Listy t. II - Abyśmy się stali „jedno z Bogiem w Chrystusie"

Abyśmy się stali „jedno z Bogiem w Chrystusie"

Rzym, 11 października 1955 Święto Macierzyństwa Najświętszej Maryi Panny
Najmilsi,

21 rozpoczniemy nowennę przygotowującą nas na swięto Chrystusa Króla. Przed tym wydarzeniem, chciałem napisać do was kilka słów, które mogłyby być pomocne w naszych przygotowaniach do pierwszego lub odnowionego aktu konsekracji.
Istnieją dwa sposoby przeżywania święta Chrystusa Króla, które traktowane rozłącznie są niekompletne. Pierwszy sprowadza się jedynie do wewnętrznego przeżywania tego święta, a drugi do dostrzegania tylko aspektu triumfu zewnętrznego Króla. Obie te formy osobno są niekompletne, ale są ze sobą ściśle powiązane. Zewnętrzny aspekt królestwa Chrystusa istnieje o tyle, o ile głęboko zakorzenił się w sercach. Serca, które są rzeczywiście oddane Chrystusowi nie mogą nie chcieć, aby Jego królestwo zapanowało nad wszystkim i nad wszystkimi. Każdy ze swego miejsca i zgodnie ze swoim powołaniem powinien czynić wysiłki w tym kierunku, aby wypełniło się nieustannie powtarzane wezwanie: „Przyjdź królestwo Twoje".
Oto nasze przeżywanie święta Chrystusa Króla i w takim duchu dokonuje się akt konsekracji Królowi. Zadaję więc sobie pytanie: Czy wystarczająco przemyśleliśmy wartość jaką ma wewnętrzne oderwanie od samego siebie? Często o tym rozmawialiśmy, czy możemy jednak powiedzieć, że w naszym życiu Król stał się Panem naszego serca, naszego umysłu, całego naszego jestestwa?
Oczywiście często powtarzaliśmy i powtarzamy słowa: „Cały powierzam się Tobie", ale czy faktycznie nasze życie odzwierciedla te słowa, czy może sami siebie oszukujemy?
Spróbujmy poddać siebie surowemu egzaminowi kontrolując ruch naszych myśli i serca, czyli uczuć. Jeśli poważnie to potraktujemy, z pomocą Bożą przyglądając się naszemu wnętrzu, szybko się zorientujemy, że niestety w centrum zainteresowania nie jest Bóg i Jego Królestwo, lecz nasze „ja". Prawie każda myśl i uczucie, nawet te, które wydają się być skierowane ku Bogu, są zarażone egoizmem. Ajeśli do tej pory jesteśmy tego nieświadomi, to dlatego, że ciągle mało siebie znamy, lub łudzimy się co do nas samych. Tylko Pan, za cenę cierpienia, może nas pozbawić tych złudzeń.
Taka jest nasza natura i dlatego, aby stać się naprawdę królestwem Boga, wymaga głębokiego oczyszczenia. Staje się ona rzeczywiście królestwem Boga i jego skutecznym narzędziem, kiedy każdy z nas staje się jednością z Bogiem w Chrystusie.
Ale ile razy powiedzieliśmy sobie, że wymaga to obumarcia dla siebie, aby żyć dla Niego?
Takie jest znaczenie chrztu, dzięki któremu zostaliśmy wszczepieni w Chrystusa. Jeśli nasze myśli mają się dopasować do myśli Chrystusa, a nasze uczucia do Jego uczuć, muszą zostać oczyszczone z nalotu tego wszystkiego, co nie da się pogodzić z Chrystusem. Innymi słowy, nasze myśli i wola mają stać się Jego myślami i wolą. Zauważcie, że myśl i wola Boga ma dla każdego z nas narzędzia potrzebne do wypełniania naszej ludzkiej i apostolskiej misji. Są one w zamyśle Boga dokładnie takie, jakie powinny być — ni mniej ni więcej. Mniej i więcej pojawia się, kiedy my przy nich "majstrujemy", co zresztą przeszkadza nam w zjednoczeniu się z Bogiem. Aby osiągnąć stan oczyszczenia i umartwienia naszego „ja", który nie jest negacją naszej osobowości, lecz wręcz odwrotnie umożliwia jej pełny rozwój i daje pełnię radości, należy dążyć do tego nie słowami, ale czynami:

a) wypraszać u Boga łaskę poznania siebie samego oraz bez granicznego zaufania do Niego, aby poznanie naszych niedostatków nie przygnębiało nas, ale pozwoliło W Bogu szukać siły do przezwyciężania naszego egoizmu i pychy;

b) wyeliminować każdą myśl i uczucie, kióre nie jest zgodne z myślą i wolą Boga, bo bierze początek z naszego „ja", z potrzeby zaspakajania naszych pragnień, zachcianek, wizji wielkości, choćby tylko w sprawach duchowych;

c) poszukiwać i pragnąć Jego woli, która objawia się tym, że stoi w sprzecznosci z dążeniami naszej natury.
Kochać i szukać ciągłego umartwienia w każdej rzeczy, bez czego nie osiągniemy prawdziwej miłości Boga, która napełnia nasze serce na tyle, na ile uwolnimy je spod
wpływu mitosci własnej.

A w jakim to celu nosimy imię „Milites Christi", jeśli nie po to, żeby wyrażało ono twardą i ciężką walkę, prowadzoną przez każdego z nas, w celu unicestwienia własnych pożądliwości? Pragniemy, aby jedynie Bóg wypełniał cały nasz umysł, całe nasze serce, całe nasze jestestwo, zgodnie z wymogami miłości totalnej, w której zostaliśmy przez chrzest uświęceni, i w której ponownie się uświęcamy poprzez śluby.
Gdybyśmy przez chwilę zastanowili się nad przyczyną naszej przeciętności, choć z racji naszego stanu jesteśmy zobowiązani do zmierzania ku doskonałości, to znajdziemy ją w zbytnim pobłażaniu naszej słabej naturze, w przywiązaniu do osób i rzeczy, często małych rzeczy, króre mają jednak wielką moc opóźniania naszego marszu ku Bogu. Dlarego też zdarza się, że czujemy się nie usatysfakcjonowani, nie na swoim miejscu, wydrążeni od wewnątrz. Wydaje nam się, że przegraliśmy życie i może dajemy posłuch nieprzyjacielowi, który wodzi nas na pokuszenie szepcząc: 'To nie twoja droga!' Posłuchajmy raczej innego wezwania, pełnego miłości, które kieruje do nas Król z wysokości swego tronu w dzień swego święta. Droga, która prowadzi do Niego, droga pełnej radości. Nie jest to jednak droga kompromisów, ani ciągłej walki o panowanie nad naszym sercem, ani podtrzymywania więzów z tym, czego dawno się wyrzekliśmy.
Mamy całkowicie i w pokorze pójść za Nim, schowani na drugim planie, codziennie, pełnią woli, aż po krzyż.
Rozważanie tych prawd ma służyć lepszemu przygotowaniu się, pod okiem Matki niebieskiej - niedoścignionego wzoru umartwienia serca — na nasze święto, aby nasza ofiara złożona Królowi była hojniejsza niż zwykle. Abyśmy stali się pokornymi sługami, pozostającymi w ukryciu, całkowicie oddani Kościołowi zapominając o sobie samych.
Niech takimi uczyni nas Pan i nasza dobra wola!
Serdecznie pozdrawiam.