Razem damy radę – śladami Carlo i Alberto


Historia dwóch chłopców z Genui, których przyjaźń „karmiła się” treściami tego samego Ideału i wyrażała we wspólnym celu: przekazać wszystkim ewangeliczny ideał zjednoczonego świata.

Genua, lato 1980 r. Alberto Michelotti i Carlo Grisolia – 22 i 20 lat – jak wszyscy ich rówieśnicy żyją zanurzeni w życiu społecznym swojego miasta, pięknego, ale ukazującego także inne oblicze: ubóstwa, biedy moralnej i materialnej, dewaluacji wartości.

Alberto student politechniki, z pełną odpowiedzialnością angażuje się w swojej parafii na rzecz biednych imigrantów, ludzi z marginesu. Kocha góry: zdobycie każdego szczytu to dla niego wielka satysfakcja. Carlo to dusza artystyczna – poeta i muzyk, skończył agronomię, wkrótce ma odbyć służbę wojskową w marynarce. Wprawdzie bardziej zamknięty, ale również on, wrażliwy na potrzebujących, chętnie angażuje się w działalność charytatywną parafii. Obaj podzielają ten sam ideał powszechnego braterstwa i wraz z wieloma innymi młodymi wkładają w jego realizację wszystkie swoje siły, całą młodzieńczą energię.

Z czasem stają się przyjaciółmi. Fundamentem tej przyjaźni jest wspólny wybór: postawić Boga w centrum swojego życia. Bogactwo ich dynamicznych, pięknych osobowości kryje w sobie tajemnicę: wybierać to, co nieudane, bez wartości, ale przypominające oblicze Jezusa na krzyżu, którego Młodzi dla Zjednoczonego Świata Ruchu Focolari – a więc tacy jak Carlo i Alberto – wybrali sobie jako swojego Przewodnika. W tej sposób ze swych ograniczeń i potknięć potrafią uczynić odskocznię, by „kochać bardziej”. Miłość do Boga sprawia, że są wolni. Carlo pisze do przyjaciółki:

„Cinzia uciekaj, uciekaj od świata, od tego wszystkiego, co mówi o śmierci... uwolnij się i biegnij na spotkanie tego Boga, który kiedyś także we mnie zmartwychwstał, sprawiając, że również ja mogłem przejść ze śmierci do życia. Potem wracaj tam, gdzie chcieli uczynić Cię „martwą” i krzycz, najgłośniej jak potrafisz, że On zwyciężył świat... cierpienie jest ogromnym skarbem. Wykorzystaj go, aby inni, którzy wewnątrz umarli, mieli światło”.
Boża relacja pomiędzy Carlo i Alberto nie dopuszczała tajemnic. Wszystko, czym żyją, widzą w świetle Ewangelii. Pisze Alberto:

„Cześć Carlo!Jestem w tym wspaniałym kościele San Siro. Słyszę, jak deszcz delikatnie uderza o drewniany dach. Przepiękna chwila. Właściwie nie chce się stąd odchodzić. Wstąpiłem tutaj, do Jezusa, żeby powierzyć Jego Sercu wszystkie te niezliczone rzeczy, których  ja nie potrafię robić, które może tylko psuję. Między innymi w tych dniach myślę o Tobie, o Twoich trudnościach w życiu czystością. Czuję prawie na własnym ciele, w moim sercu, cały ten trudny czas, przez który przechodzisz, przez który przechodzę. W tej pięknej ciszy Jezus powtarza mi, że nie możemy się zatrzymać: kochać, kochać wszystkich, rozerwać sobie serce, aby wydobyć z niego prawdziwą miłość, tę zrodzoną z cierpienia. Wiem, znam moje, Twoje słabości, może właśnie dziś nadchodzi pokusa ustąpienia, ale On prosi mnie, prosi Ciebie, żeby dalej kochać.

Parę dni temu jedna dziewczyna dała mi do zrozumienia, że jeśli bym chciał, to mógłbym ją wykorzystać. Nie! Wtedy właśnie rozumiesz swoją wolność, tę, której nikt nie zna. Carlo, pomagaj mi zawsze żyć moją wolnością. Żegnaj, jestem gotowy oddać za Ciebie życie”.

Gdy Carlo ma wyjechać do wojska, Alberto daje mu radę:

„Gdybyś miał upaść nisko, robić najdziwniejsze rzeczy – natychmiast „przewróć stronę”, nie myśl o tym, zacznij na nowo kochać od razu, w tej samej chwili... Możemy się spotykać codziennie w Eucharystii... Carlo, bardzo mi na Tobie zależy!”.

Sierpień 1980 roku Alberto spędza w Alpach. Jest wieczór. Na dobranoc razem z Tiziano, towarzyszem wędrówki, proszą Boga o dobrą pogodę na następny dzień. 18 sierpnia, 4:30 rano, wspaniałe podejście: przyroda, wiatr, chrzęst raków. Wyżej lód staje się słabszy, robi się niebezpiecznie. Pod nimi 1300 metrów lodowatej pochylni. Tiziano widzi, jak Alberto, idący za nim, traci równowagę... „Czekan!!! Wbij czekan!!!...”. Na próżno! 600 metrów przepaści!

Na pogrzebie Carlo jest nieobecny. Musiał pójść do szpitala. Badania ukazują powagę sytuacji: nowotwór... i to z tych najzłośliwszych. Rozpoczyna się boska przygoda czterdziestu dni jego choroby. Pewnego wieczora – opowiada jeden z przyjaciół z Ruchu – „byłem z nim sam na sam. W pewnej chwili Carlo powiedział mi: Jestem u kresu sił... Ofiaruję moje życie za wszystkich was, a przede wszystkim za ludzkość, która cierpi... Za chłopców z mojej dzielnicy..., za wszystkich, których poznałem. W owej chwili ogarnia nas pokój, jakiego nigdy wcześniej nie doświadczyłem".

Do Chiary Lubich Carlo z trudnością napisał flamastrem list: „Ciao Chiara, dziękuję! Także i ja, razem z Tobą, żyję, aby spotkać Jezusa”. W odpowiedzi otrzymuje telegram:

„Kochany Carlo, kiedy Go spotkasz, zanieś mu w darze miłość wszystkich Genów, wszystkich członków Dzieła Maryi, i powiedz Mu, aby sprawił, bym i ja dotarła tam, gdzie Ty jesteś. Pozdrów ode mnie też Jego i naszą Matkę, Maryję. Jestem zawsze z Tobą, aby Jezus mógł żyć pośród nas. Twoja Chiara”. 29 września 1980 roku także Carlo czyni swój skok – w ramiona Boga.

Kilka miesięcy wcześniej Chiara Lubicz powiedziała do młodych z Ruchu Focolari: „Życzę wam, byście stali się świętymi, wielkimi świętymi, szybko świętymi. Jestem pewna, że dają wam do rąk szczęście”.

Dwadzieścia pięć lat później Kościół postanowił zgłębić to „szczęście”, otwierając dla nich obu wspólny proce beatyfikacyjny. Dlatego też jest wspólne wezwanie modlitewne o cud, który jeśli się zdarzy, będzie uznany dla obu.

Co połączyło Carlo i Alberto tak ściśle, by można myśleć, że nawet świętość osiągnęli razem? Kardynał Genui, ks. bp Tarcisio Bertone, w jednej z katechez podczas Światowego Dnia Młodzieży w Kolonii powiedział:

„Dwaj genueńscy chłopcy (...) pielęgnowali piękną przyjaźń, otwartą, ukierunkowaną na wspólny cel: zanieść wszystkich dar ewangelicznego ideału, który ich zafascynował i pociągnął. Carlo Grisola i Alberto Michelotti przeżyli historię przyjaźni między nimi i z rówieśnikami w świetle świętości (...). To pragnienie połączyło tych dwóch młodych chłopców: postawić Boga w centrum swojego życia. Porozumienie i przyjaźń między Carlo i Alberto miały więc głębokie korzenie. Możliwość konfrontowania razem problemów i trudności dnia codziennego pomagała im przeżywać trudne momenty i pokonywać pokusę zatrzymania się i poddania. Wiele razy zaczynali od nowa, wiele razy doświadczali ponownego narodzenia, nowego życia w sobie i wokół siebie.

Ich nadzwyczajne, a zarazem zwyczajne życie przynagla teraz nas do podążania tą drogą.



W: Irena Socha, na podst. Archiwum CN, w: Nowe Miasto, maj – czerwiec 2012, nr 3 (110), rok XIX, Nie ma życia bez miłości, s. 10-11.