Gianni Cielo: GIUSEPPE LAZZATI, CZŁOWIEK KONTEMPLACJI W ŚWIECIE


Biskup Gianni Cielo poznał Giuseppe Lazzatiego w okresie uwięzienia i był współtowarzyszem życia w obozie oraz jego powiernikiem. W obozie jenieckim pod kierownictwem Lazzatiego dojrzewało jego kapłańskie powołanie, podczas gdy inni, jak Martini czy Valchera podążą tą samą drogą, co Lazzati. Ksiądz Cielo, z czasem, stanie się rektorem seminarium w Vicenzy oraz zastępcą biskupa do spraw życia konsekrowanego w tej samej diecezji. Poniżej przytaczamy opowiadanie księdza Gianni Cielo, zredagowane przez Momi.

  

GIUSEPPE LAZZATI, CZŁOWIEK KONTEMPLACJI W ŚWIECIE

                                                                                                       Gianni Cielo

8 września 1943 r., my, młodzi porucznicy z 5 Pułku Alpejskiego, znajdowaliśmy się w koszarach w Merano, kiedy otrzymaliśmy wiadomość, że Italia – biorąc udział w wojnie prowadzącej donikąd – poprosiła Amerykanów i ich aliantów o zawieszenie broni, zrywając jednocześnie z poprzednim swoim aliantem, czyli Niemcami. Król i generał Badoglio, zamiast organizować siły zbrojne do walki z Niemcami, udali się do Brindisi, gdzie byli już Amerykanie, pozostawiając wojsko włoskie samemu sobie lub zdając je na łaskę Niemców. Wielu włoskich żołnierzy opuściło koszary i powróciło do swoich domów, ryzykując życiem. Tymczasem ci, którzy pozostali w koszarach zostali pojmani i internowani przez Niemców, a następnie rozesłani do różnych obozów. W okupowanej Polsce, w Dęblinie –Irena, gdzie zostałem umieszczony w obozie jenieckim, poznałem profesora Lazzatiego. Od tego czasu byliśmy razem przesuwani z miejsca na miejsce, od Oberlangen, po Sandbostel i Wietzendorf. W ostatnim etapie naszego uwięzienia, Niemcy posłali nas do pracy na wsi, choć byliśmy oficerami i nie powinni byli tego robić. Wyobraźcie sobie Lazzatiego rozrzucającego gnój w stajni i na polach.... Robił to, jednak chętnie, także dlatego, że chłopi byli do nas życzliwie nastawieni, a posiłki pozwalały zaspokoić głód. Czy nie było to też wolą Bożą? A zatem dobrze wykonywało się swoją pracę.

Jeszcze, kiedy byliśmy w obozie pod Dęblinem, Lazzati utworzył „Grupę Ewangeliczną”. Byli w niej nasi przyjaciele z Akcji Katolickiej i dołączyli się inni, którzy – choć nie byli z naszego środowiska – to szukali.... i odczuwali potrzebę przebywania z nami.

Lazzati był naszym przewodnikiem. Pamiętam przygotowywane przez niego rozważania, dość częste, zwłaszcza w okresie Wielkiego Postu jako przygotowanie do Wielkanocy roku 1944. Zawsze odwoływał się do prawd wiary i uzasadniał je Słowem Bożym. Lazzati cieszył się wielkim poważaniem tak z powodu swego wykształcenia, jak i postawy prezentowanej w obozie. W warunkach obozowych uwłaczających ludzkiej godności, częściej ujawniały się najsłabsze strony ludzkiej natury. Lazzati zachował swą godność, nie poddał się ani na moment. To on pomógł mi zachować nieugiętą postawę, kiedy SS usiłowało naciskać na nas, byśmy przyłączyli się do Republiki Salo’ [marionetkowe państewko zależne od Niemców, stworzone przez Mussoliniego po 8 IX 1943 r.), kusząc nas mirażem powrotu do kraju. Lazzati zawsze był temu zdecydowanie przeciwny. Chyba także i jemu, za pośrednictwem arcybiskupa Mediolanu, przedstawiono ofertę powrotu do kraju, nawet bez deklaracji przyłączenia się do Republiki Salo’, ale on odmówił. Wybrał trwanie w obozie wraz ze swymi towarzyszami broni.

Nigdy nie dostrzegłem u niego śladu pesymizmu czy załamania. Był człowiekiem prawym, umiał jednak krytycznie oceniać fakty i osoby. Dało się zauważyć, iż był silnie związany z Panem, wyczuwałem to, gdyż każdego dnia znajdował czas na indywidualną modlitwę i był to czas ‘nietykalny’.

Kiedyś pozwoliłem sobie przeszkodzić mu i zorientowałem się z jego gestu, że przerwałem intymną rozmowę z jego Bogiem. Poza tym, kiedy mówił o sprawach wiary, cały się rozpromieniał i wiadomo było, że to, co mówi jest przez niego głęboko przeżywane i jest owocem osobistego doświadczenia. Tym razem, miał też ramiona skrzyżowane na piersi, ponieważ strzegł Eucharystii, którą kapelan mu powierzył, by posłużyła do Mszy Świętej odprawionej następnego dnia. Poprzednie hostie już się wyczerpały i nie było chleba do konsekracji. Lazzati trwał w adoracji swego Pana przez cały dzień, choć będzie w niej trwał przez resztę życia.

(...)

[Lazzati] pisał listy do mamy i rodziny (można było wysłać 3-4 listy miesięcznie) oraz sporadycznie do swego biskupa (kardynał Schuster) i różnych przyjaciół (przytoczone w książce Dorini). Mama odpowiadała tak, jak przystało na mamę, posyłając paczki z najróżniejszą żywnością, zwykle przekraczające dozwoloną wagę. Paczki sprawiały mu ogromną radość także dlatego, że dzielił się ich zawartością z towarzyszami niedoli, starając się złagodzić uczucie głodu, które im doskwierało. Był zawsze pogodny i uprzejmy w stosunku do innych.

Przytoczę, poniżej, jeden z listów napisany do mamy z datą 27 sierpnia 1944 r.

                   Najdroższa Mamo, kolejny tydzień minął bez listu, ostatnie wieści od

was mam z 6 lipca ’44. Dlaczego? Wie tylko Bóg i oby sprawił, że ta ofiara przemieni się w dobro dla tych, którzy się kochają. Przykro byłoby mi, gdybyście musieli cierpieć z tego powodu. Mam nadzieję, że tak nie jest i że wszyscy jesteście w dobrym zdrowiu. Ja, czuję się dobrze. Cierpliwie i bez złudzeń czekam. Pociechą jest dla mnie to że teraz w obozie będzie kaplica. Jutro wspomnę Tata [siostra?], której przesyłam życzenia. Wszystkich czule pozdrawiam.

Całuję. Bepi”.

To, co zwykle wzbudza zdziwienia, to 14 długich listów napisanych z dwuletniego uwięzienia do swojego wice Luigi Dossi. Była to kontynuacja zwyczaju jeszcze z czasów przed uwięzieniem. Listy służyły formacji wszystkich członków Instytutu. Listy te są zebrane w dwu tomach z lat 1940-1943 oraz 1943-1945 „Milites Christi” i można je znaleźć w bibliotece w Eremie San Salvatore.