Listy t. IV - Dwadzieścia pięć lat po ogłoszeniu 'Provida Mater'

Dwadzieścia pięć lat po ogłoszeniu 'Provida Mater'

15 stycznia 1972

2 lutego 1972 roku mija dwadzieścia pięć lat od ogłoszenia Konstytucji apostolskiej Trovida Mater', która usankcjonowała, za zgodą najwyższych władz Stolicy Apostolskiej, obecność Instytutów Świeckich w Kościele. A na moim stole leżą, prosto z drukarni, dokumenty Międzynarodowego Kongresu Instytutów Świeckich. Pięć języków, w których zostały wydane świadczy niezbicie o światowym zasięgu tej ustanowionej przez Kościół dwadzieścia pięć lat temu nowej formy życia. Udokumentowany rozwój Instytutów Świeckich jest jednak niczym w porównaniu z nieudokumentowanym dobrem uczynionym przez Instytuty Świeckie, w pokornej służbie Kościołowi i światu. Duszą tej służby jest konsekracja świecka, która w formie, jaką są Instytuty Świeckie, znalazła swoje miejsce w Kościele.

Zastanawiając się nad istotą i zasięgiem tego zjawiska trudno jest powstrzymać się od okazania wdzięczności Duchowi Świętemu za to dzieło. W trudnych czasach dla życia Kościoła to On podtrzymuje jego witalność objawiającą się, tym razem, w formie życia, która pokonując istniejące schematy, czyni z konsekracji Bogu za pośrednictwem rad ewangelicznych - pogardzanych bądź ignorowanych przez 'świat', ślubowanych przez osoby żyjące w świecie - siłę zdolną do owocniejszego 'zanurzenia' Kościoła w świecie i ocalenia go od całkowitego upadku.
W tym kontekście przypominają mi się słowa z Księgi Izajasza: „Bo myśli moje nie są myślami waszymi" /Iz 55,8/. Sądzę, że zatwierdzając nową formę życia, jaką są Instytuty Świeckie, Kościół dokonał prawdziwie profetycznego aktu. I wobec świata dumnego ze swych technologicznych i naukowych osiągnięć
oraz z postępu, świata zdominowanego przez hedonistyczną kulturę, ale nękanego problemami, których nie umie rozwiązać, a których wzrost jest, być może, związany z tymże postępem -Kościół wskazuje wartość określającą jego misję. Jest nią miłość Boga rozlana w sercach przez Ducha Świętego, jako jedyna droga ocalenia. Ludzie zaś żyjący w świecie i będący awangardą ludu Bożego na wskazanej drodze, czynią z tej miłości, przeżywanej poprzez ogołocenie samego siebie, światło i siłę dla swojej służby.

Nie jest moją intencją, aby ktoś odebrał powyższe rozważania jako rodzaj samochwalstwa wynikającego z próżności, lub jako chęć umniejszenia zasług innych form życia konsekrowanego, ubogacających Kościół swą posługą, nierzadko wielowiekową. Wręcz przeciwnie, chciałem jedynie zaakcentować fakt, że jesteśmy przedmiotem Boskiego zamysłu, który nas przerasta. Dlatego też nie pozostaje nam nic innego, jak z pokorą wyznać, że byliśmy bardziej przeszkodą dla Boskiego zamysłu, niż jego wyraźnym świadectwem oraz zobowiązać się do lepszego zrozumienia tegoż zamysłu i skuteczniejszego wcielania go w życie.
Często zadawaliśmy sobie pytanie, jak to się dzieje, że już od dwudziestu pięciu lat, poparta autorytetem Kościoła forma życia konsekrowanego jest tak mało znana lub niewłaściwie interpretowana, a także niedoceniana, i to w środowiskach, w których wydawałoby się powinna znaleźć oparcie i zaufanie. Powody są, rzecz jasna, różnorakie, ale jeden dotyczy nas: widocznie nie umieliśmy odpowiednio zaprezentować tej formy życia i nie chodzi tu o informację słowną, lecz o świadectwo życia, które powinno stać się jasnym i wyraźnym, codziennym znakiem przesłania zawartego w konsekracji świeckiej, czyli w typie powołania przez nas wybranego.
Przesłaniem tym jest miłość, która umie się ogołacać, aby móc innych wzbogacić; miłość, która z celibatu zakorzenionego w Bogu, poszukiwanym i kochanym „niepodzielnym sercem", czerpie zdolność do całkowitej gotowości służenia wszystkim; miłość, która z posłuszeństwa czyni dowód wyboru Boga, a nie własnego widzimisię oraz z własnego 'ja' czyni narzędzie miłości Bożej. Jakikolwiek opór stawiany przez nas temu przesłaniu w konkrecie życia codziennego, w pracy zawodowej czy społecznej, w działalności apostolskiej, odbiera skuteczność naszej obecności, a zatem możliwość poznania i docenienia naszej formy życia. Czyż nie jest to jeden z wielu powodów, dla których z trudem znajdujemy młodych ludzi odnajdujących w naszej formie życia tajemniczy głos wzywającego ich Boga?

I tak, dwudziesta piąta rocznica ogłoszenia Konstytucji apostolskiej „Provida Mater" staje się okazją do rachunku sumienia oraz do złożenia obietnicy odnowienia zobowiązań. A wszystko to zanurzone w koncepcji wiary, z której wypływa pewność, iż człowiek i świat nie mogą być zbawieni, jeśli nie poddadzą się miłości absolutnej, od której pochodzą i bez której nie mogą dostąpić zbawienia. Innymi słowy, mają się poddać Chrystusowi, który jest miłością absolutną i w którym człowiek i świat nabierają właściwego wymiaru i mogą osiągnąć pełnię.

Charakterystycznym rysem naszego powołania jest pielęgnowanie i nagłaśnianie takiej właśnie pewności poprzez wynajdowanie form i sposobów rozwoju człowieka i świata, będących realizacją Chrystusowej wizji wyzwolenia rzeczywistości stworzonej z niewoli grzechu i jednocześnie przestrzenią, w której zawiązuje się wspólnota między ludźmi w Bogu. Jest to wstępny warunek potrzebny do osiągnięcia takich wartości jak: wolność, sprawiedliwość, pokój, czyli 'pierwocin', bądź zapowiedź tego, co 'na końcu i bez końca' będzie cechowało królestwo Boże / zobacz Rz 8,20-251. Na tym właśnie polega świeckość, że choć wyrażana w różnorakich formach, to zawsze pozostaje „szukaniem królestwa Bożego zajmując się sprawami ziemskimi i kierując nimi po myśli Bożej /Lumen Gentium 31/. Dwu rzeczy należy unikać, aby nasza konsekracja świecka mogła w świeckości nabrać właściwego znaczenia: z jednej strony interpretowania szukania królestwa Bożego wyłącznie w kategoriach ascetycznego i apostolskiego wysiłku. Jest on, oczywiście, jak najbardziej szlachetny i konieczny, ale nie bierze pod uwagę konkretnej sytuacji, w której jako świeccy działamy. Jako świeccy, czyli jako członkowie rodziny i szerzej społeczeństwa, czy ludzkości, gdyż właśnie kierowanie ludzkością po myśli Bożej jest celem naszego powołania. Z drugiej strony, zajmując się rzeczywistością doczesną, jej nowymi formami i ich organizacją, nie możemy zapominać o tym, że ich naturalną ambiwalentność, dzięki której mogą służyć zarówno wyzwoleniu, jak i zniewoleniu człowieka, można przezwyciężyć tylko wtedy, gdy w samej rzeczywistości pojawi się pewność, iż tylko podporządkowanie się Bogu - jako racji jej bytu i istnienia - wyzwoli ją od wspomnianej skłonności i uczyni z niej przestrzeń spotkania z miłością Boga. I właśnie to przesłanie jest najwyższą racją naszego powołania.
Prawdą jest, iż w „Proyida Mater" zagadnienie to jest mało, bądź nie jest w ogóle poruszone, gdyż ówcześnie, przed Soborem, teologia świeckich nie podniosła jeszcze tak wyraźnie zagadnienia znaczenia i wartości świeckości jako szczególnej i charakterystycznej dla laików cechy. I chociaż, rok później, w Motu proprio 'Primo Feliciter', pojawiły się pewne sprecyzowania, to wielu sądzi, iż przydałby się nowy dokument, w którym przedstawionoby szerszą i pogłębioną wizję natury Instytutów Świeckich wyłaniającą się z nowych badań, nowej sytuacji eklezjalnej, czy z nabytych doświadczeń.

Ze strony każdego z Instytutów Świeckich należy oczekiwać zwiększonego zaangażowania w pogłębione przeżywanie własnego powołania w świecie i to nie po to, by ulegać temu światu czy mu się przypodobać, ale by pomóc Kościołowi w wyzwoleniu obecnych w nim ludzi z niewoli grzechu, a następnie w wyrwaniu świata spod dominacji szatana. Nie odbiega to od wizji Pawła, który pisze do Rzymian: „Bo stworzenie z upragnieniem oczekuje objawienia się synów Bożych" /8,19/. Nasze powołanie chce być znakiem odwołującym do powyższej wizji, gdyż życie w pełni radami ewangelicznymi jest jej zapowiedzią. Chce być też profetyczną zapowiedzią zbawienia dla świata. Czy świat to zaakceptuje? Raczej nie! Być może będzie nam dany tylko krzyż, jak prawdziwym naśladowcom Chrystusa. Przyjmijmy go z wiarą i z miłością. Kościołowi zaś chcemy wyrazić naszą wdzięczność za utwierdzenie nas w przekonaniu, że obrana droga jest słuszna, czyli zgodna z wolą Bożą. Kościołowi też chcemy ponownie powierzyć nasze zobowiązanie do wytrwałego, z Bożą pomocą, kroczenia raz obraną drogą.