Mężczyzna i celibat

Zeszyty Odnowy
Mężczyzna i celibat
rozmowa z ks. dr. hab. Grzegorzem Rysiem
Ks. dr hab. Grzegorz Ryś jest historykiem Kościoła, wykładową na Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie. Jest autorem wielu prac z historii Kościoła w średniowieczu. Ostatnio opublikował: Celibat.

Jakie jest powołanie mężczyzny?
Jest ono dokładnie takie samo jak powołanie kobiety - to powołanie do miłości, która jest ostatecznym powołaniem człowieka. Bóg stworzył człowieka na swój obraz i podobieństwo. O naturze zaś Boga wiemy jedynie to, że w swojej wewnątrz-trynitarnej tajemnicy jest miłością, wspólnotą osób. Człowiek, który jest stworzony na obraz i podobieństwo takiego Boga, nie może się zrealizować inaczej jak tylko przez miłość.
Wszystkie dramaty ludzkie biorą się z braku miłości w życiu. Dziecko, które nie doznaje miłości ze strony swoich rodziców, wnosi w dorosłe życie jakąś ranę. Podobnie z osobą dorosłą: jeśli jest ona jakoś wewnętrznie nieuporządkowana, to jest to najczęściej wynik braku miłości.
Ostatecznie, istnieje więc tylko jedno powołanie, tyle, że realizowane na wiele sposobów. Całą swoją dojrzałość człowiek osiąga przez miłość.

Jednak sposób realizowania powołania do miłości zdaje się być zależny od płci. Inaczej to powołanie realizuje mężczyzna, a inaczej kobieta.
Zapewne inaczej realizuje je każdy człowiek. Chociaż miłość sprowadza się w ostateczności do jednego - tzn. do daru z siebie. Prawda jednak, że mężczyzna i kobieta przeżywają i wyrażają ten dar nieco inaczej - i za to należy dziękować Bogu, bo dzięki temu ludzie się uzupełniają, istnieje różnorodność. Mężczyzna najczęściej ten dar z siebie realizuje pośrednio. Dla niego bardzo ważnym elementem życia jest praca. Zwróćmy uwagę, że w opisie stworzenia oczy mężczyzny skierowane są na świat po to, by go przekształcać, natomiast oczy kobiety zwrócone są na mężczyznę. Nie chodzi jednak o to, by mężczyzna stał się pracoholikiem. Jego zadaniem jest przekształcać świat, ale nie to jest dla niego źródłem szczęścia. Szczęście daje mu dopiero spotkanie z drugą osobą (Ta dopiero jest kością z mojej kości i ciałem z mojego ciała). Dlaczego? Ponieważ nie może jej przerobić na "swoją modłę". Miłość polega na akceptacji drugiej osoby, a nie na "czynieniu jej sobie poddaną". Nad drugim człowiekiem się nie pracuje. Miłość otwiera szansę na ofiarowanie siebie drugiemu, a nie na panowaniu nad nim. Człowiek realizuje się przez dar z siebie, czyli przez miłość. Nie ma innej drogi.

W biblijnym opisie stworzenia pierwsze słowa, jakie Bóg kieruje do człowieka, brzmią: Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną... Jak w kontekście tych słów ma się realizować powołanie mężczyzny, który żyje w celibacie?
Celibat stwarza możliwość ojcostwa duchowego. Uderzające jest, że w Ewangelii wg św. Mateusza, w bezpośredniej bliskości fragmentu, w którym Jezus mówi o osobach bezżennych (Mt 19,12), znajduje się opis przyprowadzenia do Chrystusa dzieci (Mt 19,13-15). Wymowa całości jest wyraźna. Dla tych, którzy decydują się na bezżenność, otwiera się perspektywa przeżywania ojcostwa duchowego. Warunkiem jest to, by człowiek nie wybierał bezżenności motywowany pogardą dla małżeństwa lub próbą ucieczki od niego. Kościół naucza dzisiaj (choć nie zawsze tak było), że wybór celibatu dokonuje się w kontekście miłości. Wybór dziewictwa w żadnym wypadku nie oznacza pogardy dla związku kobiety z mężczyzną, dla ciała, seksualności czy życia erotycznego. Niestety zdarza się, że człowiek (nawet niekoniecznie decydujący się na życie kapłańskie) wybiera celibat, uciekając od odpowiedzialności za drugą osobę, za rodzinę. Efektem tego jest najczęściej zgorzknienie, narastająca frustracja kompensowana podejrzliwością wobec tych, którzy żyją inaczej, posiadają rodziny, dzieci. Łatwo wtedy popaść w tendencję uważania takiego życia za gorsze, bardziej grzeszne.

Czym jest wspomniane przez Księdza ojcostwo duchowe?
Muszę przyznać, że to bardzo osobiste pytanie. By na nie odpowiedzieć, trzeba wyjść od teologii kapłaństwa. W tym momencie rozmawiamy o celibacie w ujęciu kapłańskim, ale przecież są też ludzie, którzy nie są osobami duchownymi, a decydują się na bezżenność. Co więcej, oni też mogą być "ojcami" czy "matkami" duchowymi, jak na to wskazuje choćby przykład starożytnego monastycyzmu.
Ojcostwo duchowe kapłanów żyjących w celibacie polega na przekazywaniu życia. Nie chodzi tu jednak o życie biologiczne, ale o takie życie, które pochodzi od Boga. Nazywamy je życiem wiecznym, czasem łaską, czasem życiem Bożym; ostatecznie - jak już to powiedzieliśmy - chodzi o miłość. To życie jest przekazywane przez Kościół, przede wszystkim poprzez Słowo i sakramenty. Czasem widać, jak się ono rozwija w człowieku. Nie chodzi jednak o to, by kontemplować takie owoce. Posługa wobec ludzi musi być bezinteresowna. I tu nie chodzi jedynie o wymiar materialny. Czasem tym, czego pożądamy są szybkie efekty pracy. Tymczasem "sukces nie jest żadnym z imion Boga". To jedno z podstawowych przesłań Ewangelii. By je jednak przyjąć, potrzeba wielkiej pokory. Życie Boże rozwija się według własnych praw.
Ojcostwo duchowe staje się czymś konkretnym tylko wtedy, gdy kapłan żyje w rzeczywistej wspólnocie. Proboszcz jest ojcem swojej parafii, i to ojcostwo daje parafianom prawo do niego, do tego by był im bliski, by ich znał, dzielił z nimi ich radości i problemy. Tego samego oczekują księża od swojego biskupa, który jest ich ojcem. Wielka teologia ojcostwa duchowego musi się więc przełożyć na szereg międzyludzkich odniesień i konkretnych postaw, jak: wrażliwość, współczucie, bycie z daną osobą. Na tej podstawie można dopiero i należy zbudować to, o co ostatecznie chodzi, tzn. doświadczenie życia wiecznego. Tego nie wolno zgubić z oczu; ksiądz nie może wyczerpać kontaktu z człowiekiem jedynie w postawach koleżeństwa czy przyjaźni. Musi prowadzić człowieka poza siebie, w stronę Pana Boga. Byłoby bardzo niedobrze, gdyby ziemskimi walorami przysłonił to, do czego ma prowadzić.

Czy istnieje powołanie do życia w samotności, poza stanem duchownym czy konsekrowanym? Czy nie jest to postawa zamknięcia na powołanie do miłości?
Nie jest, ale może być. Myślę, że jest to najtrudniejsze wtedy, gdy człowiek desperacko szuka drugiej osoby i nie udaje mu się jej znaleźć. Kiedy samotność nie jest wyborem, ale jedynie niechcianym doświadczeniem, "własnym krzyżem" - wtedy jest najtrudniej. W takich momentach rodzą się pytania, jaki sens ma życie. Wydaje się, że my, księża mamy za mało wrażliwości na takich ludzi. Bardzo dużo mówimy o małżeństwie, a temat powołania do samotności pojawia się w naszych homiliach czy katechezach jedynie sporadycznie.
Każdy człowiek musi w swoim życiu znaleźć drogę do realizowania miłości. Ponoć obecnie coraz częściej młodzi pracownicy naukowi decydują się na życie bezżenne. Na uniwersytecie jest to jakaś nowa jakość: człowiek, który poświęca się całkowicie poszukiwaniu prawdy. Ostatecznie przecież poświęca się ludziom. Prawda nie jest "sztuką dla sztuki", podobnie nauka. Naukowiec odkrywa prawdę, którą dzieli się z innymi. Papież nazywa to "posługą prawdy", posługą wobec innych ludzi. Bywa, że jej realizacja jest bardzo trudna, właśnie z powodu samotności. Wtedy powraca pytanie, jaki to ma sens. Ale nikt przecież nie uważa Korczaka, który jako lekarz wybrał życie samotne, za osobę uciekającą od miłości. Wręcz przeciwnie, jako człowiek zrealizował się w pełni, aż po męczeństwo. Jego trud wymagał radykalnej miłości.
W Kościele przez wieki funkcjonowało pojęcie "stanu doskonałego". Stanem tym miało być życie bezżenne, w zakonie lub ślubowanej czystości. Także dzisiaj niektórzy uważają takie życie za "doskonalsze" od życia małżeńskiego. Obecny papież jednak poważnie zachwiał takim myśleniem. W katechezach o małżeństwie i rodzinie mówi wyraźnie, że tym, co decyduje o doskonałości, jest wyłącznie miłość. Może się zdarzyć, że człowiek żyjący w "stanie doskonałym" zamyka się na innych ludzi i staje się zgorzkniałym egoistą, który swoją czystość próbuje zrekompensować na innym polu, np. posiadania, czy konsumpcji.

Błędem jest zatem porównywanie i wartościowanie tych stanów.
Oczywiście. Wszystko sprowadza się do tego, co mówił św. Paweł: jeden ma taki dar, a drugi inny. Obydwa te stany pochodzą od Ducha Świętego i są rodzajem charyzmatu. Na nic zda się porównywanie świętości jednego i drugiego. Mówimy, że celibat jest trudnym wyborem życiowym. A czy ból spowodowany śmiercią współmałżonka np. po pięćdziesięciu latach wspólnego życia, jest mniejszą próbą?... Ktoś był: zawsze bliski, jako ciągłe oparcie. Jak przeżyć taką pustkę? Nie ma sensu zestawienie takiego bólu z tym krzyżem, jakim jest samotność kapłańska czy jakakolwiek inna.

Stary i Nowy Testament bardzo mocno podkreślają wartość małżeństwa, skąd zatem przekonanie o potrzebie i wartości celibatu?
Ani czystość, ani celibat nie są wartością samą w sobie. Celibat dzisiaj, bardziej niż kiedykolwiek, służy miłości. Czystość jest doświadczeniem wolności w stosunku do swojego ciała. Jest wyzwoleniem ze swego rodzaju "przymusu ciała". Bardzo dużo mówi się dzisiaj o potrzebach seksualnych. Są one dodatkowo podsycane przez współczesną kulturę masową. Pojawiają się głosy o rodzących się w człowieku frustracjach, w wyniku niespełnienia w tej sferze. Człowiek powoli nabiera przekonania, że w tej dziedzinie w żaden sposób nie może być wolny, nie może niczego kontrolować. Tu rodzi się spór o człowieka. Być może Kościół wezwany jest właśnie do tego, aby jeszcze raz obronić prawdę o wolności (konsekwentnie, także odpowiedzialności) człowieka. Prawda, że człowiek jest ograniczony na wiele sposobów, także przez swoją naturę, ale to nie znosi jego podstawowej odpowiedzialności. Jest ograniczony, ale wolny. Może ostatecznie trzymać życie w swoich rękach. Może to robić zwłaszcza człowiek, który spotkał Chrystusa i doświadcza rzeczywistości łaski w swoim życiu. Żyje modlitwą, sakramentami, liturgią, wspólnotą Kościoła. Dopiero osoba wolna w stosunku do swojego ciała może powiedzieć drugiej osobie: "kocham cię". Miłość polega na oddaniu siebie drugiej osobie, także w wymiarze ciała. Żeby to jednak zrobić, muszę mieć pewność, że sobą dysponuję.
Czystość służy miłości. Kościół mówi o różnych cnotach, ale niemal żadna z nich nie jest celem samym w sobie. Każdą z nich praktykuje się ze względu na miłość - do Boga i do człowieka. Poszczę, by podzielić się swoją żywnością. Wybieram ubóstwo, by łatwiej dawać. I tak samo jest z czystością. Cnota nie jest abstrakcją.
Dodajmy jednak jeszcze i to, że Kościół, który głosi bardzo wysokie ideały, nie jest jedynie dla herosów - nie jest tylko dla takich, którzy uważają, że mogą wszystko osiągnąć sami. Kościół oprócz ideałów ma także wyjątkowe zrozumienie dla grzesznika. Jeśli go nie ma, staje się sektą. Każdy z nas jest grzesznikiem i doświadcza słabości czasem bardziej, czasem mniej, także w dziedzinie czystości. Istotne jest wszakże to, by owo doświadczenie grzechu nie zmieniało naszego myślenia, żebyśmy się ciągle nawracali na myślenie kategoriami Ewangelii.

Dlaczego został wprowadzony celibat? Czy o jego wprowadzeniu decydowały tylko względy pragmatyczne, a może krył się za tym jakiś głębszy, teologiczny sens?
Celibat jest praktyką, która pojawiła się wcześniej niż jego teologiczne uzasadnienia. W historii celibatu bardzo wiele było motywacji pragmatycznych, np. by zapobiec podziałowi majątku kościelnego pomiędzy dzieci księdza. Dzisiaj argument praktyczny dalej funkcjonuje, ale w innej postaci. Bez żony i dzieci ksiądz jest o wiele bardziej dyspozycyjny wobec Kościoła i biskupa, niż gdyby posiadał rodzinę. Wtedy - być może - musiałby czasami wybierać pomiędzy dobrem swoich bliskich, a dobrem Kościoła.
Teologia celibatu, głoszona przez Jana Pawła II, jest bardzo głęboka. Papież mówi, iż jako alter Christus kapłan musi odnaleźć siebie w relacji wobec Kościoła. Należy on do Kościoła, ale nie jako kapłan, ale jako człowiek ochrzczony. Jako kapłan natomiast jest oblubieńcem Kościoła w Chrystusie. Stąd ostatecznie wynika owa dyspozycyjność, o której mówiliśmy wyżej. Na wzór Chrystusa kapłan daje Kościołowi prawo do swojej osoby. Tak, jak dał je Chrystus. Ta duchowość jest bardzo głęboka. Nie znaczy, że łatwa. Kościół-Oblubienica jest kochana, ale nie zawsze jest idealna, choć ciągle zmierza do tego by nią być. Jednakże kocha się ją taką, jaka jest, a nie taką, jaką chciałoby się ją mieć.

Czemu Kościół tak mocno stoi na straży celibatu, mimo sprzeciwu ze strony wielu księży?
Sprzeciw to może zbyt mocne słowo. Trzeba raczej mówić o rzeczowej dyskusji, która trwa od kilkudziesięciu już lat. Bardzo mocno podnosi się w ostatnich latach postulat celibatu dobrowolnego. Zgłasza go wiele Kościołów, łącznie ze swoimi biskupami. Jeśli papieże ciągle potwierdzają potrzebę celibatu, to widocznie widzą cały szereg powodów, by go podtrzymać. Wydaje mi się, że ten rodzaj pan-seksualnej kultury, która nas otacza, zabierając człowiekowi poczucie panowania nad sobą, domaga się jasnego "znaku sprzeciwu" w postaci celibatu. Być może, jest to znak nie tyle potrzebny samemu Kościołowi, co po prostu człowiekowi. Człowiekowi należy pokazać, że może być wolny w dziedzinie seksualności, że czystość nie jest kompleksem, ale wartością. Doświadczenie czystości w życiu jest bramą do miłości. Możemy zaobserwować dwa odnoszące się do siebie zjawiska: z jednej strony świat nastawiony na erotykę, a z drugiej nauczanie Jana Pawła II na temat miłości, ciała, życia seksualnego i rodziny. Nauczanie to pokazuje cała seria katechez, wydanych w Polsce pod tytułem Mężczyzną i niewiastą stworzył ich. Papież w niezwykle piękny i rozumny sposób mówi o przeżywaniu seksualności. Nie mówi o tym w kategoriach grzechu, czegoś nieczystego i dopuszczalnego w ostateczności, na zasadzie dobrego użytku ze złej rzeczy: bo "muszą rodzić się dzieci". Aby jednak to piękne nauczanie mogło być wprowadzone w życie, potrzebuje znaku w postaci ludzi, którzy podejmują życie w czystości. Jest to nauczanie dla tych, którzy w tej dziedzinie odkrywają wolność, a nie przymus.
Rozmawiał Sławomir Rusin