ŚWIADECTWO: „CÓŻ ODDAM PANU ZA WSZYSTKO, CO DLA MNIE UCZYNIŁ"

Miałam 22 lata. Zakochałam się i to się stało najważniejszą sprawą mojego życia. Wszystko ustępowało na drugi plan. Gdyby nie nieśmiałość, to mogło się to źle skończyć... Nadeszła Wielkanoc. Przed wyjazdem do domu na święta, postanowiłam dopełnić obowiązku spowiedzi wielkanocnej. Przypadkowy kościół, przypadkowy konfesjonał... Ksiądz zainteresował się moim stanem i wymógł obietnice niedzielnych komunii oraz zgłoszenia się do niego za trzy tygodnie. Bez przekonania obiecałam. Po trzech tygodniach wróciłam i znowu nieoczekiwanie to samo polecenie. Powtarzało się to kilkakrotnie, aż po jakimś czasie zapytał: „No i co teraz? Przeszło?" Nawet nie wiem, jak to się stało, ale moja „miłość" gdzieś się „rozpłynęła", a mnie pozostało poczucie ogromnego wyzwolenia.

2 lutego 1947 roku. Rekolekcje. Po Komunii św. wracam na moje miejsce i wzrok pada na mszalik, otwarty na dziękczynieniu w stałych częściach Mszy świętej — „Cóż oddam Panu za wszystko, co dla mnie uczynił" (Ps. 115). I szok! W jednej sekundzie uświadomiłam sobie, jak mogło się źle skończyć, a jak Pan Bóg bez mojej współpracy, a nawet z pewnymi oporami wyrwał mnie z tego, w co lazłam. On zrobił wszystko!

Ks. Aleksander Woźny — bo to on był Jego narzędziem — tylko się uśmiechał. Codzienna Komunia św. stalą się moją potrzebą. Pan wciągał mnie coraz głębiej, a poczucie niewypłacalnego długu stale mi towarzyszyło.

Marzyłam o małżeństwie, ale małżeństwie będącym świadectwem, o rodzinie wielodzietnej. Skończyłam studia i zaczęłam pracować.

I znowu konfesjonał i pytanie: „Czy słyszałaś o Instytutach świeckich?" „Tak." „No i co?" „??" „A czy byś nie chciała...?" Ja? Z tymi wspaniałymi ludźmi? Ja? To niemożliwe. To przerasta moje możliwości. Nie dorastam do takich ludzi. Nie, to nie dla mnie. Nie podołam, zawiodę. A potem coraz częściej pojawiające się wątpliwości — a może jednak? Nie, przeceniam siebie... A jednak...

W tym czasie ucieczki szukałam kontaktów, przyjmowałam zaproszenia swatek i za każdym razem odrzucałam z poczuciem, że to mnie krępuje, ogranicza, zacieśnia, jednym słowem, że to nie dla mnie. Po odrzuceniu propozycji — poczucie wolności i znowu powracające wątpliwości, i znowu ucieczka. Wreszcie tak wyraźne poczucie winy, że przez ciągłe uniki odrzucam Jego zaproszenie i zdradzam, że podjęłam decyzje i skoczyłam w ciemność. Charyzmat Instytutu stawał się coraz bardziej moim własnym.

Nadszedł czas pierwszych ślubów. W wigilię tego dnia, wieczorem po komplecie, zostałam dłużej w kaplicy i wtedy zrozumiałam, że cierpienie Chrystusa to nie tylko krzyż, ale przez cały czas, od Wcielenia po Golgotę, spotykał się z niezrozumieniem, odrzuceniem i wrogością. On przeszedł pierwszy, a wiec będę mu w tym towarzyszyć, ofiarowując to za tych, których zobowiązywałam się wspierać modlitwą.

Pan Bóg poważnie potraktował mój dar. Przyjął go, o czym po złożeniu ślubów nieraz miałam okazję się przekonać. Jeżeli zapominałam o obietnicy, to ciężar się wzmagał. Jeżeli pamiętałam i stawałam przy Nim, to ciężar malał, bo byliśmy do jego niesienia razem. Różnie się układało, ale zawsze się przekonywałam, że jeżeli wezwał, to daje siły. Nigdy nie żałowałam wyboru.