzięki łasce udzielonej mu w chwili stworzenia.
W drugim znaczeniu termin świat oznacza rzeczywistość ze skazą, której przyczyna, tkwi w grzechu pierworodnym, a u podłoża jej rozwoju leżą trzy pożądliwości, czyniąc z człowieka cel stworzenia. I właśnie do takiego znaczenia słowa świat jesteśmy przyzwyczajeni. Działalność Chrystusa jest ze swej istoty nie do pogodzenia z taką koncepcją świata. Ta niezgoda jest również elementem zasadniczym chrześcijaństwa i odróżnia chrześcijan od pogan; to jest człowiek należący do Chrystusa, a to człowiek należący do świata!
Takie rozumienie pojęcia świat odcisnęło swe piętno na całej ascetycznej myśli chrześcijańskiej. Ucieczka od świata stała się jej elementem centralnym, tak w sensie duchowym, czyli dystansu do świata, i to dotyczy wszystkich chrześcijan; jak i w sensie dosłownym, czyli wybór stanu zakonnego i wyłączenia się ze świata w pierwszym tego słowa rozumieniu oraz jako środowiska naznaczonego grzechem.
Z perspektywy historycznej wszystko to było konieczne dla utrwalenia się głównych wartości chrześcijańskich, czyli podstawowych wartości nadprzyrodzonych, jak kontemplacja Boga - cel oraz środek do tego prowadzący - łaska.
Koncepcja wycofania się ze świata zaowocowała tym, że chrześcijanie zatracili Boży sens panowania nad stworzeniem, w ich pojęciu, świat i panowanie nad nim stało się polem działania Złego. Wobec tego, rzuca się na chrześcijan, bardziej lub mniej sensowne oskarżenie o wycofanie się ze świata, o wrogość wobec postępu, o negację wartości ogólnoludzkich ect... A że niektóre zachowania uprawniały do tego rodzaju sądów, można oczywiście przyznać. Ale było to skutkiem określonej sytuacji historycznej, która przygotowała chrześcijanom grunt do lepszego, całościowego rozumienia idei chrześcijaństwa i jej realizacji. Taki jest sens naszych czasów, a najżywotniejszym problemem jest /jak w każdych czasach było to szczególnie ważne dla rozwoju cywilizacji i Kościoła/ kreowanie nowego typu świętości. Nowego, gdyż do elementów zasadniczych i niezmiennych, z których nic nie przepadnie, dołącza się nowe.

Porządek odkupienia nie znosi porządku stworzenia, lecz utrwalenie się tego pierwszego jest trudnym i stopniowym procesem. Pierwszy etap tego procesu był długi i wyczerpujący i doprowadził, jak już wspomniałem, do zrozumienia podstawowego celu i środka do jego osiągnięcia: łaski. Obecnie nadszedł moment, w których chrześcijanin, zbrojny w łaskę i świadomy celu, może skierować swe siły do wypełnienia polecenia Boga - Stwórcy: „Czyńcie sobie ziemię poddaną"/Rdz 1,28/, dla swego zbawienia i na chwałę Bożą.
Święty, umocniony łaską i z zasady przeciwny temu światu, zmierza szybko ku Bogu podporządkowując sobie świat, któr za jego pośrednictwem staje się narzędziem chwały Bożej, taki sposób urzeczywistnia się Królestwo Chrystusa. Nie chcę jeszcze raz powtarzać, że historia instytutów zakonnych mieści się w tej filozofii, podobnie jak i nasza. Utrzymaliśmy zasadnicze elementy, porzuciliśmy przypadkowe, aby przyjąć nowe, czysto ewangeliczne: choć nie należymy do tego świata, pozostajemy w nim, aby móc wprowadzać w tym świecie Królestwo Chrystusa. Chcemy poddawać Mu świat, ażeby Wcielenie osiągnęło sv pełnię i wypełniony został cel, jakim jest uwielbienie Ojca.
Nasze powołanie jest powołaniem do takiej świętości. Mamy sami ją osiągnąć oraz upowszechniać jej znaczenie wśród nam współczesnych, aby zawitała na świecie wiosna chrześcijaństwa, wyrażająca się w bogactwie łaski i człowieczeństwa.
Wymienię teraz cechy charakterystyczne owej świętości, a każdy z was niech rozważy to w swoim sercu.

1. Duch nadprzyrodzony = „znajomość i ukochanie życia łaski i środków do jej osiągnięcia: pobożność, umartwienia, praktyki cnót wrodzonych i nabytych. Im bardziej angażujemy się w osiąganie świętości, tym mocniej powinniśmy uchwycić się powyższych środków. Pozostaną one niezmienne wraz z upływem czasu. Mógłbym powtórzyć za św. Pawłem: „Gdybyśmy nawet my lub anioł z nieba głosił wam Ewangelię różną od tej, którą wam głosiliśmy- niech będzie przeklęty!" /Ga 1,8/

2. Duch przeciwstawny logice tego świata = walka z grzechem i pochodną od niego koncepcją życia i świata. Walka z materializnfTktóry wciska się wszystkimi szczelinami w nasze życie. Wolność od pożądliwości, które czynią cię niewolnikiem
tego świata, abyś mógł podporządkować sobie ziemię. Stworzenia nie podporządkuje sobie ten, który nie umie nabrać do nich zdrowego dystansu! Pomyślcie o wartości ślubów!

3. Duch misyjny = duch podboju świata, nie w sensie geograficznym, ale w takim znaczeniu, że każde stworzenie jest obiektem do włączenia do Królestwa Bożego. Miłość do nich pobudza nas do szybszego poddania ich nam czyli do poddania
ich Bogu.
Wszystkie stworzenia trzeba poznać, umieć się nimi posłużyć dla naszego dobra i na chwałę Boga.
Do stworzeń zaliczyć też należy technikę, począwszy od naukowo-doświadczalnych aż do ekonomii i polityki.
Taki stosunek do świata, który kochamy, jak misjonarz kocha swój kraj misyjny, wymaga od nas następujących rzeczy: a) poznawania świata - pasja poznawcza na tyle, na ile pozwalają nam na to nasze warunki. Ważne jest to, co czytamy i czego się uczymy;
b) wychodzenie do świata z otwartą duszą i sercem; c) właściwe wartościowanie świata, bez postaw krańcowej negacji czy przesadnego uwielbienia; d) umocnieni duchem nadprzyrodzonym mamy uwolnić świat od niewoli grzechu; e) zaangażowania w świecie odkupionym przez Chrystusa, śpiewając pieśń ku chwale Ojca.
Zrozumiałe jest, że powołanie to urzeczywistnia się przede wszystkim na polu naszego życia zawodowego, rodzinnego, społecznego, gdzie możemy wcielać w życie powyższego ducha.
A następnie na polu działalności apostolskiej, gdzie możemy zaszczepiać takiego ducha uświadamiając każdemu, jak ma pojmować swe powołanie, zależnie od stopnia doskonałości, do jakiego został powołany.

Kogo możemy wziąć za wzór dla naszego powołania?
Kiedy w tym czy w owym świętym poszukuję istotnych elementów naszego powołania, to dochodzę do wniosku, prawdziwym wzorem jest Jezus. Przez 30 lat pracował nad wcielaniem w życie doskonałości w życiu rodzinnym, zawodowym, społecznym. A przez 3 lata Nauczyciel takiej doskonałości, przekonujący swoim doświadczeniem.
W Niego wpatrzeni, naśladując Go i doskonaląc się zgodnie z wymogiem naszego powołania, możemy ukazać swoim przykładem formującą siłę świętości. Wtedy nasze powołanie stanie się nie tylko przyczyną wewnętrznego pokoju /jakby zapowiedzią wiecznej radości w domu Ojca/, lecz stanie się zaczynem dobra w naszych czasach i ukaże ludziom drogę prowadzącą do szczęścia.
Niech Najświętsza Maryja Panna wyprosi dla nas coraz lepsze zrozumienie tak doniosłego powołania i wzbudzi w nas gotowość do jego wypełniania. Ażeby każdy z nas indywidualnie oraz jako wspólnota, mógi podołać odpowiedzialności, której podiąl się wobec Boga, wobec Kościoła, wobec wszystkich naszych braci!
Tym życzeniem i nadzieją w sercu pozdrawiam wszystkich, zapewniając was o mojej ciągłej modlitwie za was; równocześnie proszę o waszą modlitwę za przełożonych i całe Stowarzyszenie. Pozdrowienia w Chrystusie.