ŚWIADECTWO: POSZUKUJĄ SWOJEGO POWOŁANIA...

Powszechne powołanie do świętości realizuje się na różnych drogach życia. Najbardziej powszechne jest powołanie do życia w rodzinie, do małżeństwa. Dość częsio pojawia się powołanie do kapłaństwa, a także znane są formy życia konsekrowanego w zakonach, zarówno kontemplacyjnych jak i czynnych. Istnieje jednak jeszcze inna — świecka forma konsekracji, taka jaką można przeżywać w Instytutach świeckich. Jest ona mało znana i niełatwo znaleźć informacje na ten temat, niełatwo znaleźć pomoc w odczytaniu Bożego wezwania. A przecież Bóg powołuje na tę drogę...

Spotykamy czasem ludzi, którzy chcieliby oddać się całkowicie Bogu, a nie widzą siebie w ramach wspólnot zakonnych — czy to ze względu na własny temperament, czy warunki życiowe, kiedy na przykład trzeba opiekować się starszymi rodzicami, czy wreszcie ze względu na własne zdrowie... Poszukują oni w różny sposób zaspokojenia swoich duchowych potrzeb. Na jakiś okres czasu wystarcza im nieraz przynależność do któregoś z ruchów w Kościele, do neokatechumenatu — odnowy w Duchu Świętym, grup apostolskich, czy innych jeszcze ugrupowań. Jeśli jednak Bóg wzywa do czegoś więcej, prawdziwym oparciem może okazać się wspólnota życia ewangelicznego, oparta na realizacji rad ewangelicznych, czystości, ubóstwa i posłuszeństwa.

Czasem ktoś precyzuje wyraźnie, że jego miejsce jest w świecie, że nie może zostawić ludzi, z którymi pracuje, bo przeżyliby oni takie opuszczenie jako dezercję i zdradę. Równocześnie jednak odczuwa sam jakiś niedosyt, potrzebuje oparcia, by lepiej służyć Bogu i ludziom. Oto kilka świadectw.

Dagmara będąc w podobnej sytuacji dochodzi do wniosku, że musi zwrócić się do kogoś kompetentnego. Podczas wizytacji duszpasterskiej w swojej parafii udaje się do wizytującego wówczas Kardynała Karola Wojtyły. Mówi mu: „Chcę służyć w świecie Bogu i ludziom. Potrzebuję ukierunkowania i oparcia, szukam grupy, która byłaby ściśle związana z Hierarchią Kościoła...". Ksiądz Kardynał chce jej podać adres, gdzie może się zgłosić; prosi o kartkę papieru. Nie mając nic lepszego pod ręką, wyciąga jakiś odcinek przekazu pocztowego, na którym pisze kredką do brwi adres Instytutu. I tak Dagmara trafia na swoją drogę...

Ale są również tacy, którzy nie umieją po imieniu nazwać tego, czego szukają. Potrzeba im oparcia, dążą podświadomie do prawdziwej przyjaźni, która zbliżyłaby ich do Boga i łudzi, pragną pogłębienia życia wewnętrznego, a to co spotykają, nie zaspokaja ich potrzeb. Jolanta mówi: „Chce pozostać w świecie, nie różnić się od ludzi, ukryć się pośród nich, aby im cicho pomagać i przedstawiać Bogu ich problemy. Przyłączyłabym się chętnie do ludzi podobnie myślących...".

Kazia odczytała swoją pracę dydaktyczno-naukową jako życiowe powołanie i szukała ludzi, którzy by jej pomogli do jego realizacji. Chciała w ten sposób służyć ludziom i szukać prawdy, pobudzać innych do myślenia i szukania Boga. Mówiła: „Szukam ludzi, którzy pomogliby mi zjednoczyć się z Bogiem w pracy, uświęcać moją pracę i służyć ludziom moimi kompetencjami. Pragnę widzieć swój zawód w szerokiej perspektywie. Pragnę przez wierność prawdzie cząstkowej dotykać Prawdy-Miłości".

„Nie wiem jak to określić, ale chyba nie rodzina jest moim powołaniem. Gdybym założyła rodzinę, nie miałabym czasu dla tylu ludzi. Chyba Bóg nie chce dla mnie skrępowania więzami rodzinnymi. Zawsze mam wyrzuty sumienia, gdy zainteresuję się jakimś jednym człowiekiem. To nie prowadzi do małżeństwa. A ludzi potrzebujących widzę coraz więcej..."

„Nie myślę o opuszczeniu świata. Chętnie przyjmę pomoc w ukierunkowaniu mego życia, ale od osób, za którymi stoi autorytet Kościoła". (Toteż ucieszyła się wiadomością o świeckiej wspólnocie życia konsekrowanego, zatwierdzonej przez Kościół.)

Joasia mówi: „Ogromnie się łamałam, co robić. Spotkałam wspólnotę zakonną sióstr bezhabitowych i zaczęłam do niej lgnąć. Wszyscy byli bardzo mili, miałam wrażenie, że kochają się wzajemnie. Pomogli mi w dążeniu do Boga, mówili o służbie innym. Kiedy jednak spędzałam z nimi dwa tygodnie, okazało się, że nie można nikogo zaprosić, bo siostry się kryją. Powiedziano mi, że przełożona ma prawo zadecydować o zmianie mojej pracy, a ja ciągle czułam się posłana do mojego środowiska zawodowego... Dopiero kiedy spotkałam świecką wspólnotę, trudności się rozwiały i odetchnęłam z ulgą".

Krystyna zetknęła się ze wspólnotą Instytutu, kiedy miała już 65 lat. Jako młoda dziewczyna szukała świeckiej formy oddania się Bogu. Obeszła 17 zakonów, ale nikt nie potrafił jej wskazać świeckiej wspólnoty. W końcu złożyła ślub, że będzie zawsze gotowa do pomocy swojej rodzinie. Miała własne mieszkanie, własne życie. Ale wszyscy z rodziny wiedzieli, że jeśli zdarzy się jakaś „awaria", można będzie liczyć na ciocię Krystynę. Do końca życia pozostała w bliskim kontakcie ze spotkanym Instytutem; często powtarzała z żalem: „Gdybym wcześniej o was wiedziała!".

Irena szukała starszej i mądrzejsze od siebie koleżanki-przyjaciółki takiej, która by znała życie, a równocześnie dążyła do coraz bliższej łączności z Bogiem. Liczyła na to, że taka koleżanka pomoże jej dobrze przejść przez życie. Nie wystarczał jej spowiednik, potrzebowała pomocy w konkretnych sytuacjach. Znalazła wreszcie — nie wiedząc, że spotkała członkinię Instytutu świeckiego. Więź przyjaźni stawała się stopniowo coraz głębsza. W pewnym momencie koleżanka powiedziała o swej przynależności do wspólnoty, a Irena zrozumiała, że przez pragnienie przyjaźni Bóg doprowadził ją do oddania się Jemu na świeckiej drodze.

Helena jest inwalidką, pomimo to jednak prowadzi samodzielne życie, pracuje chałupniczo. Bardzo pragnie oddać swoje życie Bogu. Mówi nieraz: „Gdybym była zdrowa, poszłabym do zakonu". Przypadkiem dowiaduje się o istnieniu Instytutów świeckich. To jest właśnie to, o czym marzyła, a czego nie umiała nazwać. Wiadomość tak ją poruszyła, że całą noc nie spała. „Czy to możliwe — myślała —żyć w świecie, być inwalidą, a równocześnie składać śluby, oddać się bez reszty Bogu!" Taką możliwość dawał jej Instytut.

W różny sposób dociera do człowieka wezwanie Boga, który powołuje i w różny sposób cdowiek uświadamia sobie to Jego wezwanie, różnie je odczytuje. Czasami jest ono wyraźne i jasne; niekiedy głos Boży jest delikatny i ledwie słyszalny. Czasami człowiek odpowiada Bogu spontanicznie i z wielką radością, ale bywa i tak, że odczytywaniu powołania towarzyszy ciemność, szarpanina, rozterka, lęk przed ryzykiem... Nieraz przed podjęciem decyzji ktoś przeżywa długi okres wahania i niepewności; inny podejmuje ją łatwo i szybko. Najczęściej powołanie dojrzewa razem z dojrzewaniem człowieka do coraz większej bliskości z Bogiem, razem ze wzrastaniem ku Chrystusowi, zakorzenieniem w Eucharystii i modlitwie.

Czasem Bóg przygotowuje człowieka, dając mu coraz lepsze widzenie ludzkich potrzeb i problemów środowiska. Coraz większe zaangażowanie w ludzkie sprawy łączy się z przeświadczeniem, że założenie własnej rodziny ograniczałoby swobodę działania, utrudniło oddanie się większej liczbie ludzi, zmniejszyło dyspozycyjność.

Trudność w rozpoznaniu powołania może wynikać z braku informacji o możliwości poświecenia się Bogu w życiu świeckim, o istnieniu Instytutów świeckich. Powołanie do świeckiego życia konsekrowanego różni się od powołania zakonnego. Ważne jest odczytanie, na jaką drogę Bóg mnie wzywa. On sam powołuje — ja mam tylko dosłyszeć Jego głos i wypowiedzieć słowo „tak", aby jak najpełniej realizować miłość ku Bogu i ludziom.

A. F.

W: Dla Boga i świata, świeccy konsekrowani, Kielce 1993.