Listy t. IV - Wizyta we wspólnocie afrykańskiej

Wizyta we wspólnocie afrykańskiej

Sierpień 1974

Sobota 20 lipca, godzina 7.00 - samolot Alkalia Kinshasa-Rzym ląduje na rzymskim lotnisku Fiumicino. W ten sposób zakończyliśmy naszą podróż do Wspólnoty afrykańskiej.
W sercu ciągle mamy żywy obraz tego, co zobaczyliśmy, doświadczyliśmy i jesteśmy wdzięczni Panu, że pozwolił nam na tak cenne doświadczenie, którego choć niewielką część chcemy teraz przekazać wszystkim.
Wyruszyliśmy, ja i Emilio — w piątek o pierwszej 12 lipca, nocnym lotem dotarliśmy do Kinshasy, stolicy Demokratycznej Republiki Konga. Stąd, innym samolotem, z trzygodzinnym opóźnieniem, wylecieliśmy do Bukavu. Na lotnisku oczekiwali na nas Aldo, Agostino, Mario, załadowaliśmy się do land-rover'a, którym dysponowali i udaliśmy się do Muresa, gdzie czekał na nas Marino. Tu mieliśmy naszą bazę, goszczeni przez parafię, w której przebywają Aldo, Agostino i Marino.

Intensywny program naszej krótkiej wizyty, pozwolił nam, przynajmniej tak mi się wydaje, na wyrobienie sobie dość precyzyjnego poglądu na sytuację, w której żyją nasi bracia, na wykonaną i tę zaplanowaną pracę. Mieliśmy także możliwość nawiązania kontaktów z arcybiskupem Bukavu, z ośrodkami pomocy medycznej w Bukavu i w Katanga, ze wspólnotą AFI 1 której członkinie udzielił nam wydatnej pomocy w zapoznaniu się z lokalną sytuacją, spotkaliśmy się też z niektórymi lokalnymi politykami. Odwiedziliśmy również parafie w Birava, w której mieszka Mario i gdzie wszyscy odbyliśmy nasz dzień skupienia, w niedzielę 14 lipca. Poza tym zwiedziliśmy też piękny Ośrodek rozwoju regionalnego w Birangary, którym opiekuje się wiceproboszcz z Muresa.

Nie jest moim zamiarem spisywanie dziennika podróży, chcę jedynie podzielić się z Wami wrażeniami, które przechowujemy w sercach.
Pierwsze wrażenie to kontrast między pięknem natury, a biedą okolicznej ludności. Żyją oni w warunkach, które na pierwszy rzut oka wydają się niehumanitarne. Domy, ubrania, jedzenie, warunki higieniczne są tak różne od warunków naszego życia, że nie można sobie tego wyobrazić, jeśli się nie widziało na własne oczy. I właśnie w tym kontekście widać wyraźnie ogrom pracy wykonany przez naszych braci. Po pierwszym okresie, w którym pracowali na potrzeby diecezji oraz, żeby móc sfinansować swój projekt, zaangażowali się, z genialną kreatywnością, odwagą, poświęceniem bez miary i ze wsparciem materialnym zorganizowanym przez Domenico i Enrico, w budowę Ośrodka produkcji, przetwarzania i dystrybucji produktów żywnościowych.
Ośrodek, postawiony na terenie należącym do parafii zapiera dech w piersiach.
Uprawia się tam, dzięki pracy kobiet i mężczyzn zarabiających w ten sposób na życie, soję, kukurydzę, zboże, orzeszki arachidowe. Postawiony młyn mieli różne rodzaje mąki, tłocznia umożliwia produkcję oleju, a ze wspaniałych lokalnych owoców wyrabia się dżemy. Otrzymane produkty są sprzedawane rodzinom i przedsiębiorstwom, tak że nic się nie marnuje. W ten sposób uczą i przyzwyczajają ludzi do pracy, a jednocześnie dostarczają środków żywnościowych, na które jest olbrzymie zapotrzebowanie, zważywszy, że wśród populacji jedzącej raz dziennie, odnotowuje się w 45% śmiertelność niemowląt i dzieci do lat 5.
Trudno jest sobie wyobrazić, ile trudu i pracy to kosztowało.
Tym bardziej, że prace odbywały się w warunkach braku wszystkiego i z utrudnieniami wynikającymi z warunków naturalnych. Oprócz widocznego ogromu pracy największe wrażenie robi towarzysząca im atmosfera. Jest to duch autentycznej służby zrodzony z miłości bliźniego, która nic nie chce dla siebie, która nie liczy godzin, byleby tylko rezultat był satysfakcjonujący dla miejscowej ludności. A jeśli ktoś chce się przekonać, co do rezultatu prac, wystarczy posłuchać miejscowych ludzi.
Tuż przed naszym odjazdem, przyszedł się pożegnać Mashirika, absolwent Szkoły Wyższej o profilu socjologicznym. Nasi członkowie włączyli go do prac Ośrodka, gdzie pełni funkcję kierownika administracyjnego i prowadzi szkołę dla pracowników. Pragnął wyrazić swój podziw dla działalności naszych braci, a przede wszystkim chciał podziękować za sposób, w jaki działają, czyli że żyjąc pośród ludzi, bezinteresownie pracują nie oszczędzając swych sił — co zresztą ludzie doskonale wiedzą — ucząc nie słowami, lecz czynami, przykładem życia. Trzeba wziąć pod uwagę wielkie trudności, z którymi się borykają, wynikające z zastanej sytuacji i z niezrozumienia typu proponowanej pracy.
Miało to wpływ na jego decyzję o przyłączeniu się do wspólnoty, aby pracować na rzecz Zairczyków. Mówił też, że nasi bracia mają lepszy kontakt z miejscową ludnością niż księża. Na ulicach, na targu imiona Marino, Agostino, Aldo brzmią swojsko, stały się elementem miejscowego folkloru. Dlatego też czuł się w obowiązku podziękować nam osobiście oraz w imieniu wszystkich pracujących w Ośrodku, a także w imieniu mieszkańców Maresa, którzy wiedzą, że mają w nich przyjaciół.

Słowa Mashirika napełniły nas radością, trzeba też powiedzieć, że rozmowa z nim dała nam próbkę jego inteligencji, kompetencji i subtelności duchowej. Mając do czynienia z takimi osobami, czyż nie możemy mieć nadziei, że i w Afryce znajdzie się ktoś, kto zrozumie i, jeśli Bóg zechce, wybierze nasze powołanie? Nie uprzedzając jednak wydarzeń, chcę zaznaczyć, iż obecność naszych braci na ziemi afrykańskiej dokładnie realizuje ideę służby w krajach rozwijających się, którą sformułował Instytut.
Sądzę, że jestem im winien podziękowania za to wszystko, czego dokonali, za przykład, który dają, za projekty przyszłych prac. Otwierają się, bowiem nowe perspektywy dla ich inicjatyw, gdyż biskupi tego regionu poprosili Aldo o przyjęcie funkcji zarządcy do spraw ekonomicznych Seminarium /odwiedziliśmy to seminarium i długo rozmawialiśmy z Rektorem, obecnie biskupem pomocniczym w Goma/, chcąc odciążyć od tej pracy jednego z księży. Marino i Mario mają zamiar przenieść się do innej diecezji /Kasongo lub Butempo/, gdzie chcą realizować podobne przedsięwzięcia, jak w Bukavu.

Nie ukrywamy, że napływające propozycje stanowią problem dla funkcjonowania Ośrodka w Muresa, ponieważ Agostino jest kierownikiem całości, jego zastępcą Aldo wraz ze wspierającymi go miejscowymi: traktorzystą, czy wspomnianym już Mashirika.
Inni mogą zostać przygotowani przez doświadczenie oraz dzięki małej szkole, otwartej przy Ośrodku i prowadzonej przez Mashirika.

Czy może ktoś z Was czuje się na siłach, by jechać do Afryki i pomóc naszym braciom?
Ostatniego dnia pobytu w Kinshasa miałem możliwość rozmowy z pronuncjuszem Antonetti, którego poinformowałem o obecności i działalności naszych braci. Pronuncjusz wyraził swoje zadowolenie i zapewnił mnie, że w czasie październikowej wizyty duszpasterskiej w Bukavu odwiedzi Ośrodek w przekonaniu, że Afryka potrzebuje takich inicjatyw, a zwłaszcza Zair, który przechodzi trudny okres transformacji, od epoki kolonialnej, do niepodległego bytu. Potrzebuje zatem świadectwa, jak można - po chrześcijańsku - podchodzić do odpowiedzialności obywatelskiej. Na zakończenie pragnę prosić wszystkich o modlitwę za naszych braci w Afryce i jednocześnie podziękować tym, którzy ich wsparli materialnie, umożliwiając im realizację wspomnianych projektów. Zachęcam wszystkich do 'zarażenia się' duchem, w którym pełnią oni swą służbę. We Włoszech także potrzebujemy takiego ducha, który sprowadza się do ewangelicznej postawy inspirowanej słowami, że „więcej szczęścia jest w dawani, niż w braniu".

Pragnę także na łamach „Comunicare" podziękować Aldo, Agostino, Marino i Mario za dobro nam wyświadczone, za gościnność, i za dyspozycyjność, dzięki której mogliśmy owocnie spędzić tak krótki czas. Wszystkim zaś przekazuję pozdrowienia od naszych braci, którzy w Afryce uosabiają Instytut i mam nadzieję, że ta wizyta przyczyni się do wzmocnienia więzi między nami a nimi oraz pozwoli wspólnie się cieszyć z przeżywania, choć w różnych formach, jednego ideału w jednym duchu.