ŚWIADECTWO: JAK INSTYTUT ŚWIECKI POMAGAŁ MI SŁUŻYĆ BOGU I LUDZIOM

Kiedy kończyłam studia, nie umiałam jeszcze odczytać swojego powołania życiowego, Szukając coraz głębszej więzi z Chrystusem korzystałam z pomocy, jaką dawało wówczas duszpasterstwo akademickie. Równocześnie Chrystus ukazywał mi coraz bardziej człowieka, jego wielkość i jego słabość; ukazywał mi różnego typu ludzkie potrzeby, które były dla mnie wezwaniem do służby. Odczuwałam wyraźnie zapotrzebowanie na pomoc ze strony Kościoła właśnie w tych dwóch dziedzinach: pogłębiania więzi z Bogiem i służenia człowiekowi.

Nie wykluczałam jeszcze wówczas całkowicie małżeństwa jako powołania życiowego, ale odsuwałam je na dalszy plan. Czasami myślałam o zakonie, który jawił mi się jako jedyna droga całkowitego oddania się Bogu, ale taka forma jakoś mnie nic pociągała. Ponadto sytuacja rodzinna i słabe zdrowie nie pozwalały na wybór takiej drogi.

Zawód, do którego się przygotowywałam i który zaczęłam wykonywać, traktowałam coraz wyraźniej jako swoje życiowe powołanie. Angażował on mnie coraz bardziej — może właśnie dlatego, że była to praca dydaktyczno-wychowawcza.

W jakimś momencie zetnęłam się z zakonem bezhabitowym, ale zobaczyłam bardzo wyraźnie, że nie byłby on pomocą w mojej pracy zawodowej. Stanowiłby raczej źródło konfliktów, bo przecież było to jednak życie zakonne. Toteż czekałam nadal, nie bardzo wiedząc na co...


Nie miałam wówczas pojęcia o istnieniu Instytutów świeckich, chociaż nieraz myślałam, że życie w świecie daje więcej możliwości praktykowania ubóstwa i posłuszeństwa niż życie zakonne.

Pewnego dnia, podczas jakiegoś spotkania studenckiego, wysłuchałam prelekcji pewnej starszej pani (w tym czasie każda osoba po czterdziestce była dla mnie „starsza"), która mówiła o trzech możliwych drogach życia: małżeństwie, zakonie i Instytucie świeckim. Pamiętam doskonale, że prelegentka była osobą świecką, bez naleciałości zakonnych w sposobie bycia i mówienia, elegancko, skromnie i gustownie ubrana i uczesana. O sprawach dotyczących bliskiej, intymnej więzi z Bogiem mówiła zwyczajnym, normalnym językiem. Ukazywała możliwość całkowitego oddania się Bogu przez śluby w zwykłym życiu świeckim. Mówiła, jak wielkie jest zapotrzebowanie na takich ludzi szczególnie w środowiskach, w których o Kościele mówi się bardzo krytycznie i nikt nie poszedłby ze swoimi problemami do księdza ani zakonnicy. Powołanie Instytutów świeckich w jej ujęciu miałoby zapełnić jakąś lukę w Kościele i świecie a osoby, które je realizują, bez żadnych zewnętrznych oznak idą do świata w imieniu Kościoła i włączają się w Jego misję. Zaskoczyło mnie, że pozostanie w świecie może być świadomym wyborem, odpowiedzią Bogu na Jego powołanie do realizacji ślubów w świeckiej wspólnocie, a nie smutną koniecznością, kiedy nie udało się nic innego.

Wysłuchana prelekcja była dla mnie szokiem, zafascynowała mnie i porwała. Nie mogłam po niej spać w nocy. Myślałam, że wszyscy uczestnicy spotkania tak ją przeżyli. Okazało się jednak, że nie miałam z kim rozmawiać o swoich odczuciach, chociaż wiele osób uznało, że prelekcja była interesująca.

Może to dziwne, ale wówczas nie wzięłam jeszcze do siebie tego, co usłyszałam. Zobaczyłam przede wszystkim wielkie zapotrzebowanie w świecie na ludzi całkowicie oddanych Bogu i pracujących razem z innymi, bez żadnej etykiety, uobecniających wszędzie Kościół. Wydawali mi się oni nadzwyczajni, specjalnie przez Boga wybrani. Nie przyszło mi na myśl, że mogłabym do nich należeć, że Bóg tego właśnie chce ode mnie.

Upłynęło jeszcze kilka lat, powołanie krystalizowało się powoli, ale ostatecznie dzięki zasłyszanej informagi, znalazłam się we wspólnocie instytutowej, chociaż wcale nie w tej, którą reprezentowała prelegentka.

Z perspektywy lat, kiedy już wycofuję się z czynnego życia zawodowego, stawiam sobie pytanie, jak wyglądałoby moje życie, gdyby nie przynależność do Instytutu. Jak Instytut pomagał mi w dążeniu do Boga i w pracy z ludźmi? Jak mi pomagał spełnić moje życiowe powołanie?

Prawdopodobnie nie założyłabym ostatecznie rodziny i rzuciła się w wir pracy zawodowej, społecznej i młodzieżowej. Czy bym jednak nie zdziwaczała? Czy nie wpadłabym w nieuporządkowany aktywizm? Czy korzystałabym w równym stopniu z pomocy Kościoła w mojej pracy z młodzieżą? Jakie byłoby moje życie bez złożenia ślubów?
Widzę szczególnie cztery dziedziny spraw, za które wdzięczna jestem Instytutowi, wdzięczna osobie odpowiedzialnej za moją formację. Nie wiem, czy doszłabym do tego wszystkiego poza Instytutem...

Pierwsza sprawa — to dowartościowanie świadomej łączności z Bogiem w ciągu dnia, ściślejszego zjednoczenia z Nim. Druga — to pogłębione rozumienie apostolstwa w ścisłym związku z relacją do Boga. Trzecia — to nadanie szczególnego kierunku pracy zawodowej. Czwarta — to oddanie się Bogu przez śluby.

l. Świadoma łączność z Bogiem w ciągu dnia

Wchodząc do Instytutu miałam prawie trzydzieści lat, byłam na stanowisku, zdobyłam już trochę doświadczenia zawodowego. Opiekowałam się niedołężną matką. Łączyła mnie głęboka więź z Chrystusem; Msza św. stanowiła najważniejsze wydarzenie dnia, często korzystałam z sakramentu pokuty, który bardzo ceniłam, traktując go jako osobowe spotkanie z miłosiernym Bogiem. Wiedziałam, że Bóg chce, bym dla Niego poświęcała około pół godziny dziennie na osobistą modlitwę. Ciągle jednak miałam świadomość, że moja więź z Bogiem powinna być jakaś głębsza i bliższa. Byłam otwarta na każdą pomoc ze strony innych w tej dziedzinie. Problem ten nieraz wypływał w konfesjonale, jednak tam tłumaczono mi, że wystarczy rano wzbudzić intencję, że nie można zawsze myśleć o Bogu, że nie trzeba dziwaczyć, że należy wystrzegać się egzaltacji, że wystarczy porządna praca i zachowywanie przykazań.

W Instytucie potraktowano inaczej to zagadnienie. Do dziś pamiętam rozmowę z osobą odpowiedzialną za moją formację (pamiętam nawet, z której strony siedziałam wtedy przy stole). Kiedy rozważałam wówczas jeden z punktów miesięcznych spotkań: „zachowanie rytmu modlitwy i pracy". Uderzyło mnie wówczas ujmowanie naszej relacji do Boga w kategoriach „współżycia z Bogiem". To było to czego szukałam — ogarnięcia przez Boga całego człowieka z jego myślą, wolą, uczynkami, bliska współpraca z Bogiem. Określenie „współżycie z Bogiem" towarzyszy całemu memu życiu i odnajduję w nim ciągle nowe, bogate treści. W Instytucie zwrócono mi uwagę na obcowanie z Bogiem w ciągu dnia, na wysiłek coraz częstszych świadomych zwrotów ku Bogu w czasie działalności i odpoczynku, na znaczenie czasu poświeconego wyłącznie Bogu, na przeniknięcie modlitwą pracy, tak by ona przygotowywała do modlitwy, a modlitwa czysta wywierała wpływ na pracę...

Instytut pomagał mi także żyć Ewangelią, wczytywać się w nią codziennie i przekładać na język życia, znajdować w niej odpowiedź na różne życiowe trudności. Gdy teraz sama pomagam innym wchodzić na drogę świeckiego życia konsekrowanego, dostrzegam, jak im nieraz trudno łączyć Ewangelię z życiem, jak trudno spojrzeć na przeżywane problemy w świetle słów Chrystusa.

Ogromną pomocą w tej dziedzinie jest dzielenie się Ewangelią we wspólnocie, bo inne osoby odkrywają często coś, co nam nie przyszłoby wcale do głowy. Nic nie zastąpi oddziaływania przez wspólnotę!

W Instytucie od początku zwracano uwagę na to, by czyn wypływał z modlitwy i to chroniło od aktywizmu. Nieraz tak trudno było znaleźć czas na modlitwę, wymagało to niemal bolesnej walki. Ludzkie potrzeby były naglące i łatwo mogłam dać się pochłonąć działaniu, sprowadzić wszystko do płaszczyzny czysto przyrodzonej, gdyby ktoś nie czuwał przy mnie w tych sprawach.


Wszystko to uczyło, jak realizować w praktyce kontemplacyjno-czynne powołanie w warunkach świeckiego życia. Miesięczne rozmowy z osobą odpowiedzialną za moją formację wnosiły tu dużo światła, były ważnym dopełnieniem tego, co dawał konfesjonał, pozwalały w klimacie siostrzanego zaufania omówić i rozważyć pewne sprawy, toteż stanowiły dla mnie niezastąpioną niczym pomoc.

2. Apostolstwo

Kiedy wchodziłam do Instytutu, moje rozumienie apostolstwa było niepełne i chyba niezupełnie prawidłowe. Traktowałam je po prostu jako służbę człowiekowi. Nie miałam tendencji do prawienia nauk, do nawracania. Pracowałam przecież z młodzieżą w okresie stalinowskim i postalinowskim; trzeba było położyć akcent raczej na świadectwo życia niż mówienie. Wydawało mi się jednak, że najlepiej bym apostołowała, gdybym uczyła religii, a wiec bezpośrednio przekazywała wiedzę o Bogu. Tymczasem ukończyłam studia całkowicie świeckie i nawet nie humanistyczne. Nie miałam przygotowania ani pedagogicznego, ani psychologicznego. Praca moja dydaktyczno-wychowawcza „poleciała" za intuicją, na żywioł. Apostolstwo łączyło mi się wówczas z pracą poza zawodem, np. w działalności charytatywnej przy parafii.

Instytut ukazał mi, że apostolstwo — to przede wszystkim świadczenie o Bogu swoim życiem, postawą, sposobem rozwiązywania problemów; że zależy ono bezpośrednio do mojego zjednoczenia z Bogiem, na które muszę zwrócić szczególną uwagę. Ukazano mi, że w mojej sytuacji ważniejsze niż mówienie o Bogu jest słuchanie, wsłuchiwanie się w drugiego człowieka, okazanie mu bezinteresownej pomocy i przyjaźni. Nie narzucanie własnego sposobu rozwiązywania problemów, lecz pobudzanie do refleksji i czekanie, cierpliwe czekanie, bo czasem długo trzeba czekać, aby ktoś się otworzył ze swymi problemami.

Pomaganie innym nie jest tylko dawaniem, tęcz wspólnym przeżywaniem trudności, problemów, wymianą. Wyniosłam z domu przekonanie, że trzeba robić coś dobrego dla innych, że tego Bóg wymaga. Pojmowałam to jednak jako dawanie z pozycji tego, który coś ma, tym, którzy nie mają. Wiedziałam oczywiście, że trzeba to robić bardzo delikatnie, ale w praktyce sprowadzało się to do odwiedzenia kogoś, dania pieniędzy, prezentu, kwiatków... W Instytucie zrozumiałam, że to musi być po prostu dzielenie się wszystkimi posiadanymi darami, zdolnościami, wiedzą, kwalifikacjami, umiejętnością, a przede wszystkim przyjaźnią, która bardziej jest ludziom potrzebna niż pomoc materialna. Nauczyłam się trwać przy ludziach w sytuacjach po ludzku beznadziejnych, kiedy wydaje się, że nie można nic pomóc.

Pamiętam, że kiedyś jeszcze w okresie mojej wstępnej formacji w Instytucie, zostałam poproszona, żebym odwiedziła leżącą w szpitalu matkę dwojga dzieci. Kupiłam czekoladki, kwiatki i poszłam do szpitala. Porozmawiałam z chorą pół godziny i poszłam do domu z poczuciem dobrze spełnionego apostolskiego uczynku (chorych nawiedzać). Jakież było moje zdziwienie, kiedy nie zapytano mnie wcale o to, co chorej zaniosłam, lecz o to, czego tej osobie potrzeba, jaką sytuację zostawiła w domu... kto opiekuje się dziećmi itp. Na te pytania nie miałam odpowiedzi. Tłumaczono mi wtedy, że trzeba umieć zobaczyć całego człowieka z jego powiązaniami rodzinnymi, zawodowymi, społecznymi. Okazało się, że chora matka nie tyle potrzebowała kwiatów, ile znalezienia kogoś, kto mógłby bezinteresownie pomóc w matematyce dwunastoletniej córce.

Teraz, gdy wprowadzam młodych w służbę innym, lubię podsunąć im człowieka potrzebującego, o którego razem się troszczymy, oczywiście zostawiając bezpośredni kontakt młodemu. I okazuje się, jak bardzo im jest potrzebny ktoś, kto ukaże szerokie perspektywy i różne potrzeby człowieka. I widzę nieraz na ich twarzach to samo zdziwienie, jakie malowało się ongiś na mojej.

W Instytucie zrozumiałam także, że czasem potrzeba kilku osób, aby komuś naprawdę pomóc. Może być potrzebny i lekarz, i prawnik, i pedagog... Bywają sytuacje, że odsyłam osobę potrzebującą do innej siostry z mojego lub innego Instytutu wiedząc, że ona potraktuje ją poważnie, z miłością i uczyni dla niej wszystko, co będzie mogła, a pomoc będzie nie dyletancka lecz fachowa.

3. Praca zawodowa

Instytut pokazał mi, że praca zawodowa jest terenem mego uświęcania, zbliżania się do Boga, współdziałania ze Stwórcą, z Duchem Uświęcicielem, z Chrystusem — Dawcą Odkupienia. Takie ujęcie znajduje potwierdzenie w słowach Papieża, wypowiedzianych w Warszawie na Agrykoli, podczas czwartej pielgrzymki do Polski: „Do współpracy z Bogiem jesteśmy wszyscy powołam".

Mając taką perspektywę, starałam się nie marnować tego wszystkiego, co było jakimś cierpieniem związanym z pracą, a więc samego trudu pracy, trudności we współżyciu z innymi, braku widocznych wyników w nauczaniu i wychowaniu. Oddawałam to wszystko Chrystusowi—Odkupicielowi, by nadał temu moc zbawczą.

Dzięki Instytutowi zrozumiałam, że praca jest głównym terenem mego apostolstwa, że mój zawód jest służbą człowiekowi, bo ma pomagać młodym ludziom w kształtowaniu osobowości, a rodzicom w wychowaniu. Oczywista zatem stała się dla mnie konieczność dokształcania się w mojej specjalności, abym była dobrym fachowcem, a także konieczność zdobywania i pogłębiania wiedzy teologicznej.

Pamiętam, z jakim zainteresowaniem przetrawiałam pierwszą autorytatywną wypowiedź Kościoła na temat wychowania — encyklikę Piusa XI Divini illius magistri — chociaż nie ułatwiał tego jej kwiecisty język i swoisty styl. Były to czasy, kiedy szkoła i wyższe uczelnie chciały wziąć w swe ręce wychowanie młodzieży, odsuwając rodziców na dalszy plan. W encyklice przeczytałam jednak, że rola nauczyciela, wychowawcy szkoły jest służebna w stosunku do rodziny... To mi pomogło zająć właściwą postawę. Na zebraniach z rodzicami mówiłam, że to oni decydują o kierunku wychowania, że nie mogą dać sobie odebrać swoich praw, że ja chcę tylko im pomóc. Słuchali ze zdziwieniem, a ja dobrze poczułam się w roli pomocniczej, bo rodzice często byli starsi ode mnie i z tej pozycji łatwiej im było przyjąć moje słowa, uwagi i rady.

Z równym zapałem studiowałam potem dokumenty soborowe, mówiące o wychowaniu, a przede wszystkim Konstytucje duszpasterską o Kościele — Gaudium et spes — i Deklaracje o wychowaniu chrześcijańskim. Bardzo mi one rozjaśniły szereg zagadnień. Pod ich wpływem zaczęłam dokształcać się w psychologii, dydaktyce i pedagogice, co bardzo mi pomogło w mojej pracy z młodzieżą i rodzicami. W wypowiedziach soborowych znajdowałam często, ku mojej radości, potwierdzenie tego, do czego sama doszłam, nie mając jednak pewności, że to jest słuszne. Instytut stwarzał możliwość rozmawiania na te tematy z innymi, wspólnego poszukiwania jak w konkretnych warunkach można najlepiej zastosować poznaną teorię. Dzięki niemu nadal śledzę uważnie wypowiedzi Kościoła na tematy wychowawcze wiedząc, że to mnie obowiązuje.

Instytut pomógł mi nie tylko skoncentrować się na młodym człowieku, któremu starałam się przez zawód służyć, ale również w relacjach koleżeńskich w pracy, a mianowicie przez staranie się znalezienia punktów stycznych z kolegami i koleżankami, mimo dzielących nas nieraz bardzo dużych różnic światopoglądowych, co do sposobów dydaktycznych i wychowawczych. To pozwalało wspólnie nachylić się nad młodym człowiekiem, jego potrzebami i trudnościami. Gdyż zawsze gdy się bardzo chce, przy kolosalnych różnicach znaleźć można choćby bardzo małe odcinki, na których można się spotkać. Taka postawa pozwoliła mi przetrwać czasy stalinowskie i postalinowskie. Myślę, że to nastawienie owocować będzie także w warunkach politycznej wolności. Zawsze potrzebna będzie umiejętność prowadzenia dialogu, słuchania drugiego człowieka i znajdowania języka, który byłby dla niego zrozumiały.

Pracując z młodzieżą, starałam się nawiązywać kontakty z przedstawicielami duszpasterstw specjalistycznych i stwierdzam, że jest to bardzo potrzebne człowiekowi, pracującemu w oparciu o struktury świeckie. Służy to między innymi do wypracowywania etyki zawodowej, pozwala lepiej ukazać moralne perspektywy danego zawodu. Z drugiej strony fachowa wiedza człowieka świeckiego może służyć także duszpasterzom. Do tej współpracy zachęcił mnie również Instytut. Sama pewnie nie nawiązałabym tych kontaktów, ponieważ pochodziłam ze środowiska, gdzie otaczało się księży szacunkiem, ale trzymało się od nich na odległość. Nie do pomyślenia była jakaś partnerska z nimi rozmowa czy współpraca. A to jest lak potrzebne, jeśli chce się realizować współodpowiedzialność świeckich i kapłanów za Kościół.

4. Oddanie się Bogu przez śluby

Złożone w Instytucie śluby włączyły mnie ściślej w struktury kościelne i pogłębiły moją więź z Kościołem. Równocześnie wzrosło we mnie poczucie współodpowiedzialności za Kościół. Wyrazem tego stalą się bardziej intensywna modlitwa za Kościół w Polsce i świecie, za diecezję i parafię, za papieża, episkopat, własnego ordynariusza i kapłanów.

Ślub czystości w celibacie otworzył mi nowe horyzonty bliskości z Bogiem i ludźmi. Relacja do Chrystusa miała rys jakiejś wyłączności, której nie umiem lepiej określić, jak tradycyjnym zwrotem „stosunek oblubieńczy". Coraz bardziej realne stawało się też spotykanie Chrystusa w ludziach — nieraz niełatwych, nudnych, zakłamanych, przewrotnych i niesympatycznych, ludziach potrzebujących — i tych, którzy mieli niby wszystko, i buntujących się młodych. Więź z Chrystusem przyjmowała z czasem kształt duchowego macierzyństwa. Było to "dla mnie wielkie dowartościowanie natury kobiecej, stworzonej przecież do macierzyństwa. Dawało mi to dużą swobodę działania i bycia. Pragnęłam coraz bliżej jednoczyć się z Chrystusem Odkupicielem, miłującym każdego człowieka, z Chrystusem, który także przeze mnie chciał kochać i zbawiać. Ślub swój przeżywam jako wielki dar, dany nie tylko dla mnie, lecz przede wszystkim dla ludzi z mego środowiska. Potęgował jeszcze to odczucie fakt, że przeżywałam swoje śluby w świecie i na sposób świecki.

Apostolska wartość ślubu ubóstwa ukazała mi się z całą wyrazistością parę lat temu, kiedy przyjechała do mnie dawna uczennica, z którą utrzymywałam bliskie kontakty, matka pięciorga dzieci. Była załamana z powodu trudnej sytuacji finansowej. Po ostatnim, bardzo chorowitym dziecku, nie pracowała przez cztery lata, a z jednej pensji męża trudno było wyżyć. Koleżanki jej chwaliły się różnymi inwestycjami; jedna zrobiła w domu piękne boazerie, druga kupiła puchaty dywan, trzecia auto... Dzieci zaczynały się wstydzić, że u nich jest tak biednie, że na wiele rzeczy niema pieniędzy. I matka dobrej, katolickiej rodziny, pracowita i gospodarna, zaczęła mieć na tym tle poważny kompleks, jakoś się zagubiła i zaplątała. W rozmowie starałam się jej otworzyć oczy na to, co jest w życiu prawdziwą wartością, pokazać, że jej piątka dzieci jest o wiele cenniejsza niż dywan czy boazeria. Mówiłam o konieczności wybierania tego, co jest większą wartością, o tym co Chrystus mówi o stosunku do dóbr materialnych, o jego ogołoceniu i ubóstwie. Po jakimś czasie napisała mi, że otworzyłam jej oczy i ukazałam zupełnie nową perspektywę, że dzięki mnie zrozumiała, że ma się nie wstydzić tego, że ma gorszą od otoczenia sytuację materialną i że jej zadaniem jest ukazywanie otoczeniu, że są większe wartości niż materialne. Dodała, że wyprowadza dzieci z kompleksów niższości.

Przeżycie to pozwoliło mi raz jeszcze uświadomić sobie, ile mi dał ślub ubóstwa, jak ukształtował we mnie ewangeliczne podejście do dóbr materialnych, właściwą hierarchię wartości. Bez tego nie umiałabym pomóc załamanemu człowiekowi...

Ślubując ubóstwo w życiu świeckim, zachowujemy własność osobistą, a równocześnie razem z innymi przeżywamy ryzyko braku posiadania, borykamy się z trudnościami materialnymi. Z tej pozycji, gdy człowiek sam boryka się z różnymi problemami życiowymi, łatwiej jest podtrzymać na duchu koleżankę czy kolegę, mających kłopoty z mieszkaniem czy pracą. Uczestniczy się przecież we wspólnym losie, nie korzystając z tych zabezpieczeń, jakie daje życie zakonne.

Posłuszeństwo także ma swój wymiar świecki. Śledziłam ostatnio wyniki ankiety, przeprowadzonej w Polsce. Dotyczyła ona w części pierwszej stosunku do papieża jako autorytetu moralnego, a w części drugiej stosunku do pewnych ważnych problemów moralnych, jak aborcja, używanie środków antykoncepcyjnych, celibat księży itp. Ankieta najpierw została przeprowadzona przed przyjazdem papieża, a potem w identycznej formie w dwa tygodnie po jego pielgrzymce. Okazało się, że nie było specjalnych różnic w odpowiedziach. Ponad 90% respondentów uznawało moralny autorytet papieża, ale tylko około 30% opowiedziało się w drugiej części ankiety zgodnie z jego nauczaniem — i to zarówno przed pielgrzymką papieską jak i po niej.

Na tym tle zobaczyłam, jak istotny wpływ z chrześcijańskiego punktu widzenia wywarł na mnie ślub posłuszeństwa, który każe mi na każdy dzień odczytywać i wypełniać wolę Bożą, iść za Chrystusem posłusznym Ojcu, słuchać Go także, kiedy przemawia do nas w Kościele głosem Hierarchii i Papieża. Posłuszeństwo Bogu każe mi również być czujną na potrzeby innych, przyjmować wymogi pracy zawodowej, odczytywać znaki czasu. Posłuszeństwo każe mi szukać światła w Ewangelii i starać się przyjmować całą naukę Chrystusa, nie tylko to co mi w niej odpowiada. Uczy prowadzenia dialogu z odpowiedzialną w Instytucie, ale także w pracy, z młodzieżą, ze spotkanym człowiekiem, z kapłanem. Pogłębia moją wolność, istotny element mej osobowości. Wychowuje mnie do podejmowania przemodlonych i przemyślanych decyzji. Taka „szkoła" pomaga również wychowywać młodzież do wolności i odpowiedzialności, do dialogu i szukania prawdy.

Znam kilka osób, które nie założyły rodziny i idą przez życie w „pojedynkę". Starają się być wierne Bogu i służą dobrze ludziom. Jest mi ich jednak trochę żal. Nie zaznały tego, co może dać wspólnota — szczególnie taka, jak Instytut świecki. Za swoją wspólnotę i za wszystko, co mi ona dała, dziękuję nieustannie Bogu.