O kryzysach w powołaniu

z o. Amedeo Cencinim FdCC,
rozmawia ks. Krzysztof Wons SDS


Chciałbym porozmawiać z Ojcem na temat kryzysu powołania. Dzisiaj daje on znać o sobie nie tylko w naszych klasztorach i seminariach, ale także w życiu codziennym, w naszych rodzinach. Dokument „Nowe powołania dla nowej Europy”[1] ukazuje ten problem jako fundamentalny: czytamy w nim, że dzisiaj daje się zaobserwować antropologiczny model człowieka bez powołania. Jak rozumieć tę nową, nieco smutną obserwację: człowiek staje wobec życia bez powołania?

Moim zdaniem jest to przede wszystkim problem koncepcji antropologicznej, uwarunkowanej oczywiście całym ciągiem bardzo złożonych sytuacji, doświadczeń historycznych przeżywanych w naszym „Starym Świecie”, na kontynencie europejskim. Oczywiście to samo widzimy w skali światowej, gdyż problemy zawsze się globalizują.

Wydaje mi się, że sytuację „człowieka bez powołania” determinuje kilka elementów: z jednej strony, stopniowy zanik wymiaru relacji, więzi w koncepcji człowieka. Z drugiej strony, bardzo ciekawe odkrywanie tego wymiaru na nowo, wizja antropologiczna, filozoficzna takich myślicieli, jak Buber, Lévinas – jako reakcja na sytuację, jaka wytworzyła się w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat: człowiek staje się coraz bardziej autonomiczny, „techniczny”, w gruncie rzeczy samowystarczalny. Coraz mniej potrzebuje nawiązywania więzi z kimś drugim.

Tymczasem powołanie, nawet z czysto antropologicznego punktu widzenia, ma charakter relacyjny: nikt nie może sam siebie powołać. Powołanie możliwe jest tylko w obrębie istnienia otwartego na relację z kimś innym. Jeśli nie ma tego otwarcia, jeśli poczucie tożsamości nie wiąże się z przynależnością do jakiejś relacji, to oczywiście zabraknie podstawowych przesłanek filozoficznych, antropologicznych, pozwalających wejść w logikę powołania. Powołanie w swej istocie ma charakter dogłębnie relacyjny. Człowiek „techniczny” jest w gruncie rzeczy samowystarczalny. Otacza się urządzeniami technicznymi, między sobą a drugim człowiekiem zawsze stawia jakąś maszynę. Wielu młodym ludziom grozi dzisiaj ogromny analfabetyzm emocjonalny, gdyż więź z drugim człowiekiem zawierzają narzędziu: przechodzi ona przez telefon komórkowy, sms. Ostatnio miałem możność przekonać się na terapii, jak trudno jest im stanąć naprzeciw człowieka z krwi i kości. „Dopóki moje zakochanie przeżywałem z telefonem komórkowym, czułem się świetnie, a kiedy spotkałem tę osobę, była we mnie pustka, nie umiałem wyrazić swoich uczuć, jak gdybym nigdy ich nie doświadczał!”

Kryzys relacji dotyczy także więzi z Bogiem…

Oczywiście! Na kryzys więzi z Bogiem warto spojrzeć jako na ostateczną konsekwencję właśnie tej sytuacji, jaka powstała w wymiarze antropologicznym. Drugą zasadniczą, moim zdaniem, przyczyną wyjaśniającą kryzys w dziedzinie powołań, jest koncepcja sensu życia. Także i tutaj zasadniczy problem stanowi relacja. Dlaczego? Czym jest powołanie w swojej istocie? Powołanie rodzi się z pewnej elementarnej interpretacji sensu życia, z pewnej elementarnej gramatyki istnienia: ze zdolności do rozpoznania, że życie jest dobrem, na które nie zasłużyłeś, a które otrzymałeś. Jeśli życie zaś jest otrzymanym darem, to taki dar z samej swojej natury zmierza do tego, by stać się darem ofiarowanym. Życie jest dobrem, które otrzymaliśmy, i nikt nie może zaprzeczyć takiej interpretacji ludzkiego istnienia, bo nikt sam sobie nie ofiarował istnienia ani go nie zdobył. U źródeł mojego istnienia był ktoś inny, a sięgając wstecz, dochodzimy do Boga. A zatem ten dar, zgodnie ze swoją naturą dobra, daru, ma stać się darem ofiarowanym. Kiedy więc stajesz się dorosły, masz odpowiedzialność – a zarazem zdolność – by otrzymany dar przemienić w dar ofiarowany. Darem otrzymanym jest życie, a darem ofiarowanym – śmierć. W tym kryje się sens życia i sens śmierci. Co to znaczy: „powołanie”? jest to odpowiedzialne podjęcie związku między darem otrzymanym i darem ofiarowanym. Jest podjęciem decyzji, że moje życie, które otrzymałem, będzie coraz pełniej stawać się życiem ofiarowanym. Tutaj jest otwartość na powołanie, otwartość osoby, która czuje się wezwana radykalnym wezwaniem pochodzącym wpierw od samego życia, a dopiero potem od Boga.

Tutaj dochodzimy do problemu człowieka, który zatraca swoje powołanie.

Bardzo ważne jest tu podkreślanie, także w kategoriach czysto świeckich, wartości samego pojęcia „powołanie”. Mówimy tu o powołaniu w znaczeniu głębszym niż to, czym zajmują się nasze nowicjaty i seminaria. Pojęcie „powołania” odwołuje się do koncepcji człowieka jako kogoś, kto nie przeżywa relacji do swojego życia tak, jakby było ono dobrem konsumpcyjnym.

Czy Ojciec mógłby rozwinąć tę myśl. To chyba bardzo ważna kwestia. Przecież na początku jest tak, że ludzie odkrywając powołanie nabierają świadomości życia jako daru, który można ofiarować innym, i wchodzą na tę drogę. Potem jednak zatrzymują się w rozwoju, nie idą w głąb lecz cofają się… Ten kryzys jest nierzadki. Wielu ludzi zakłada rodzinę i po jakimś czasie ją opuszcza. Rośnie także liczba młodych księży, których żarliwość szybko chłodnie a nawet odchodzą od kapłaństwa krótko po prymicjach...

Jeśli prawdą jest, że życie jako dar otrzymany zmierza do tego, by stać się darem ofiarowanym, to w człowieku istnieją siły stawiające temu opór, siły dążące do skonsumowania życia dla siebie. Tutaj odkrywamy wielką mądrość Kościoła, który zawsze wymagał towarzyszenia nie tylko rodzącemu się powołaniu, ale i formacji. To, co teoretycznie wydaje się wrodzone i logiczne, szybko napotyka opór przeciwstawnych sił, tkwiących w ludzkiej naturze. Dlatego w dziedzinie powołania tak ważna jest eliminacja, formacja, edukacja, bo nie można założyć, że wszystko od razu jest jasne, oczywiste i zdolne natychmiast przemienić czyjeś życie. Właśnie dlatego, że żyjemy w kontekście zupełnie innych antropologii, tym bardziej potrzebujemy wielotorowej formacji, rozumianej bardzo ściśle i prowadzonej z żelazną logiką.

Ojciec od wielu lat towarzyszy osobom w formacji, jest kierownikiem duchowym, prowadzi terapię. Czy na podstawie swoich wieloletnich i różnorodnych doświadczeń dostrzega Ojciec jakieś zasadnicze, wspólne dla wszystkich problemy? Czy można widzieć w nich przyczyny kryzysu powołania, że człowiek nie rozwija się, nie idzie dalej… Jakie problemy widziałby Ojciec jako kluczowe?

Można powiedzieć, że każda epoka ma charakterystyczne dla siebie symptomy. Zaraz po wojnie bardzo rozpowszechnia się depresja. W innych okresach historii dominuje osobowość histeryczna. Nie da się tego wytłumaczyć. Wydaje się, że dzisiaj najbardziej rozpowszechnionym zaburzeniem osobowości jest narcyzm. Charakteryzuje ono taką osobę, która nie postrzega relacji w sposób mądry. Według mitologii greckiej, Narcyz to ktoś, kto nie jest w stanie zaakceptować i uznać miłości drugiego człowieka. Dlaczego? Osoba, która w nim się zakochała, jest ze swojej natury ograniczona, niedoskonała, i Narcyz ją odrzuca. W końcu zakochuje się w samym sobie, w swojej twarzy, wpada do wody, w której się przeglądał, i tonie. Narcyzm w swej istocie to zerwanie kontaktu z rzeczywistością – która zawsze jest ograniczona, ale jest źródłem życia, dobra, a moim zdaniem i miłości. Narcyz nie może jej zaakceptować, bo jest ona niedoskonała, ograniczona. Zamykając się na miłość, którą ofiarowuje drugi człowiek, coraz bardziej zamyka się w sobie, zakochuje się we własnej twarzy, a zakochanie się w samym sobie to działanie daremne i skazane na niepowodzenie, to pewnego rodzaju psychologiczne samobójstwo. W greckim micie Narcyz praktycznie ginie śmiercią samobójczą w wodzie, która odbija jego bezmyślny obraz siebie.

Zasadniczą przyczyną przeżywanych dziś problemów jest narcyzm. Człowiek „techniczny” jest coraz bardziej zakochany w samym sobie, zamyka się w sobie, przeżywa relacje bardzo powierzchowne, krótkotrwałe, ulotne, nieprzewidziane, boi się związania z kimś na zawsze. To osłabia także „osobowość powołaniową”.

Lansowana dziś mentalność życia, na przykład indywidualizm, postawienie samego siebie i własnych potrzeb w centrum i to w sposób absolutny… to wszystko sprzyja odejściu od życia wartościami powołaniowymi. Czy nie należy dostrzegać w tym także ukrytego wpływu ideologii New Age?

Jak najbardziej! Jest to banalny, a zarazem patetyczny wyraz tego kryzysu. New Age bałwochwalczo wielbi uczucie. Wszystko kręci się wokół złudzenia, jakim jest dobre samopoczucie płynące z bycia samemu ze sobą.

Jest to wręcz dramatyczne, gdyż w ten sposób wszystko się relatywizuje, staje się względne: także Bóg, Chrystus…

… wszystko zostaje podporządkowane mojemu punktowi widzenia, mojemu dobremu samopoczuciu w byciu samemu ze sobą. Prawdziwym bogiem ideologii New Age’u jest w istocie samozadowolenie z bycia samemu ze sobą. Nie ma żadnego dążenia w kierunku poznania prawdy. Jest tylko szczerość: uznanie uczucia, aby je rozwijać we wszystkich kierunkach i na wszystkie sposoby.

Widać tu wyraźnie, jak przywiązanie do samego siebie może zniszczyć, zrelatywizować wszystkie najważniejsze życiowe wartości, także więź z Bogiem.

Nawet Bóg staje się czymś malutkim, podporządkowanym mojemu „ja”; Bóg ma służyć mojemu dobremu samopoczuciu psychologicznemu, trochę jak wino na uczcie weselnej.

Ojcze, chciałbym nieco zmienić temat, pozostając jednak w kręgu zagadnienia powołania. Coraz więcej młodych ludzi odrzuca powołanie, wybrane wcześniej na całe życie: zaczęli życie małżeńskie, życie kapłańskie, złożyli śluby wieczyste w zakonie, a po krótkim czasie negują to wszystko, niejednokrotnie bez walki: podejmują jakąś decyzję co do swojego życia, a później nie walczą o to życie, rezygnują z niego. Gdzie szukać korzeni tego kryzysu? Czy nie tkwi on w samym procesie podejmowania życiowych decyzji?

Decyzja jest czymś, co przechodzi pewną drogę, rozwój; nie jest sprawą jednej chwili. Widzimy tu inny aspekt tego wymiaru współczesnej antropologii: wymiar dramatu. Życie przyjmuje wymiar dramatu wówczas, gdy człowiek uświadamia sobie, że stoi przed wyborem decyzji dotyczącej całego jego życia i że tylko on sam może dokonać tego wyboru. Jest to dramat. Dlaczego? Dlatego, że to stawia człowieka wobec ogromnej odpowiedzialności. Tylko on może ją podjąć, nikt inny nie może go w tym zastąpić. Kiedy człowiek, o którym mówiliśmy wcześniej, czyli człowiek pozbawiony poczucia przynależności, człowiek, który odciął się od relacji, a przede wszystkim człowiek, który nie przyjął związku między życiem pojętym jako otrzymany dar, przeradzający się w dar ofiarowany, kiedy ktoś taki staje przed podjęciem samodzielnej decyzji dotyczącej całego jego życia, zupełnie zrozumiałe, że desperacko próbuje uciec. Nie czuje w sobie siły i energii na podjęcie decyzji, która zaangażuje go na zawsze.

Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że nie ma w sobie siły płynącej z odkrycia, że ja już zostałem umiłowany, że zapragnął mnie Ktoś dobry, kto wolał mnie od nieistnienia. Zostałem więc już postawiony w istnieniu, aktem miłości, i to mi daje siłę do podjęcia ryzyka decyzji na całe życie! Energia ludzka pochodzi od otrzymanej miłości, nie ma innych źródeł. A kiedy człowiek nie jest tego świadom, to oczywiste, że boi się podjęcia decyzji. Życie traci wtedy wymiar dramatu. Nie ma już wymiaru „na zawsze”. Nie ma już podróży, która trwa przez całe życie. Jest tylko ciąg drobnych, ulotnych zdarzeń, doświadczeń, doznań. Relacja jest budowana z dziś na jutro, a jeśli przestaniesz mi odpowiadać, to zaraz zerwę.

Warto zauważyć, że pewność co do otrzymanej miłości pozwala mi przyjąć także wymiar życia jako dramatu. Jesteś odpowiedzialny za to, co uczynisz w swoim życiu z otrzymaną miłością. Nic nie daje takiego poczucia bezpieczeństwa, a zarazem nie nakłada takiej odpowiedzialności, jak miłość. Mówi ona człowiekowi: jesteś kimś pozytywnym, kimś godnym miłości, bo Ktoś wolał ciebie od nieistnienia. Miłość daje mi poczucie bezpieczeństwa, ale jednocześnie nakłada na mnie odpowiedzialność. Jestem odpowiedzialny za miłość, którą otrzymałem. Kiedy ta miłość nie zostaje uświadomiona, dostrzeżona, to wówczas nie można mówić o odpowiedzialności za nią i nie wchodzi ona w logikę podejmowania decyzji. Wskutek tego zatraca się poczucie dramatycznego wymiaru życia. I życie staje się ciągiem ulotnych zdarzeń, które się piętrzą, a niekiedy przeczą sobie i wchodzą w konflikt… ale to wszystko jest grą, w tym już nie ma wymiaru dramatu.

Myślę, Ojcze, także o bardzo rozpowszechnionych sytuacjach, o jakich wspomina ks. Manenti w książce „Psychologia, łaska, powołanie”. Mówi on o dwóch postawach odejścia od powołania. Pierwsza postawa- gdy ktoś definitywnie opuszcza wybraną wcześnie drogę – zmienia stan życia. Druga postawa – gdy ktoś zewnętrznie, formalnie nadal „funkcjonuje” jako ksiądz czy zakonnik, wypełnia zadania, „rytuały” związane z powołaniem, lecz wewnętrznie przestaje żyć wartościami powołaniowymi. Jak pomagać ludziom w zrywaniu z takimi sytuacjami, które de facto są znakiem śmierci?

Tak, bywa, że ktoś ściele sobie wygodne gniazdko w jakiejś instytucji; niektórzy z takich ludzi znaleźli swoisty kompromis między swoją wewnętrzną sytuacją, a określonymi wymaganiami i potrzebami danej instytucji. Znaleźli sposób na godzenie jednego z drugim. I czują się z tym dobrze. Klasyczny przykład: młody człowiek stwierdza, że seminarium to taki dom opieki, zapewniający zaspokojenie potrzeb. Ktoś chce być w centrum uwagi, chce, by go oklaskiwano, darzono szacunkiem, itd., i faktycznie może pojmować życie konsekrowane, życie apostolskie, życie wspólne jako serię gratyfikacji tej potrzeby. Jeśli ten ktoś jest zdolny, inteligentny, to przez pewien czas wszystko może się układać. Ale istotne jest to, że ta osoba już nie odczuwa rozdźwięku. Chce czegoś, co nie jest ewangeliczne. Uważa, że nie ma niczego złego w pragnieniu awansu, sukcesu… przecież jestem ubogi, czysty i posłuszny. Takie osoby żyją daleko od prawdy, a pozostają w instytucji, nie mają żadnych wątpliwości co do swojego powołania, a są niezmiernie daleko od tego, co jest prawdziwym celem życia konsekrowanego. To istna katastrofa. Tacy „budowniczowie własnych gniazdek” w gruncie rzeczy zatruwają wspólnotę.

I to jest poważny problem. Nie wiem, czy Ojciec się z tym zgodzi, ale wydaje mi się, że to zjawisko bardzo się poszerza.

Tak, jak najbardziej. Dlatego rozmawiamy o powołaniu.

Na zakończenie chciałbym zapytać, jakie zasadnicze wyzwania stoją dzisiaj, zdaniem Ojca, przed Kościołem, który powinien być wspólnotą wychowującą?

Najpierw chciałbym powiedzieć, że żyjemy w społeczeństwie, w którym na wielką skalę występuje zjawisko uchylania się instytucji edukacyjnych od odpowiedzialności. Na Zachodzie obserwujemy zanik edukacji prowadzonej linearnie, jednolicie, istnieje powszechne uchylanie się od odpowiedzialności. W tej sytuacji Kościół chyba mógłby robić coś więcej. Kościół zawsze pełnił wobec społeczeństwa rolę wychowawczą. Nie chcę sprawiać wrażenia, jakobym wszystko świetnie rozumiał i wszystko oceniał, ale uważam, że właśnie dlatego, iż żyjemy w takiej a nie innej rzeczywistości, Kościół powinien bardziej zaangażować się w dziedzinie edukacji, czy też, innymi słowy, pełniej odkryć swoje powołanie do edukacji. A my, zakonnicy, powinniśmy bardzo poważnie się zastanowić, czy naprawdę i do głębi żyjemy naszym powołaniem do tego, by być wychowawcami. To jest chyba pierwszym wyzwaniem: chrześcijańskie orędzie jest wielką propozycją edukacyjną ofiarowaną człowiekowi, aby zrozumiał on prawdę o samym sobie i wszedł na drogę, która mu zapewni prawdziwe spełnienie, zrealizowanie siebie, sprawi, że dojrzeją ukryte w nim zdolności.

W tym samym kontekście mieści się następne wyzwanie: stała formacja. Tutaj jesteśmy jeszcze bardziej zapóźnieni, bo wielu ludzi nawet jeszcze nie ma świadomości głębokiej dwuznaczności samej idei formacji. Formacja to zjawisko wpisane w czas. Dzisiaj w niektórych diecezjach, mówię oczywiście o diecezjach włoskich, praktycznie wydłużono czas formacji początkowej. Młody człowiek jeszcze przez dłuższy czas po święceniach ma zapewnione towarzyszenie: przyjeżdża do seminarium, uczestniczy w kilkudniowych regularnych spotkaniach, najpierw często, a stopniowo coraz rzadziej… ale w ten sposób tylko wydłużono czas! W końcu, po pięciu czy dziesięciu latach, nadejdzie pora, by stanąć na własnych nogach. Ale jest w tym nieporozumienie, chociaż te programy są świetnie opracowane: w niektórych diecezjach przez pierwszy rok kapłaństwa spotkania odbywają się raz w tygodniu, przez drugi rok – raz na dwa tygodnie, itd. Jest to stopniowe usamodzielnianie, i bardzo dobrze, ale to jeszcze nie jest formacja stała.

Formacja stała następuje wtedy, gdy osoba stała się podatna na samodzielne uczenie się, czyli kiedy nauczyła się tego, że musi się uczyć w tym miejscu, w którym jest, z tymi osobami, wśród których żyje, pozwalając się dotykać, formować, kształtować przez życie, i to przez życie każdego dnia, bez potrzeby odbywania jakichś specjalnych kursów. Oczywiście, taka osoba najlepiej potrafi skorzystać z kursów, ale formacja stała oznacza oddychanie życiem, coś, co dzieje się nieustannie, także w dni powszednie – i to właśnie jest prawdziwe wyzwanie! Wielu duchownych jest bardzo, bardzo daleko od tej idei.

Słuchając tej refleksji, pomyślałem sobie, że tutaj w tym Domu (CFD) staramy się upowszechniać formację opartą na Słowie Bożym przeżywanym każdego dnia. Kontynuując myśl Ojca, wydaje mi się, że dzisiejszy człowiek potrzebuje jakiegoś punktu odniesienia, aby móc codziennie żyć tą wartością. Tutaj odkrywamy, że Słowo Boże, a także uczenie tego, jak nim żyć na codzień, może stać się źródłem, punktem odniesienia dla tego, o czym Ojciec mówi.

Codzienna medytacja wprowadza w życie porządek. Codzienny kontakt ze Słowem na dany dzień towarzyszy osobie przy narodzinach powołania, a także uczy wierności powołaniu, odkrywanemu każdego dnia na nowo. Jestem co do tego w pełni przekonany. Kościół ma mądrość w dziedzinie edukacji…

…jak Ojciec powiedział, samo orędzie chrześcijańskie…

…jest niezwykłe, wielkie! Musimy je przełożyć na dzisiejszy język. Gdyby dzisiejszy człowiek mógł żyć w łączności z tymi skarbami, z tą mądrością… myślę, że wielu ludzi odzyskałoby wiarę i smak bycia wierzącymi, ... i błogosławieństwo

Zakończmy więc naszą rozmowę tymi słowami nadziei. Dziękuję za rozmowę!

Tłumaczyła z języka włoskiego Agnieszka Kuryś

Rozmowa została opublikowana w Zeszytach Formacji Duchowej, nr 26, s. 79-88.
o. Amedeo Cencini, kanosjanin, jest pedagogiem, psychologiem, kierownikiem duchowym, wykładowcą m.in. na Papieskim Uniwersytecie Salezjańskim w Rzymie, znany i ceniony formator we Włoszech. Autor licznych publikacji z zakresu formacji powołaniowej. Prowadził sesje formacyjne oraz wykłady w Centrum Formacji Duchowej w Krakowie. Istnieje możliwość zakupu nagrań audio z tych spotkań - szczegóły na www.cfd.sds.pl

Przypisy:
1 - Papieskie dzieło Powołań Kościelnych, Nowe powołania dla nowej Europy (In verbo tuo...). Dokument końcowy Kongresu poświęconego powołaniom do Kapłaństwa i Życia Konsekrowanego w Europie. Rzym, 5-10 maja 1997, Watykan, 1997.