Listy t. IV - Wierni zobowiązaniu

Wierni zobowiązaniu

S. Sabatore, 23-30 lipca 1972

Kiedy wiatr wzbija tumany kurzu z ziarenkami piasku, to znajdziesz je w domu, pomimo szczelnie zamkniętych okien.
Nieprzyjemne zapachy produkowane przez zakłady chemiczne czy rafinerie, choć niechciane, to jednak wciskają się do naszych domostw. Podobnie jest z procesem laicyzacji rozprzestrzenianym przez środki masowego przekazu. Pojedynczy chrześcijanie, a także instytucje chrześcijańskie są 'zarażone'
laicyzacją.

Proces laicyzacji rozumiem nie jako pozytywne rozróżnienie między sacrum i profanum, ale jako poczucie samowystarczalności człowieka, który w najgłębszej swej istocie sprzeciwia się zależności od Boga charakterystycznej dla chrześcijańskiego objawienia. To przekonanie o samowystarczalności jest /z gruntu ateistyczne/ ze swej istoty formą ateizmu.

1. W powszechnej świadomości utrwala się przekonanie o braku sensu i wartości oraz o braku niezbędności modlitwy, i to nie tylko wśród wiernych świeckich, ale również wśród księży oraz zakonników. Podobnie dzieje się z wartością posłuszeństwa — nie do zniesienia dla kogoś, kto ma poczucie samowystarczalności i niezależności; z wartością ubóstwa — obcą komuś, kto z dóbr ziemskich uczynił znak swej samowystarczalności; z wartością czystości — obcą komuś, kto z miłości własnej, z nadrzędności własnych praw uczynił wartość najwyższą. Gdzie jest źródło takich postaw i innych wskazujących na zmierzch chrześcijańskiej mentalności? Jednym z powodów jest, wspomniane wyżej, poczucie samowystarczalności, mniej lub bardziej świadome, które stało się systemowe. Samowystarczalność człowieka jest uzasadniana postępem naukowo-technicznym popychającym go w kierunku ateizmu, aż do ogłoszenia śmierci Boga.

Postawa ta jest całkowitym zaprzeczeniem chrześcijańskiego postrzegania rzeczywistości. Chrześcijanie z Pisma - Starego i Nowego Testamentu - podstawy ich wiary, czerpią pewność co do prawdy głoszącej, iż u podstaw naszego istnienia i naszego jestestwa leży Boska inicjatywa. Inicjatywa ta wyraża się w Bożych aktach: stworzenia, odkupienia, uświęcenia i znajduje swoją syntezę w objawieniu pierwszeństwa miłości Bożej: Bóg pierwszy nas umiłował /zobacz l J 4, l O/. Wobec takiej inicjatywy ujawnionej w słowie Bożym, które nas powołuje do życia, przyzywa i karmi, nasza odpowiedź — owoc uważnego słuchania — stanowi miarę tego, kim jesteśmy: „Niech mi się stanie według słowa twego!" Oto wspaniały przykład istotowej zależności od Boga. Maryja sławi Boską inicjatywę, zależność od Boga, gdyż to stanowi rację jej nadprzyrodzonego macierzyństwa. Wielkość Maryi jest owocem jej poczucia małości. To opiewa Magnificat.

Boska inicjatywa wyraża się w słowie, które ma moc stwórczą /J l, 2/. Jest to słowo, które ma moc odkupieńczą, po tym, jak stało się Ciałem. Jest to słowo, które za sprawą Ducha Świętego, uświęca. Słuchanie, więc słowa Bożego jest źródłem życia, a życie staje się rozmową z Bogiem: słuchaniem i odpowiadaniem.
Odpowiedź, dzięki łasce Boga, jest przyjęciem Bożej propozycji oraz zobowiązaniem do wcielania jej w życie.

Dialog z człowiekiem rozpoczęty przez Boga: „Oto stoję u drzwi i kołaczę" /Ap 3,20/, domaga się, z pomocą Ducha Świętego /Rz 8,15/, odpowiedzi ze strony człowieka; tym właśnie jest modlitwa. W życiu chrześcijanina modlitwa powinna mieć szczególne miejsce jako uprzywilejowana przestrzeń przeżywania naszej kondycji stworzeń Bożych. Ma nam pomóc, poprzez słuchanie Słowa Bożego, w zrozumieniu wartości Jego darów oraz w zrozumieniu naszych ograniczeń. To pierwsze powinno się stać powodem uwielbienia i wdzięczności, a to drugie powinno skłaniać do prośby o przebaczenie oraz do prośby o pomoc w realizacji zobowiązań, do których wzywa nas słowo.

Środowiska, w których żyjemy, otaczający nas kontekst kulturowy utrudniają, także nam, dochowanie wierności modlitwie, a czasami pod pozorami dobra pojawia się pokusa rezygnacji z niej w ogóle. Podstawowym pretekstem jest świeckość, czyli zaangażowanie w porządkowanie świata według kryteriów sprawiedliwości, wolności i pokoju. Powyższe zobowiązanie tak bardzo nas pochłania, że nie mamy czasu na modlitwę. Poza tym - podpowiada kusiciel - działalność ta ze swej natury, jako że powierzona przez Boga, jest modlitwą. Jeśli w tym momencie nie obudzi się w nas czujność wynikająca z wiary, to łatwo o upadek.

Opór słabnie, wymagania się zmniejszają i nawet niewielka ilość czasu przeznaczana na modlitwę, wydaje się być zbędna.
Sądzimy, że bardziej współgra z naszym powołaniem i typem aktywności dialog z ludźmi, a nie z Bogiem. Znajdujemy czas na pierwsze zajęcie, lecz nie na drugie — jest to pokusa, którą chyba wszyscy znają. Posuwamy się nawet dalej, gdyż życzylibyśmy sobie zmiany reguły, która wydaje się nam niedostosowana do nowych wyzwań życia świeckiego i ciągle jeszcze zbyt przypomina model zakonny.
Gdzie jest słaby punkt, poprzez który wślizguje się pokusa, a kusiciel chce doprowadzić do wywrócenia całej konstrukcji naszego życia duchowego i naszego powołania? Może odpowiedzi należy poszukiwać w postrzeganiu przez nas rzeczywistości, niekoniecznie świadomym, którą dzielimy na wymiar boski i na wymiar ludzki. Innymi słowy, wizja rzeczywistości to dwa oddzielone, nie związane ze sobą światy: świat wieczny i świat doczesny.

Jeśli coś je łączy, to fakt, że człowiek może wejść do wymiaru wiecznego, ale już wymiar wieczny nic nie może zaofiarować światu doczesnemu. Wizje tę należy skorygować, ponieważ może ona prowadzić do podważenia jednej z prawd wiary chrześcijańskiej, a mianowicie tej, że całe stworzenie ma swój początek w Boskiej inicjatywie — Bóg stwarzający rzeczywistość poprzez słowo Boże: „Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało" /J 1,3/.

Poznanie rzeczywistości stworzonej można osiągnąć na dwa sposoby: drogą rozumu i drogą objawienia, oba czerpią ze słowa Bożego, ale w różnym zakresie. Droga objawienia nic mi nie mówi o strukturze rzeczywistości dotyczącej człowieka, ale odkrywa przede mną tajemnice Boga oraz tajemnice relacji Boga z człowiekiem. Wychodząc z założenia opartego na powyższym rozróżnieniu, słusznie bronię możliwości rozumu i słusznie twierdzę, że nie istnieje tzw. nauka chrześcijańska w odniesieniu do międzyludzkich relacji oraz relacji człowieka z rzeczywistością stworzoną. Twierdząc tak, jednocześnie powinienem patrzeć na wszystko poprzez pryzmat mądrości chrześcijańskiej. Na tę mądrość składa się wyobrażenie o takim związku Boga z człowiekiem, w którym słowo Boże nie tylko stwarza wszystko, ale i objawia. Tylko w ten sposób mogę osiągnąć prawdziwe poznanie wartości rzeczy stworzonych oraz związków między nimi, a następnie porządkować wszystko według woli Bożej.
Powyższe zagadnienia powinny być również przedmiotem rozmowy z Bogiem, czyli modlitwy, która przecież określa naszą świeckość i z tego właśnie powodu staje się wartością zasadniczą. Nie bez powodu w artykule 291 Konstytucji czytamy: „Członkowie Instytutu, z powołania, zaangażowani w kierowanie sprawami ziemskimi po myśli Boga czynią z potrzeb i oczekiwań świata codzienną treść modlitwy". Być może u wielu chrześcijan działania skierowane na porządkowanie spraw ziemskich po myśli Boga - co jest ważne, chociaż nietrwałe, w perspektywie królestwa Bożego — przybierają często formy zlaicyzowane, obce bądź wrogie koncepcji i praktyce chrześcijańskiej, dlatego że nie odnawiają oni swej relacji z Bogiem w ciągłej modlitwie.
Owocem modlitwy jest też to, o co w artykule 332 prosi się członków Instytutu: o „zdolność do posłuszeństwa Bogu w respektowaniu praw rządzących każdą z aktywności doczesnych", o „świadomość istnienia związku między naturalną kondycją
człowieka a laską", o „uzmysłowienie sobie prymatu wymiaru nadprzyrodzonego, nawet jeśli dotyczy to rezultatu w porządku naturalnym". Nie osiągniemy tego bez modlitwy i to modlitwy uwielbienia wsłuchującej się w słowo Boga, ponieważ żadne stówo ludzkie nie może zastąpić słowa Boga. Potrzebna jest nam też modlitwa wypraszająca łaskę dochowania pełnej wierności, pomimo naszej małości.

„Chrześcijanin istnieje, bądź znika wraz z modlitwą"- pisze von Balthasar włączając się, tym samym, w nurt autentycznej duchowości chrześcijańskiej. Do tego mocnego stwierdzenia można dodać inne, dotyczące aktywności chrześcijańskiej, czyli, używając słów tego samego autora, „jeśli aktywność chrześcijańska chce zasłużyć na taką nazwę i odróżniać się od aktywności nie wychodzącej poza granice tego świata", to istnieje bądź znika wraz z modlitwą, jesteśmy ludźmi powołanymi do działania, mamy wlec obowiązek troszczyć się o charyzmat, który od samego początku Instytut uważał za fundament naszego sposobu życia: dar nierozerwalności działania i modlitwy. Nierozerwalność te przeżywa się w takiej mierze, w jakiej, wobec różnorakich pokus ukrytych pod pozorem dobra - jako że świat jest pełen niezaspokojonych potrzeb - my pozostajemy wierni ustalonemu planowi modlitwy. Taka postawa da nam gwarancję, że nasze formy aktywności będą rodziły się z modlitwy, z rozmowy z Bogiem i z niej będą czerpały soki żywotne. Zachęcam wszystkich do solidarnego wysiłku dochowania wierności zobowiązaniom, co nie ma nic wspólnego z ucieczką od obowiązków nałożonych przez powołanie, ani z uleganiem lenistwu. Zresztą, tam gdzie poszukuje się wygody, nie ma inspiracji Ducha Świętego i odwrotnie, wysiłek oraz poświecenie, umacniają naszą wierność.

Wsparciem w tym wysiłku niech będzie dla nas comiesięczna rozmowa z Odpowiedzialnym, która może być dla nas uciążliwa, podobnie jak uciążliwa może być modlitwa. Jestem przekonany, że obecnie, takiej wierności oczekuje od nas Kościół - depozytariusz Ducha Świętego i gwarant naszego powołania.

2. Głębokie przeświadczenie o tym, że królestwo Boże — którego poszukiwanie jest celem Instytutu — jest owocem Boskiej inicjatywy i urzeczywistnia się w naszych wnętrzach oraz wokół nas w takiej mierze, w jakiej poddamy się woli Boga, uzdalnia nas do zwalczania w sobie ducha samowystarczalności i egoizmu charakterystycznego dla potępionego przez Chrystusa sposobu życia „z tego świata". A jednocześnie uzdalnia nas do „przyjęcia królestwa Bożego jak dziecko" /Łk 18,17/, czyli w prostocie serca, a jest to stan, w którym eliminuje się swego rodzaju dwoistość pojawiającą się wtedy, gdy przedkładamy naszą wolę nad wole Boga.
Pomocą w osiągnięciu prostoty serca oraz w jej uzewnętrznieniu - jako znak podporządkowania się Bożej inicjatywie /będącej warunkiem teologicznej cnoty miłości/ - jest praktyka rad ewangelicznych. Instytut od samego początku, pomimo pewnych zastrzeżeń natury prawnej, chciał wprowadzenia rad ewangelicznych w formie ślubów, których wagi się nie umniejsza, chociaż dostosowuje się je do wymogów świeckości. Pisze von Balthasar: „Pozostawienie wszystkiego wprowadza w pełnię wolności, w stan prostoty serca, której nic nie może zburzyć, w stan pełen werwy, z którą dziecko uważnie wpatruje się w oblicze ojca, aby wyczytać w nim co może przedsięwziąć, na ile zaryzykować".

Wszystkim jest powszechnie znany fakt, że w burzliwym okresie posoborowym ren filar życia konsekrowanego, jakim są rady ewangeliczne stał się przedmiotem różnorakich ataków zmierzających do podważenia ich ewangeliczności i wartości, zwłaszcza w zderzeniu ze współczesnością. W związku z tym von Balthasar pisze: „Z ledwością starczyłaby cała księga, aby pomieścić tylko listę broni zastosowanej przeciwko trzem radom ewangelicznym". Sądzę, że nikt w Instytucie nie ma zamiaru poddawać w wątpliwość wartości 3 rad ewangelicznych, ale być może pod wpływem lektur i zasłyszanych dyskusji jeden z elementów tego filaru naszego życia, może wzbudzać emocje: zgodność ślubów ze świeckością w formie przez nas przyjętej.
Gdyby rak było, ro z pewnością, w krótkim czasie, tego typu zobowiązanie stałoby się jałowe i trudne do zniesienia. Ze swej natury jest ono, bowiem, takie, że albo przyjmie się je z zapałem wypływającym z pewności /chodzi o pewność wiary opartej na skale słowa Bożego/ o jego niepodważalnej wartości i wtedy staje się źródłem radości i duchowej płodności, albo oprze się je jedynie na niestabilnych piaskach uczuciowości, i wtedy szybko się zawali lub osiądzie w nieznośnej przeciętności.
Warto więc, wspólnie się zastanowić nad przedstawionym problemem.

Gdyby świeckość oznaczała wyłącznie naszą inicjatywę /czyli to my bylibyśmy jej źródłem/ i rozwijałaby się dzięki naszym środkom i zmierzała do celów przez nas wyznaczonych, to z pewnością nie istniałaby potrzeba szukania związku świeckości z radami ewangelicznymi, ani z formą konsekracji, której są one szczególnym wyrazem. Punkt widzenia ulega jednak zmianie, jeśli założymy, że świeckość to „szukanie królestwa Bożego zajmując się sprawami doczesnymi i kierując nimi po myśli Bożej"/LG31/.

Znajdujemy się więc, w sferze Boskiej inicjatywy, która wymaga od nas zarówno oddania do dyspozycji wszystkich naszych zdolności, jak i całkowitej dyspozycyjności /dla tych, którzy odbiorą zaproszenie/ wyrażającej się — choć nie dla wszystkich chrześcijan — w rezygnacji ze wszystkiego, co może stać na drodze woli Boga, jedynego i prawdziwego twórcy królestwa Bożego, także w jego doczesnych początkach, w które jesteśmy zaangażowani za sprawą naszego powołania.
Świeckość, rozumiana jako stan 'zanurzenia w rzeczywistości ziemskiej oraz zdolność do jej oceny i porządkowania zgodnie z wolą Boga, osiąga pełny wymiar w ścisłym złączeniu umysłu i woli ze Stwórcą i Zbawcą całej rzeczywistości stworzonej.
Przylgnięcie to jest wyrazem miłości, a jeśli chodzi o nas, owocem przemyślanych i głęboko przeżywanych rad ewangelicznych. Powyższym wywodem nie chcemy zanegować faktu, iż intuicyjnie wyczuwany właściwy porządek rzeczy — coś w rodzaju rozsianych ziaren mądrości, jak to ujmuje wczesnochrześcijański myśliciel i męczennik św. Justyn — może się też pojawić u niechrześcijan, wśród których żyjemy i z którymi pracujemy nad budowaniem bardziej ludzkiego oblicza świata. To, o czym wcześniej pisałem dotyczy, przynajmniej jako tendencja, wizji porządku całkowicie zgodnego z wolą Bożą, a do tego potrzebne jest pełne zharmonizowanie z Jego wolą.

Gdyby zrodziła się obiekcja — jak to usłyszałem od kogoś z innego Instytutu Świeckiego — że ślubowanie rad ewangelicznych oddziela nas od innych ludzi, to można ją rozwiać wskazując postać Chrystusa: z pewnością oddany Ojcu, ubogi, czysty, „posłuszny aż do śmierci i to śmierci krzyżowej" /.../, a jednak „we wszystkim podobny człowiekowi, oprócz grzechu" /.../, zdolny do dzielenia kondycji ludzkiej i kochania ludzi, jak nikt inny dotąd mógł i potrafił. W zasadzie problem sprowadza się do tego: niezależnie od spojrzenia - czy to z punktu widzenia zaangażowania w budowę świata, który odpowiadałby na Boży zamysł, czy z punktu widzenia współuczestnictwa w kondycji innych ludzi, z którymi nad tym się pracuje - czynnikiem decydującym w kwestii wyboru obszaru działania, a następnie w wykonaniu zadania jest stopień złączenia z Chrystusem, czyli stopień 'zanurzenia' w miłości, z której wszystko bierze swój początek, i w której wszystko zostało zbawione.
Rady ewangeliczne, które są środkiem i wyrazem złączenia z Chrystusem, bez 'ale' i bez 'jeśli', wydobywają z nas ciągłą dyspozycyjność względem Boskiej zbawczej woli o zasięgu uniwersalnym, która swój najwyższy i ostateczny wyraz osiąga w dobrowolnym posłuszeństwie Syna. Teraźniejsza dyspozycyjność na taką wolę to „szczera miłość do świata — „tak Bóg umiłował świat, że Syna swego Jedynego dał" /J 3,16/ - poczucie prawdziwej misji wobec braci, przekonujące reprezentowanie świata wobec Boga" /von Balthasar/. A jeśli trudności w związku z radami ewangelicznymi mają źródło w formie ich realizacji zapisanej w Konstytucjach, a krytykowanej za niedostateczne wydobycie z niej pełni możliwości, to nic nie stoi na przeszkodzie, aby przestudiować uważnie inne rozwiązania i zastosować doskonalsze formy. Pod warunkiem, jednak, że najpierw dokładnie i dogłębnie przestudiuje się możliwości stwarzane przez formy już istniejące, zapisane w Konstytucjach — co często nie ma miejsca
- a następnie, osobiście, z pomocą Ducha Świętego zastosuje się je w praktyce.
Także w tej sprawie zachęcam do ponowienia wysiłków w podjęciu współodpowiedzialności za otrzymany dar oraz do otwartego świadczenia o „miłości Boga rozlanej w naszych sercach"/..../, gdyż dzięki temu Bóg chce dotrzeć do ludzi, z którymi pracujemy i do rzeczywistości, nad którą pracujemy, aby mogli oni poczuć puls źródła życia, z którego wyszli i w nim odnaleźć swoje zbawienie.

3. Poczuwam się do obowiązku rozważenia jeszcze jednej sprawy, do której Instytut jest z mocy Konstytucji zobowiązany, a która w atmosferze posoborowej może stwarzać trudności. W rozdziale V Konstytucji3 poświęconym charakterystyce szczegółowej mowa jest o Kościele. W artykule 464 czytamy: „Członkowie Instytutu żyją głębokim zrozumieniem istoty Kościoła i tę postawę upowszechniają, jako że są wezwani, aby przyczyniać się, na sposób właściwy ludziom świeckim, do jego rozwoju i ciągłego wzrostu w świętości".
Jak dzisiaj żyć głębokim zrozumieniem istoty Kościoła i tę postawę upowszechniać? Chyba nie ma nikogo, kto by nie zauważył, iż współczesny Kościół jest atakowany z zewnątrz i od wewnątrz. Nie dziwią nas ataki zewnętrzne ze strony osób niewierzących, które nie są w stanie pojąć jego sensu i wartości.
Kościół jest przecież misterium, którego powłoka nigdy nie odsłoni tego, co jest w nim ukryte, ale czasami jest tak poplamiona, że stwarza pole do oskarżeń, formułowanych zwłaszcza przez osoby nie dostrzegające nic poza powłoką, nie umiejące spojrzeć głębiej. Ale Kościół jest też atakowany od wewnątrz, czasami w ostrym tonie i to w sposób destrukcyjny, jakby chciano wszystko w nim potępić, a następnie zaproponować nowy wizerunek nie przypominający modelu nakreślonego przez Boskiego Założyciela. A czasami ataki wypływają z najszlachetniejszych pobudek, ale zapomina się o tym, że pragnienie jak najwierniejszego upodobnienia Kościoła do obrazu nakreślonego przez Chrystusa nie może być realizowane za pomocą środków negujących samą istotę oraz strukturę nośną tego obrazu.

Ataki te są powodem cierpień, poczucia niepewności, rozczarowania, utraty ducha, a w sercu nabrzmiewa pytanie: Co robić? Przede wszystkim warto zaznaczyć, iż taka sytuacja jest przez Boga dopuszczona, aby pobudzić i odświeżyć naszą wiarę. Kościół nie jest instytucją ludzką, jest owocem Boskiej inicjatywy /wracamy do tematu pierwotnego źródła wszystkich rzeczy/, a w pewnym sensie też elementem wieńczącym tę inicjatywę. Bóg, po tym jak stworzył wszechświat, posłał Syna, aby świat zbawił i pozostawił w nim, jako sakrament Swej obecności, wspólnotę wiernych gromadzących się w imię Ojca, Syna i Ducha Świętego. Wspólnota jednoczy się przy łamaniu chleba i przy winie nowego Przymierza stając się, za sprawą miłości rozlanej w sercach, jednym ciałem złożonym z niezliczonej ilości członków. Używając słów soborowych można powiedzieć, że „Kościół jest w Chrystusie sakramentem, czyli znakiem i narzędziem wewnętrznego zjednoczenia z Bogiem i jedności całego rodzaju ludzkiego" /Lumen Gentium l/.

Kościół nieprzemijający, święty, katolicki, apostolski scala wszystkich, w wierze poprzez chrzest. Jesteśmy widzialnym ciałem Kościoła, a spośród niektórych z nas Bóg wybiera następców Apostołów, aby nim kierowali. W rym miejscu można wspomnieć o ludzkiej słabości - bo z ludzi zbudowany jest Kościół, począwszy od zwykłego ochrzczonego, a skończywszy na hierarchii - która podniesiona została do rangi narzędzia oraz wyrazu zbawczej miłości. I to właśnie ludzka słabość już od czasów apostolskich, co widać wyraźnie w listach Pawła do Koryntian, choć nie mogła powstrzymać mocy miłości, to niestety szkodziła formom, w których się wyrażała. A zatem historia Kościoła jest historią splatania się dróg Boskiego światła z ludzkimi ciemnościami, jak to się dzieje obecnie, kiedy mamy do czynienia z momentem szczególnie dramatycznym, tym bardziej, że sam Kościół odczuwa potrzebę zbudowania wizerunku bardziej przypominającego wzór pozostawiony przez Chrystusa i Ducha Świętego, a który z pietyzmem odciśnięty był w postaciach świętych.

W czasie Soboru Kościół nie czynił nic innego, jak przyglądał się sobie badawczo, aby dokonać reformy stosownej do głębszej znajomości misterium w nim żyjącym. Z tego też powodu jest to właściwy moment, aby go ukochać i odnowić w naszych sercach ducha odpowiedzialności za Kościół: poprzez wiarę, poprzez pogłębioną znajomość dokumentów soborowych — ich treści, a nie interpretacji niektórych teologów — poprzez pracę dla Kościoła, polegającą na dzieleniu się z innymi wiedzą o nim i miłością do niego. Praca dla Kościoła oznacza budowanie takiego wizerunku Kościoła, jaki stworzył Sobór Watykański II, czyli Kościoła bardziej ewangelicznego. Trzeba jednak pamiętać, że nie oznacza to jedynie Kościoła bardziej ubogiego, bliskiego ubogim, służącego miłości Bożej, skierowanej do wszystkich ludzi, ale oznacza również Kościół mocno osadzony na skale Piotrowej oraz na jego następcach. Ewangelia mówi, bowiem: „Kto was słucha, Mnie słucha, a kto wami gardzi, Mną gardzi, gardzi Tym, który Mnie posłał" /Łk 10, 16/.

Praca dla Kościoła oznacza również budowanie Kościoła bardziej wspólnotowego, czyli umiejącego dzielić się coraz większym zakresem odpowiedzialności ze wszystkimi wiernymi za pośrednictwem form wskazanych przez Sobór i podpowiedzianych przez doświadczenie. Nie może się to jednak odbywać ze szkodą dla hierarchii, której służba jest w Kościele niezbędna do tego, ażeby Duch działający w poszczególnych chrześcijanach był opatrzony pieczęcią Ducha kierującego tymi, którzy zostali wyznaczeni do zarządzania. W ten sposób władza oraz współodpowiedzialność ze strony wszystkich będą jak dwa bieguny, które wzajemnie się przyciągają i wspierają tworząc jeden Kościół Chrystusa. Praca dla Kościoła oznacza też budowanie Kościoła bardziej misyjnego. Nie chodzi tu o działalność nielicznych osób udających się na misje do krajów na pół pogańskich, ale o postawę całego ludu Bożego, który ma świadomość, iż jest nośnikiem przesłania o zbawieniu i chce podzielić się z innymi tą nowiną. Oznacza budowanie Kościoła bardziej ekumenicznego, czyli, żeby w świadomości i w sposobie bycia wszystkich katolików potrzeba jedności chrześcijan — znak obecności Ducha Świętego — zakorzeniła się jako reguła życia i zasada intelektualna. Nie chodzi tu o taki ekumenizm, który by skłaniał do obojętności wobec własnych zasad wiary, a zachęcał do zaakceptowania innych.

Każdy niech w swoim sercu rozstrzygnie, jak i na ile ma się zaangażować w taką pracę, konsultując z Odpowiedzialnymi możliwe rozwiązania. Niech nikt nie zaniedba, chociaż wtedy, gdy nadarzy się okazja, wsparcia dla pracy na rzecz Kościoła.
Co zatem oznacza dzielenie się z innymi wiedzą o Kościele i miłością do niego? W środowiskach, w których żyjemy mamy nie pozostawać obojętni na ataki i próby fałszowania obrazu Kościoła. Nie chcę przez to powiedzieć, iż należy przemilczać trudne sprawy, które należy zreformować, ale należy to robić w stosowny sposób, w duchu miłości, jak ktoś, dla kogo Kościół jest jak matka; jak ktoś, kto umie dostrzec nie tylko zniszczoną powłokę, ale jej wnętrze pełne nagromadzonych, nie za sprawą człowieka, lecz za sprawą niewysłowionej łaski, Bożych bogactw.
Mamy na wszystkie możliwe sposoby starać się, aby nasza postawa, nasze wypowiedzi, nasz sposób bycia były świadectwem szacunku dla Kościoła i taką postawę zaszczepiać w tych, którzy jeszcze nie są w stanie przyjąć go i kochać. Mamy nie popierać ani nie sankcjonować poglądów osób, które za cenę reformy Kościoła są gotowe zerwać więzi z papieżem i biskupami.

Jesteśmy, bowiem przekonani, na wzór świętych /jakże w tym miejscu nie wspomnieć Katarzyny Sieneńskiej/, że „przeciętność zwalcza się nie kontestacją, ale poprzez stymulowanie, zarażanie i podsycanie zapału u najlepszych; nie nadąsaną oschłością i usuwaniem się na bok...; nie poprzez tworzenie zamkniętych grupek funkcjonujących obok Kościoła, ale rozpalając w samym centrum ogień, który w nas płonie, nie ściągając uwagi na nas samych, ale kierując ją ku Panu tego ognia. Jan Chrzciciel nie
był światłem, ale jego zadaniem było dawanie świadectwa o tym świetle" /von Balthasar/.

Nie wolno nam zapomnieć o tym, że to, czym jesteśmy jako jednostki i jako Instytut ma wartość w Kościele i za sprawą Kościoła, a zatem jesteśmy po to, by służyć Kościołowi.
Tekst ten napisałem z potrzeby serca, gdyż brakuje mi naszych rozmów, swego czasu częstszych. Pisałem także, aby odpowiedzieć na zgłaszane zapotrzebowanie na określenie kierunków działań. Pisałem, modląc się do Pana o mądrość słowa, a moje refleksje powierzam waszym indywidualnym, bądź wspólnotowym rozważaniom — niech pobudzą was do wierniejszego wypełniania zobowiązań wypływających z naszego powołania.