Listy t. II - Wierność powołaniu

Wierność powołaniu

Rzym, 10 grudnia 1952

Moi Drodzy,

Z pomocą Pana prawie że zakończyłem rozmowy związane z rocznym sprawozdaniem i indywidualnym regulaminem życia.
Mogłem więc zdiagnozować stan zdrowia Instytutu. Skłoniło mnie to do wyrażenia wdzięczności Panu za to wszystko, co On czyni poprzez naszą współprace z Jego boską łaską. Dobry ogólny stan zdrowia Instytutu jest przede wszystkim owocem wsparcia ze strony Boga, ale również zaangażowania każdego z nas w osobisty rozwój oraz w wierne i gorliwe wypełnianie obowiązków wynikających z reguły. Oczywiście, gdybyśmy, począwszy ode mnie, byli wierniejsi i gorliwsi, to, dzięki łasce, moglibyśmy wydać większy plon, pomimo naszej małości. Każdy ze szczerością to przyznał, zdając sobie sprawę z własnych niedoskonałości.
Ale właśnie owa konstatacja uwypukla dobroć Boga względem nas, a pobudzając nas do wdzięczności za to, co w nas uczynił, pozwala nam mieć ufność, że może uczynić znacznie więcej, jeśli okażemy naszą, wzrastającą z każdym dniem, wierność naszym obowiązkom oraz natchnieniom Ducha Świętego.
Pomogą nam w tym zalecenia, które uważam za niezbędne.
1/ Pierwsze dotyczy naszej pobożności. Nasze życie wygląda tak, że jesteśmy zajęci i to bardzo, wieloma sprawami. Nie może być zresztą inaczej, gdyż nie jestesmy wezwani do odpoczynku, lecz do cieżfciej i angażującej nasze siły pracy. W takich warunkach łatwo może się zdarzyć, że nad naszą, poszukującą wygody, naturą, weźmie górę pokusa przedłożenia tego, co ma za świadków ludzi nad to, co ma za świadka jedynie Boga; mam na myśli naszą pobożność. Jeśli pójdę do pracy bez modlitwy.
Kto się zorientuje? Ale, jeśli zjawię się w pracy 15 minut po czasie, będą kłopoty. Wobec tego, będę punktualny w pracy, ale już mniej w stosunku do Boga /i tu właśnie kryje się pokusa/. W ten sposób stawia się na głowie hierarchię ważności i w konsekwencji umieszcza się ludzi ponad Bogiem. Można też w tym miejscu przywołać fragment Ewangelii, w którym Chrystus mówi, że kto kocha kogoś, czy coś, bardziej niż Mnie, nie jest mnie godzien!

Zwycięstwo nad taką pokusą widzę w jednym z tych aktów wiary, które są zdolne poruszyć góry. Uwierzyć, że Bóg nigdy nie może być umieszczony na drugim miejscu i działać zgodnie z tym założeniem. Nie możemy zrezygnować z naszych obowiązków zawodowych ani ich zaniedbywać, spóźniając się z tego powodu, że Bóg jest ważniejszy niż praca; bo przecież nasze obowiązki są dla nas wolą Boga. Ale możemy i musimy pokonać nasze lenistwo, nasz egoizm, źle pojętą gorliwość, która powoduje zamieszanie. Nasz rozkład dnia powinniśmy potraktować jako hołd złożony Bogu, jak uznanie Boga za najważniejszy punkt odniesienia w naszej codzienności, a zatem mający prymat nad wszystkim.

Biada nam, jeśli wyciągając błędne wnioski na temat naszej świeckości mielibyśmy przedłożyć pracę nad modlitwę. Pielgrzym, który chce przejść dziennie jak najwięcej kilometrów przybliżających go do celu wędrówki, wie że czas na odpoczynek nie jest czasem straconym. Co więcej, pozwala na dłuższy marsz następnego dnia. Zajmując się sprawami ziemskimi /w takim znaczeniu, w jakim wymaga tego nasze powołanie/, jako że jest to nasza droga prowadząca do celu, musimy być przekonani o tym, iż pobożność daje nam siłę do dalszego marszu.
Jeśli nie będziemy zachowywać prymatu Boga nad wszystkim, zakończymy naszą wędrówkę na wyjałowionej pustyni, a nasza praca straci nadane jej znaczenie.
W tym mieści się istota naszego powołania i sens naszej konsekracji, ona to, jak pieczęć, nadaje wartość wszystkiemu.
Naszym pierwszym obowiązkiem jest wierność praktykom religijnym, wierność za wszelką cenę. Wymaga to dobrego, zaplanowanego rozkładu dnia z akcentem na to, co przychodzi nam z trudnością, aby w ten sposób wyrobić w sobie nawyk, czyli święte przyzwyczajenie. Wraz z mocnym postanowieniem czynienia swej powinności, pojawią się psychiczne przeszkody, jak na przykład nagle wyrastające trudności, kiedy zamierzamy przeprowadzić rachunek sumienia, przeznaczyć czas na lekturę duchową, wypełnić miesięczne sprawozdanie itd... A kiedy, po grzmotach i błyskach, burza ustanie, odczujemy błogosławioną radość ze służby Panu, do którego cali przynależymy oraz dostrzeżemy owoce takiej wierności.

2. Druga wskazówka dotyczy naszych ślubów. Wierne i z oddaniem przestrzeganie ślubów wymaga praktykowania wszelkich cnót, co z kolei, dzień po dniu, prowadzi do wiernego naśladowania Jezusa oraz do wyrzeczenia się przyzwyczajeń i skłonności nie do pogodzenia z tymi cnotami. Modląc się do Ducha Świętego, powinniśmy prosić go o uformowanie naszej wrażliwości na potrzeby tego typu wierności; żeby nam, osobom konsekrowanym, nie zdarzyło się uznać za mało istotne /jak to czyni wielu chrześcijan/ te rzeczy, które składają się na nasze powołanie a zatrzymać dla siebie to, co przyrzekliśmy oddać Bogu.
Dlatego też najwyższą wagę należy przywiązywać do wierności w małych rzeczach. Wtedy to ukaże się w całej pełni swej przemieniającej wartości nasza czystość. Oczywiście, pod warunkiem, że będziemy umieli zachować powściągliwość uczuć, którym obca jest wszelka ciekawość tego, co złożyliśmy na ołtarzu jako ofiarę miłą Bogu. Powinniśmy też umieć odrzucić wszelką pokusę kompensacji, a do tego popycha nas natura pod pretekstem „to nie grzech", lub stwarzając pozory dobra.
Pod pozorem drobnych rzeczy może się kryć rozległe ognisko zapalne, które w pewnym momencie może ściągnąć na nas poważne trudności, bądź nawet wystawić na próbę nasze powołanie.

Nie chodzi tu więc o zaprzątanie sobie głowy nieistotnymi faktami, ponieważ podstawą cnoty czystości jest pogoda ducha, stanowcza wola, a nie ciągłe zamartwianie się. Chodzi o to, żeby umieć ze spokojem powiedzieć samemu sobie 'nie', nie szukając usprawiedliwienia dla naszej „biednej" natury; to tak jakbyśmy współczuli sami sobie z powodu „wielkich" wyrzeczeń oraz odczuwali niezdrową satysfakcję i samozadowolenie. Dobrze jest być surowym i wymagającym wobec siebie, a zwłaszcza wobec zachcianek własnego ciała.
Nie należy ich pobudzać pewnymi zachowaniami /np. palenie/, ale złożyć je na ołtarzu miłości do Króla, dla którego podjęliśmy te walkę, a Który źle patrzy na cofniecie raz ofiarowanego daru.

W naszej sytuacji także cnotę ubóstwa mamy pielęgnować w drobnych sprawach. Mamy się wyrzec, dla miłości Jezusa ubogiego i pokornego, tego wszystkiego, bez czego można się spokojnie obejść. Oto praktyczny sposób na pielęgnowanie tej cnoty, która później wyda owoc miłości. W związku z tym, jeszcze raz powtarzam, że powinniśmy wyjść naprzeciw ubogim, bezpośrednio zaangażować się w pomoc dla nich, organizować taką pomoc, któta w pełni ukaże ducha autentycznego, chrześcijańskiego miłosierdzia.
Żyjemy w świecie, pracujemy i nie mamy rodziny na utrzymaniu. Biada nam, gdybyśmy mieli srać się przyczyną zgorszenia z powodu naszego egoizmu! Powinno być dla innych wyczuwalne, że wierzymy w Jezusa żyjącego w ubogich, w potrzebujących, a wiec i my jesteśmy gotowi na wyrzeczenia z Jego powodu. Dlatego też podniosłem wszystkim wymiar kwoty przeznaczonej na cele charytatywne. Zachęcam wszystkich, aby szli dalej tą drogą, która pozwoli nam nabrać dystansu do samych siebie oraz ukazać miłość Jezusa Chrystusa.
Co zatem oznacza sformułowanie troszczyć się o drobne rzeczy w duchu posłuszeństwa? Przede wszystkim uświadomić sobie, że całe nasze życie opiera się na tej cnocie, począwszy od przesrrzegania norm regulaminu, a skończywszy na solidnym wypełnianiu naszych obowiązków — wszystko mamy czynić w duchu posłuszeństwa woli Boga wyrażonej ustami Przełożonych. Jakżesz rozległe i odpowiedzialne jest to zadanie! Prawdziwe wyzwanie, w którym zahartuje się cnota ubóstwa, o ile tylko będziemy tego chcieli i prosili Jezusa, aby nauczył nas Go naśladować, nie tylko w posłuszeństwie prowadzącym na Kalwarię - "usque ad morrem, mortem autem crucis"-, ale także w tym ukrytym, heroicznym życiu w Nazarecie oraz w działalności publicznej.

Warunkiem takiego posłuszeńsrwa jest prostota w kontaktach z Przełożonymi, czyli absolutna lojalność w przekonaniu, że Przełożeni mogą pojąć to, co chce Bóg tylko wtedy, kiedy widzą, jak widzi Bóg. Jeśli, więc przemilczymy pewne sprawy, lub po swojemu je zinterpretujemy, to jakże Przełożeni mogą kierować nami zgodnie z wolą Bożą? W tych sprawach łatwo ulec pokusie, gdyż miłość własna - wróg miłości Bożej - wie jak się wślizgnąć tylnymi drzwiami. Trzeba prosić Boga o łaskę rozpoznawania i przezwyciężania egoizmu, abyśmy byli rzeczywiście prości taką prostotą, którą Jezus ukochał w dzieciach i wskazał nam jako warunek wejścia do królestwa niebieskiego.
Kiedy posłuszeństwo oparte jest na prostocie, to ona sama wybawia od problemów tworzonych przez pychę. Wtedy posłuszeństwo nabiera właściwych cech: gotowości, pełni i radości, dzięki którym miła jest Bogu ofiara złożona z naszej woli.
3. Mówiłem wam już, że naśladując Chrystusa w każdej z cnót oraz przestrzegając ślubów stajemy się osobami konsekrowanymi, każda nasza aktywność w ten sposób jest konsekrowana. W konsekwencji wartość konsekracji rozciąga się na naszą pracę, która odbywa się w świecie i według jego kryteriów. W ren sposób pozosrajemy wierni s'wieckości, o której rozmawialiśmy w czasie święta Chrystusa Króla.
Niestety, porządek na świecie jesr wywrócony i zdesakralizowany przez panowanie żądz, które wyrastają z pnia grzechu pierworodnego, czyli z trzech pożądliwości. W takie środowisko przebija się, jak promień słońca, cnota konsekracji, dzięki której można pojąć warrość rzeczy samych w sobie. Dociera, bowiem do naszej świadomości myśl, jak inny mógłby być świat, gdyby nie był podporządkowany Szatanowi, lecz Bogu; gdyby inspiracją świata nie był grzech, ale łaska. Wiecie, że to jest nasze pole walki: dla nas „rzeczy tego świata" nie są przeszkodą, ale przestrzenią, w której działamy. Rezultat zaś pozostaje w ścisłym związku z wartością, jaką nadajemy konsekracji. Dzięki niej ocalamy siebie od zepsucia i możemy też konsekrować Bogu świat, zbawiając go.
W tym momencie przychodzi mi na myśl piękne porównanie, którym Jego Eminencja Arcybiskup zakończył swoje wystąpienie na Kongresie; porównanie, którym posłużył się Jezus opisując królestwo niebieskie: „Fermentum"/zaczyn/. W Rzymie taką nazwę nosi też komunia święta, którą papież w dni świąteczne rozsyła do różnych parafii w mieście.
Pozwolę sobie przytoczyć słowa Arcybiskupa, który przypominając, że papież nazywał komunię „fermentum", chciał tym samym, abyśmy nabrali cech eucharystii, poprzez pobożne oddanie dla tego świętego sakramentu. Chleb jest niepozorny, ale pod tą prostą postacią ukrywa się sam Jezus, żywy i działający.
Podobnie i my jesteśmy rzeczywistością niepozorną, ale konsekracja nadaje nam nową wartość, żywą i działającą, dzięki której możemy być tym, czym powinniśmy być oraz kierować sprawami tego świata według woli Bożej.
Szczególne nabożeństwo do sakramentu eucharystii będzie dla nas niezwykle owocne i ma nas uformować według swej miary, abyśmy jako prawdziwy zaczyn potrafili zakwasić całe ciasto. Oby eucharystia nadała naszym dniom prawdziwy sens i wartość, oby stała się jak słońce i pożywienie, które oświetla i ożywia nasze życie dzięki porannej Mszy świętej oraz popołudniowej adoracji Najświętszego Sakramentu /odbytej nawet w domu, jeśli nie możemy uczynić tego w kościele/, aby dała każdemu z nas i Instytutowi nową zakwaszającą moc.

Najświętszej Maryi powierzam, w ten czas oktawy Niepoka¬lanego Poczęcia, realizację powyższych postanowień.

Pozdrowienia w Chrystusie Królu