FRANCOIS MORLOT: CHRZEŚCIJANIE JAK INNI

(fragmenty)

I.

Oryginalność Instytutów świeckich polega na połączeniu prawdziwego zakorzenienia w świecie z pragnieniem życia możliwie najpełniej ewangelicznego. „Oddanie siebie Bogu mam przeżywać jako osoba świecka" — mówi jedno ze świadectw.

Instytuty przez swoje istnienie stwierdzają, że Ewangelia może być przeżywana na każdym miejscu, gdzie żyje człowiek. Często uważano, że konieczne do tego są pewne bariery, klauzura, zewnętrzne zabezpieczenia. Instytuty świeckie dowodzą, że dla dochowania wierności ucznia, wystarczy moc wewnętrzna, dana przez Jezusa i Jego Ducha, który w nas żyje.

Niewątpliwie pragnienie aktywnej obecności w świecie, takiej obecności, jakiej chciał Sobór, nie jest wolne od niebezpieczeństw. Potwierdza to zbyt wiele przykładów. Już dawno św. Paweł przestrzegał przed „braniem wzoru z tego świata". Często widzieliśmy, że Kościół stawał się światowy: był niegdyś Kościół dworu, dzisiaj bywa Kościół poddany sekularyzacji. Ale to ryzyko nie powinno mieć wpływu na osłabienie zaangażowania w rzeczywistości doczesne, wręcz przeciwnie. Trzeba tylko, by towarzyszył mu równoległy wysiłek w kierunku życia bardziej ewangelicznego.

Gdyby zresztą akcentowało się jednostronnie tylko to ostatnie, łatwo można by wpaść w przeciwne niebezpieczeństwo, to znaczy przyjąć postawę ucieczki od świata, uznając go za zepsuty i prowadzący do zepsucia. Zawsze grozi Kościołowi niebezpieczeństwo tworzenia sfery strzeżonej i ochronnej, która miałaby ze światem jedynie kontakty „aseptyczne".

Oczywiście konieczne jest istnienie wspólnot chrześcijańskich zgromadzonych w imię Ewangelii. Wspólnoty zakonne przypominają nieustannie Kościołowi, czym może i powinno być ewangeliczne braterstwo. Pozostają one jednak czymś wyjątkowym, światłem na górze. I niebezpieczne byłoby przekonanie, że tylko tam możliwe jest życie w pełni chrześcijańskie.

Trzeba także, aby niektórzy ludzie, mężczyźni i kobiety, pokazali, że ten kto jest w pełni zakorzeniony w świecie, może odpowiedzieć na wezwanie Jezusa i Jego wymagania nawet najdalej idące. Że można być w pełni w świecie, podejmując, jeśli trzeba, najbardziej odważne zaangażowania, a równocześnie być w pełni w Kościele przez życie zdecydowanie ewangeliczne (s. 18-19).

II.

„Pragnęłam dzielić z innymi — pisze Anna-Maria — zależności wynikające z pracy, ryzyko ubóstwa, samotnej starości, która jest losem wielu ludzi. Nie odchodzić od cierpień świata, ale dodać do nich inne wymagania".

Zakonnik zachowuje oczywiście pewne więzy ze światem, ze swoją rodziną i przyjaciółmi. Niejednokrotnie wykonuje on zawód podobny do tego, czym zajmuje się wielu świeckich. A jednak zmienił on cały układ odniesienia. Zmienił po prostu adres. Nie mieszka u siebie, na jego bilecie wizytowym figuruje adres wspólnoty, do której należy. Wiele ludzkich więzów musiało ulec rozluźnieniu. Zakonnik nie jest panem swojego rozkładu zajęć ani swoich pieniędzy. Pełni swoją misję tam, gdzie został posłany.

Pozwala to zrozumieć poprzez kontrast, czym żyje członek Instytutu świeckiego. On nie musiał zrywać żadnych więzów, nie musiał odcinać żadnego korzenia. Przeciwnie — chce, żeby teraz te więzy i te korzenie były miejscem jego powołania i szukania Boga. Wymowny szczegół: Konstytucja Proyida Mater wymagała, żeby Instytuty świeckie miały wspólne domy, gdzie mieszkaliby odpowiedzialni, gdzie odbywałaby się formacja członków, gdzie by urządzano rekolekcje, przyjmowano osoby starsze i chore. Duża liczba Instytutów nigdy nie zastosowała się do tego przepisu; niektóre grupy otrzymały od niego dyspensę. Odpowiedzialni uważają na ogół, że jako świeccy powinni nadal mieszkać w swoim prywatnym mieszkaniu. Członkowie podczas formacji nie przerywają zazwyczaj swojej pracy zawodowej. Rekolekcje i dni skupienia odbywają się w specjalnych domach, przeznaczonych na te cele. Członkowie chorzy czy starsi uważają, że świeckie powołanie wymaga od nich w razie potrzeby dzielenia losu innych ludzi w szpitalach czy domach starców.

„Instytut mój pomagał mi wchodzić coraz głębiej w życie świeckie, pobudzał do starania, żeby być coraz bardziej obecną w rodzinie, zawodzie, środowisku, dzielić radości, troski, kłopoty i walki wszystkich, umieć słuchać tych, którzy potrzebują się zwierzyć, podtrzymywać ich na duchu, przychodzić z pomocą..." (s. 27-28).

III.

„Nie kryłam swojej wiary — mówi Anna — ale się z nią nie afiszowałam. Ona jednak inspirowała każdy mój wybór". Dyskrecja, jaką otaczają się członkowie Instytutów świeckich, sprawia, że apostolstwo ich podlega często na milczącym świadectwie. Czasem tylko takie jest możliwe i często bywa najskuteczniejsze.

„Troska o to, żeby być świadkiem, stale mi towarzyszy — pisze Janina. — Nawet jeśli nie ma widocznych rezultatów zewnętrznych, wierzę i jestem przekonana o jej skuteczności duchowej, pomimo że czasem odzywa się zniechęcenie wobec pozornej banalności życia. Wierzę w stałe działanie Ducha Świętego we mnie i innych. Kiedy człowiek nieustannie pragnie oddawać się całkowicie Bogu, to On nie może nie posługiwać się swoim narzędziem, aby objawić na swój sposób i w swoim czasie ojcowską miłość".

Świadectwo dawane przez członka Instytutu świeckiego zakorzenia się w codziennym życiu rodzinnym czy zawodowym. Słowa, które przyjdą, które pewnego dnia będą musiały przyjść, wtedy tylko zostaną przyjęte, kiedy znany będzie autentyzm życia świadka. Wędrowny kaznodzieja może pociągać swoją wymową. Ale w życiu codziennym słowa mają o tyle znaczenie, o ile są zakorzenione w życiu. Otoczenie będzie nieraz długo czekać, zanim zacznie słuchać czy pytać. Chce znać jakość metalu, zanim odezwie się głos jego orędzia. Będzie słuchało słów, które odkryją tajemnicę, wiedząc, że świadek zna i podziela ich warunki życia i trudności stwierdzając, że słowo jest po prostu wyrazem codziennego czynu.

Jeżeli członek Instytutu świeckiego poważnie traktuje swoje powołanie, będzie realizował wówczas to, czego Paweł VI żądał od całego Kościoła: „Kościół jako głosiciel Ewangelii zaczyna swe dzieło od ewangelizowania samego siebie". Pragnie on głosić Ewangelię, akceptując jej wymagania we własnym życiu. Wyznanie wiary, w którym wypowiada on decyzję uczynienia ze Słowa Bożego reguły swego codziennego życia, powinno być gwarancją powagi jego świadectwa.

Może świadectwo to pozostanie przez długi czas milczące. Warto mówić jedynie do uszu, które zdolne są słyszeć. Ale członek Instytutu świeckiego powinien umieć głosić orędzie, kiedy tylko będzie to możliwe. Najczęściej nieoczekiwane wydarzenia dostarczają mu okazji, by „zdał sprawę z nadziei", jaką w sobie niesie, by ujawnił, jakie znaczenie nadaje wiara temu wszystkiemu, co przeżywa razem z innymi, by z taką prostotą jak pierwsi uczniowie umiał głosić, że „bliskie jest Królestwo Boże"... (s. 48-49).


IV.

Zasadniczy motyw, który pozwala nam odkryć konieczność dzielenia się z innymi, to przekonanie, że nie jesteśmy właścicielami swoich dóbr. Powierzył je nam Pan dla dobra wszystkich. „Dla mnie ubóstwo — mówi Katarzyna — to przeświadczenie, że dysponuję wieloma dobrami, które do mnie nic należą (pieniądze, zdrowie, czas, zdolności, znajomości etc.), a które Bóg mi chwilowo powierza, aby służyły innym. Mam się więc nimi posługiwać jak włodarz i nigdy nie zapominać o potrzebie dzielenia się z innymi"...

Mamy tu więc jakąś formę głębokiego wewnętrznego wywłaszczenia. Oczywiście zazwyczaj nie zachodzi żadna zmiana w zewnętrznym sposobie życia: nie zmienia się sytuacja społeczna członka Instytutu, inżynier nie staje się robotnikiem... Wobec prawa każdy zachowuje swoją własność, może nią rozporządzać, może coś odziedziczyć. A jednak wobec Boga nikt nie czuje się panem tego, co posiada. Uważa, że wszystko należy do Niego i nieustannie odnawia w sobie to przekonanie, gdyż instynkt posiadania jest w człowieku ogromnie silny. Każdy ma świadomość, że Bóg powierzył mu tylko zarządzanie dobrami i że jego obowiązkiem jest je pomnażać — nie dla siebie, ale dla Boga, to znaczy dla innych.

Uważa, że może nimi dysponować jedynie według myśli Bożej. Nie zawsze jest oczywiste to, czego Bóg żąda w tej dziedzinie. Aby to rozpoznać, konieczna jest refleksja modlitewna, prawość spojrzenia, które nie da się zamącić pragnieniem bogactw, rada innych , która pozwoli odkrywać stopniowo wymagania łaski. Trzeba „podporządkowywać celom Chrystusa dobra, których człowiek nie chce sobie przywłaszczać" — powiedział jeden z założycieli (s. 81-82).

Celibat jest przede wszystkim samotnością. Jest wyrzeczeniem się ciepła ogniska domowego, szczególnego dialogu ze współmałżonkiem, ojcostwa czy macierzyństwa. Członkowie Instytutów świeckich żyją przeważnie sami, przynajmniej na Zachodzie. Często stanowi to cierpienie i próbę, wymaga mocnej i zrównoważonej osobowości.

Ale samotność szybko się zaludnia. Nawet jeśli nie najważniejszą racją celibatu jest dyspozycyjność, to jednak daje on wolność, która pozwala więcej czasu poświęcić innym i z większą odwagą podejmować w razie potrzeby ryzyko, ponieważ człowiek nie boi się przykrych konsekwencji dla swej rodziny. Kontakty mogą się mnożyć, a ich rozmaitość jest często zabezpieczeniem przed wyłącznością, która mogłaby stać się skoncentrowaniem na sobie. „Celibat jest nie tylko oddaniem się Bogu — pisze Katarzyna. — Jest on równocześniem otwarciem na innych. Pomaga mi on być bardziej uważną na ich potrzeby i pragnienia, bardziej otwartą na przyjmowanie tego wszystkiego, co oni mogą mi dać. Pozwala mi być pośród nich tą, która wciąż stara się oddawać Bogu całą ludzkość, wypraszając dla świata miłosierdzie i pokój, a równocześnie chce wszystkim służyć".

W ten sposób samotność w celibacie, przeżywana z miłością, zamienia się na solidarność. Zacieśniają się kontakty w środowisku, w którym się żyje; człowiek staje się solidarny także z najbardziej słabymi i potrzebującymi, mogąc im ofiarować swoją bezinteresowną przyjaźń, która nie czeka na wzajemność (s. 120-121).

Tłum. L.R.