M. R. Lazzati, Rodzinne wspomnienie o Giuseppe Lazzatim

Wujek Bepi był dla nas (siostrzeńców, siostrzenic, bratanków i bratanic), licznych członków wielkiej rodziny, osobą ważną w życiu i dorastaniu. Z uwagą śledził drogę życiową każdego z nas i zawsze był gotów przyjąć i wysłuchać, podpowiedzieć bądź wskazać kierunek. Jego rola była specjalna, ponieważ nie był bezpośrednio uwikłany w konflikt pokoleniowy między rodzicami a dziećmi, ale był w rodzinie, w miejscu, w którym kwitną uczucia. Giuseppe Lazzati, choć nie był żonaty, był bardzo rodzinny. Związany silnymi więzami ze swoim rodzeństwem, z którym zawsze się spotykał z najwyższą przyjemnością. Swoje uczucia okazywał, jednak wstrzemięźliwie.
 
Cechą charakterystyczną rodziny Lazzatich była właśnie powściągliwość w okazywaniu uczuć. Bliskość i uczucie wyrażali za pomocą oszczędnych gestów, czułych uśmiechów, a przede wszystkim językiem używanym wkręgu rodzinnym, czyli dialektem mediolańskim. Dialekt kojarzył się z bezpośredniością i ciepłem rodzinnym i z dzieciństwem. Wujek Bepi kochał również dzieci swoich sióstr i braci. Myślał o nich zawsze, spotykał się z nim, jak tylko mógł i czuł się odpowiedzialny za ich wewnętrzny rozwój. Liczną i związaną ze sobą rodziną, po dość wczesnej utracie ojca, zajął się najstarszy brat rezygnując z osobistych ambicji. Z pewnością miało to wpływ na wyrobienie w każdym z członków rodziny Lazzatich poczucia przynależności do większej całości, które trwało wraz z upływem lat i zostało przekazane kolejnemu pokoleniu. I my, to kolejne pokolenie, od małego obracaliśmy się w dużym kręgu rodzinnym. Pamiętam kolacje w niedzielne wieczory przy ul. Meda 34, na początku lat sześćdziesiątych: dający poczucie bezpieczeństwa rytuał, zawsze oczekiwany z radością, ze specjalnym menu dla dużych i małych, z wyważonymi słowami i wzajemnym słuchaniem się, z wesołymi zabawami zawsze za krótkimi dla nas, dzieci. Do dzisiaj pamiętam pogodną atmosferę tamtych wieczorów odsuwającą w cień melancholię niedzielnego wieczoru, ale przede wszystkim pamiętam płynące od świata dorosłych poczucie bezpieczeństwa, gdzie babcia z nieżonatymi wujami to pewne przystanie i mądre prowadzenie, stały punkt odniesienia.
 
Niedzielne zabawy skończyły się wraz z dzieciństwem, ale więź z wujem Bepi wzrastała z biegiem lat. Często pojawiał się u nas na kolacji na ul. Vigna, dwa kroki od Uniwersytetu Katolickiego. Regularność jego odwiedzin wyrobiła w nas nawyk rozmowy, pozwalała na większą zażyłość, a zatem na powstanie głębszych więzi. Wuj Bepi był zawsze gorąco przyjmowany przez naszą liczną i hałaśliwą rodzinę. Mam go ciągle w oczach, kiedy przekracza próg mieszkania i zawsze tym samym gestem zdejmuje kapelusz oraz płaszcz. Był to powtarzający się rytuał, który wyznaczał koniec publicznych obowiązków i wejście w relaksujący świat życia rodzinnego. Te dwa światy były odrębne, ale doświadczenie nabyte w każdym z nich miało wpływ na jeden i drugi.
 
Gość uważny i zainteresowany tym, co się dzieje, wysłuchiwał wszystkich i z każdym zamienił kilka słów skierowanych tylko do niego, zawsze przemyślanych, płynących z głębi serca. Nie zależało mu na łatwym kontakcie czy wejściu w swego rodzaju cichą zmowę, aby zbliżyć się do nas, dzieci. Zachowywał dystans należny wiekowi, niezależność sądu, ale nie przeszkadzało mu to dobrze porozumiewać się z młodzieżą. Był ciekawy ich świata, ich myśli, ich sposobu postrzegania rzeczywistości. Miał dar słuchania naprawdę szczególny, gdyż sprawiał, że jego rozmówca czuł się swobodnie i mógł jasno i szczerze wyrażać swoje myśli. Nigdy nie narzucał drugiej osobie własnych rygorów moralnych, nigdy nie wydawał sądów z pozycji własnej wyższości czy pewności. Posiadł, natomiast sztukę prowadzenia rozmowy metodą Sokratesa i robił to w sposób naturalny nawiązując z nami - młodymi ludźmi – kontakt głęboki i owocny.


 
Równocześnie, kiedy uważał za stosowne, stawał się przewodnikiem wskazującym drogę, zawsze w sposób taktowny. Miał silnie zakorzenione poczucie wolności i szacunku dla wolności drugiej osoby, głęboka była świadomość prawdy o drogach ludzkiej egzystencji. Nie mógł być, zatem, moralnym oskarżycielem młodych zagubionych sumień, a tym bardziej nie umiał przemawiać z pozycji jedynego depozytariusza prawdy objawionej.
 
Jego autorytet wypływał z bezprzykładnej, cichej egzystencji znajdującej swoje odbicie w codziennych poszukiwaniach prawdy, zawsze obecnych w jego myśli jako człowieka, profesora akademickiego, wychowawcy. Głęboki znawca ludzkiej duszy, szukał najwłaściwszego sposobu na to, by spotkać się ze swoim rozmówcą w jego wewnętrznym świecie, a nie w swoim. Czynił to w sposób taktowny, ale zarazem jasno i wyraźnie. Za tę jego mądrą taktowność, tak trudną do podrobienia, będę mu zawsze wdzięczna.
 
Wuj Bepi trzymał mnie do chrztu i silnie odczuwał ciążącą na nim odpowiedzialność, do której się zobowiązał na chrzcie odnośnie mojej edukacji chrześcijańskiej. I rzeczywiście, ze szczególną uwagą uczestniczył w moim rozwoju. Śledził moje intelektualne pasje w czasach szkolnych i uniwersyteckich. Z zainteresowaniem śledził moją wewnętrzną drogę, zawsze dostarczając mi materiału do przemyśleń, które wychodziły poza teraźniejszość. Nie chciał wtrącać się w moje wybory – nie zawsze podzielane - choć jasno i wyraźnie wskazywał mi, co myśli na ten temat. I ja wiedziałam, że przed nim, wobec jego jasnego wzroku, nie mogłam się ukryć, a tym bardziej coś zataić.
 
Do dzisiaj przechowuję list, który do mnie napisał z Rzymu, datowany na 18 czerwca 1981 r. Można go uznać za syntezę więzi, które łączyły mnie i wujka Bepi. Tak się zaczyna:
 
„Kochana Rosario,
Może jest to dziwactwo, ale nigdzie nie jest zakazane bycie, od czasu do czasu, osobliwym. A zatem, siedzę sobie i czytam (powinienem powiedzieć kontroluję), gdyż, niespodziewanie mam wolną chwilę, artykuł do Vita e Pensiero pod tytułem „Nie zwodzić młodych ludzi” (napisał Claudio Scarpati) i, nie wiem dlaczego, przyszłaś mi na myśl. Przykro ci z tego powodu? Nie dlatego, że jest ktoś, kto cię oszukuje, ale dlatego, że - bardziej niż zwykle – opadła mnie uporczywa wątpliwość, że sama siebie oszukujesz. I byłoby mi przykro, także z tego powodu, że... jestem twoim ojcem chrzestnym!
 
Ten zwrot: „bardziej niż zwykle opadła mnie uporczywa wątpliwość” wskazuje na stałą troskę o młodą bratanicę poszukującą swojej drogi i sensu, który by można jej nadać. Jednocześnie w tym słowie: ‘wątpliwość’ mieści się codzienne ćwiczenie się w poszukiwaniu prawdy dla siebie i dla innych.
 
Dalej tak pisze:
 
„Do czego sprowadza się ta wątpliwość? Przed nikim się nie ukryje – ani ty nie myśl, że ukryjesz to przed sobą – że jesteś bogato obdarzona talentami: inteligencją, wrażliwością, energią życiową, kobiecością. Moja wątpliwość jest taka, że nie udało ci się jeszcze zrozumieć, jakie to ma dla ciebie znaczenie. Faktycznie, trudno jest to pojąć, jeśli wejdziesz w pewien projekt wymyślony przez ciebie, a nie w stworzony dla ciebie zamysł Boga, który od wieczności myśli o tobie i cię kocha i obdarował cię tymi talentami, aby ukazywały Jego rozum i Jego miłość. Rozum, który staje się miłością, miłość, która staje się rozumem: boska głębia tajemnicy Trójcy Świętej! Ułuda, na którą wszyscy jesteśmy narażeni polega na tym, że chcemy robić ‘po swojemu’, zamiast z wdzięcznością wypełniać Boży zamysł, jaki ma dla nas! Trudne? Ale może być także tak, że wsłuchując się w zachwycające znaczenie tegoż, dzień po dniu zajmiemy się realizowaniem tegoż zamysłu, zdobywając w nim naszą prawdę i wolność! Powiedziałem wszystko. Odważę się, jednak dodać coś o praktycznym zastosowaniu. Zdolności umysłowe, których nie mogłaś nie zauważyć, powinny cię skłonić ku pracy badawczej, naukowej, co później przekształci się w służbę nauczania tych, którzy poszukują prawdy. A takie dary posiadane przez ciebie, jak wrażliwość i kobiecość, jakże ich nie widzieć w ramach małżeństwa – Bożego zamysłu, w którym, w sposób szczególny, odbija się obraz i podobieństwo do Boga stwórcy? Nie chcę już nic dodawać, aby nie dotknąć czegoś, co jest twoim świętym prawem wyboru: choć wiesz, co myślę, ponieważ innym razem już ci to mówiłem i jestem pewien, że ten związek rozumu i miłości, o którym wspomniałem także tu może znaleźć swój wyraz. W tym momencie możesz się nawet głośno roześmiać, gdyż wujek Bepi jest naprawdę dziwny. Ale jest to osobliwość kogoś, kto cię kocha i pragnie twojego dobra.
 
Serdeczności,
wujek Bepi.
 
P.S. I nie musisz mi odpisywać, ponieważ mamy czuć się wolni tak teraz, jak i przedtem!

Jeszcze dzisiaj wzrusza mnie fakt, że wybrał formę listu, aby do mnie dotrzeć. Wybór niezwyczajny, jak sam stwierdza pod koniec. Wzrusza mnie, ponieważ jest to wyraz jego pełnego uczucia taktu i zarazem stawiania spraw jasno. List daje czas na ciszę i ponowną lekturę. List nie wymaga natychmiastowej odpowiedzi, pozwala na to, by emocje opadły i daje czas na zastanowienie się. List jest na zawsze.
 
My, siostrzeńcy i bratanice nie byliśmy jedynymi adresatami uczuć i nauczania naszego wuja Bepi. W rzeczywistości byliśmy częścią większej całości, czyli świata młodzieży, który Giuseppe Lazzati zawsze nosił w sercu. Mój wuj kochał młodych ludzi bezwarunkowo, do nich kierował swoje pełne pasji przemyślenia, gdyż był, przede wszystkim, wychowawcą i w młodych widział przyszłość, entuzjazm dla świata, ciekawość i pomysły. Profesor Lazzati dobrze wiedział, że od młodzieży należało zacząć, aby móc budować „miasto na miarę człowieka” – tak mu drogie. Zbieranie ich marzeń, wysłuchiwanie i obróbka ich pomysłów, aby mogły doczekać się realizacji w ramach świata wartości chrześcijańskich do przekazania i pielęgnowania oznaczało położenie fundamentów pod wymarzone „miasto na miarę człowieka”. Zasadniczym celem jego wychowawczej pasji było stymulowanie młodzieży i dorosłych, wychowawców i wychowywanych do rozwoju w ciągle odnawianej wzajemnej relacji. Faktycznie, jego model wychowania nie polegał na przekazywaniu wiedzy, faktów czy doświadczenia z góry ku dołowi. Uważał, że wychowanie to sfera wzajemnej wymiany, w ramach której autorytet wychowawcy wypływał z osobistego przykładu jego życia i z intelektualnej uczciwości. Wychowując, stawał się słuchanym i rozumianym rozmówcą uczestniczącym, w pierwszej osobie, w szerszym procesie rozwoju człowieka. Ten owocny dialog sprawiał, że każde spotkanie było cenne.
 
Pamiętam, że od czasu do czasu przychodziłam do wujka na kolację w towarzystwie moich przyjaciół chcących go poznać. Wujek Bepi zawsze miał czas i był szczerze zainteresowany młodymi ludźmi, których mu przedstawiałam. I zawsze okazywał tą specjalną uwagę, która sprawiała, że czuliśmy się szczególni i jedyni, bardziej świadomi naszego istnienia w świecie. Pamiętam jedno ze spotkań z pewnym bardzo bliskim przyjacielem, subtelnym literatem i świeżo upieczonym pisarzem. Przyszedł on na kolację do wuja trzymając po pachą pokaźnych rozmiarów maszynopis (nie było jeszcze wtedy komputerów) swoją pierwszą powieść, dla której chciał znaleźć wydawcę. Wieczór upłynął przyjemnie pod znakiem literatury. Mój wuj był autentycznie zainteresowany pisarzem i jego dziełem, postawił parę celnych pytań, ale głównie słuchał. Chciał przeczytać powieść i zrobił to jednym rzutem. Miał, jednak świadomość, że nie jest znawcą materii i jego sąd nie byłby kompetentny, zwrócił się, więc do zaprzyjaźnionego pisarza, aby ten wydał kompetentną opinię. Zrobiła na mnie wrażenie jego pokora oraz wdzięczność, którą okazał kandydatowi na pisarza za to, że dał mu możliwość zapoznania się ze współczesną prozą. Wuj Bepi był obdarzony szczególną wrażliwością nie tylko w stosunku do ludzi, ale również wrażliwością na świat czy lepiej na dzieło stworzenia.
 
Wzruszał się na widok piękna i – tym razem – nie krył emocji. Piękna panorama alpejska, bukiet kwiatów czy piękna muzyka mogły przyciągnąć jego wzrok czy uwagę. Wtedy, nagle przerywał rozmowę czy ciszę swoich myśli po to, by móc kontemplować. Pamiętam, że podczas letniej przechadzki w malowniczej dolinie w górach szwajcarskich, zatrzymał się, by nasycić wzrok pięknem gór wznoszących się ku niebu. Doskonałość tej chwili kierowała jego myśli ku Bogu Stwórcy ze wzruszeniem, którego nie da się opisać słowami. Ten sam stan ducha rozpoznałam w jego spojrzeniu, kiedy pewnego dnia zachwycił się muzyką pobrzmiewającą w tle naszej rozmowy. Chciał jej posłuchać w ciszy, a jego bardziej niż zwykle jasne i czyste oczy napełniły się łzami. Powiedział, że była to przepiękna muzyka i nic więcej. I jeszcze dziś, dla mnie, „Canon” Johann’a Pachelbel jest nierozłącznie z nim związany.

W: Spotkania nr 385, wrzesień 2013.