KONSEKRACJA I ŚWIECKOŚĆ

(...) Kiedy szukaliśmy odpowiedzi na pytanie, w którym zakorzenia się najgłębszy sens każdego ludzkiego życia: „Panie, co chcesz, abym uczynił?", przede wszystkim dochodziła w nas do głosu potrzeba odpowiedzi na dar Miłości. Bóg umiłował nas w Chrystusie, toteż narastała w nas potrzeba odpowiedzenia na Jego miłość. Zapragnęliśmy, aby jedynym przedmiotem naszej miłości stal się On sam, a w Nim wszyscy nasi bracia. Wydawało się nam wówczas, że aby dojść do pełni tej miłości, musimy żyć możliwie najdoskonalej według Ewangelii na wzór Jezusa, który zanim zaczął głosić Ewangelię, już realizował ją w życiu. Chcieliśmy stosować się nie tylko do nakazów, ale także do rad i pragnień Jezusa. Równocześnie ten sam wewnętrzny głos żądał od nas, byśmy odpowiedzieli na miłość Boga nie zrywając z warunkami życia, w których się znajdowaliśmy (...). Nie zrywając — to znaczy pozostając w warunkach zwyczajnego życia. Mieliśmy być lam obecni nie jako ktoś przychodzący z zewnątrz z misją zbawienia, ale jak ten, kto się tam urodził i pozostając w swoim świecie stara się. pomnażać otrzymane od Boga talenty i dary (...).

Innymi słowy — intuicja czy raczej charyzmat naszego powołania prowadził nas w kierunka organicznego połączenia i zespolenia w jedną całość konsekracji i świeckości. Czy istniały jakieś wzory, na których moglibyśmy się opierać wypracowując nową formę życia zgodnie z charyzmatem naszego powołania? Nie, takich wzorów nie było (...).

Dzisiaj możemy już chyba jaśniej zobaczyć swoją drogę. Przede wszystkim przychodzi nam z pomocą doświadczenie tych, którzy poszli w tym kierunku oraz ich przemyślenia. Przychodzi nam z pomocą nauka II Soboru Watykańskiego, zwłaszcza jego nauka w Kościele (Lumen gentium), o stosunku Kościoła do świata (Gaudium et spes) i o świeckich (Apostolicam actuositatem). Biorąc to wszystko pod uwagę spróbujemy teraz lepiej określić związek zachodzący między konsekracją a świeckością. Innymi słowy — spróbujemy odpowiedzieć na dwa pytania: 1. Co świeckość wnosi do konsekracji, to znaczy w jakim sensie i w jaki sposób wpływa na konsekrację? oraz 2. Co konsekracja wnosi do świeckości, to znaczy w jakim sensie i w jaki sposób wpływa na świeckość? Szukając odpowiedzi na te dwa pytania może dostrzeżemy i uchwycimy żywotną jedność, jaka istnieje między konsekracją i świeckością, jedność, do której dążymy z racji swojego powołania i która mówi o jego oryginalności.

Najpierw co to jest świeckość? Na czym ona polega? W naturalny sposób odpowiedź powinna by wynikać z codziennych obserwacji, na których się opieramy chcąc opisać zwyczajną rzeczywistość swego życia. Świeckość jest sytuacją życiową ludzi świeckich. Ale kim są ci „świeccy"? Są ludźmi, którzy żyją obok nas, w domach, w których i my mieszkamy, pracują z nami w biurach, w przemyśle, w najrozmaitszych instytucjach, należą do związków zawodowych i różnych ugrupowań, mają podobne problemy życiowe, dotyczące mieszkania, pracy i zdrowia, szukają odprężenia i odpoczynku w rozrywkach, które wybierają zgodnie z osobistymi upodobaniami. A zatem „świeccy" — to ci wszyscy, których sytuacja życiowa nie odbiega zasadniczo od sytuacji ogółu społeczeństwa; to ci, którzy nie otrzymali jakiegoś specjalnego zadania, odbiegającego od zwyczajnych warunków ich życia. Nawet przynależność do takiej czy innej religii nie stanowi podstawy do wyodrębnienia kogoś z ogólnej kategorii ludzi świeckich, ponieważ chrześcijanie i muzułmanie, buddyści czy wyznawcy innych religii odnajdują się na jednej wspólnej płaszczyźnie, chociaż oczywiście odmienne zapatrywania religijne, jeśli są autentyczne, będą w różny sposób kształtowały życie i działanie poszczególnych jednostek.

Na tle tego szerokiego horyzontu łatwiej będzie uchwycić specyficzne znaczenie pojęcia „człowiek świecki" w odniesieniu do członków społeczności Kościoła. Soborowa Konstytucja o Kościele (KK, n. 31) definiuje najpierw świeckich jako „chrześcijan nie będących członkami stanu kapłańskiego i stanu zakonnego prawnie ustanowionego w Kościele". Ale kiedy Sobór chce opisać to, co przede wszystkim cechuje laikat, wymienia właśnie jego „charakter świecki", a wiec dzielenie z innymi ludźmi tych samych warunków życia, w których trzeba żyć po chrześcijańsku. To stanowi specyficzny rys powołania laikatu (...) W soborowej definicji występują trzy elementy, które łączą się harmonijnie w jedną całość i ona dopiero stanowi o świeckości w znaczeniu chrześcijańskim.

„Szukać Królestwa Bożego" — oto wymaganie będące obowiązkiem każdego ochrzczonego, a więc każdego, kto został „konsekrowany" przez zanurzenie w śmierci i zmartwychwstaniu Chrystusa i z tej raq'i jest powołany do szukania — dla siebie i innych — Królestwa Bożego, „królestwa świętości i łaski, prawdy i życia, sprawiedliwości, miłości i pokoju"... Może nie będzie zbędne podkreślenie, że charakter świecki nie zwalnia chrześcijanina od tego pierwszego i najważniejszego obowiązku, który określa jego istotę i towarzyszy mu w każdej sytuacji życiowej, w każdym działaniu: obowiązku szukania Królestwa Bożego. Zapominanie o tym obowiązku czy odsuwanie go na bok jest przejawem poddawania się procesowi laicyzacji, który prowadzi do laicyzmu i sprawia, że człowiek traci z oczu horyzont zarysowany przez fakt stworzenia oraz zapomina o związku, jaki istnieje między męką i zmartwychwstaniem Chrystusa a rzeczywistością doczesną.

„Zajmując się sprawami świeckimi". Sprawy świeckie — to jest właśnie środowisko, w którym powinno się szukać Królestwa Bożego, a które jest wspólne wszystkim ludziom jako ludziom. Jest to środowisko, od którego „laik" nie odcina się z racji swojego chrześcijaństwa, lecz przeciwnie — bierze za nie odpowiedzialność jak każdy inny człowiek i traktuje jako teren swojej działalności. Trzeba nawet dodać, że biorąc za nie odpowiedzialność szanuje w całej pełni prawa, które rządzą każdą rzeczywistością doczesną i jest świadomy ich nienaruszalności (...).

O ile szukanie Królestwa Bożego upodobnia „laika" do członków innych stanów w Kościele (kapłańskiego i zakonnego), o tyle zajmowanie się sprawami świeckimi odróżnia go od nich i upodobnia do ogółu ludzi przez warunki życia i pracy. W ten sposób przez ludzi świeckich Kościół rzeczywiście głęboko zakorzenia się w świecie...

„Kierując nimi po myśli Bożej". Obecność chrześcijanina wśród spraw doczesnych ma specjalny charakter: nie kieruje on nimi według własnego planu, według swoich osobistych zachcianek, ale według „myśli Bożej". Będzie odkrywał tę Bożą myśl i Boży ład posługując się zarówno światłem rozumu jak i objawienia. Chrześcijanin na równi z innymi ludźmi szanuje oczywiście autonomię spraw doczesnych, ale różni się od innych, a w każdym razie powinien się różnić tym, że „kieruje nimi po myśli Bożej", to znaczy zgodnie z hierarchią wartości, która widzi każdą rzecz na właściwym miejscu i nie pozwala żadnej z nich stać się bożyszczem i zająć miejsce Boga.

Intuicja właściwa naszemu powołaniu czy raczej jego charyzmat prowadził nas w kierunku organicznego połączenia i zespolenia w jedną całość konsekracji i świeckości. W gruncie rzeczy powiedziałem to samo, co tak zwięźle wyraził tekst soborowy. Jeśli bowiem charakter świecki będzie rozumiany zgodnie z tym, jak to zostało wyżej przedstawione, to świeckość — a więc sytuacja życiowa, w której żyje chrześcijanin nie należący do stanu kapłańskiego ani zakonnego, wymaga od niego przede wszystkim możliwie najgłębszej wierności wobec wymagań chrztu. Na płaszczyźnie teologicznej oznacza to, że świeckość zakłada poświęcenie się Bogu będące owocem chrztu i bierzmowania. Ta konsekracja chrzcielna stanowi podstawę wszelkiej innej konsekracji, ponieważ zanurzając człowieka w tajemnicy śmierci i zmartwychwstania Chrystus ukazuje mu drogę, która prowadzi przez śmierć do życia, a także zawiera w sobie wymaganie doskonałości właściwej synom Bożym („Bądźcie doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski" — Mt 5, 48). Z tego punktu widzenia dla chrześcijanina doskonałość w stanie świeckim jest związana z wypełnieniem wymagań i poddaniem się prawom zawartym w sakramencie chrztu, ponieważ od tego zależy jego zdolność szukania Królestwa Bożego i kierowania sprawami świeckimi po myśli Bożej...

Z drugiej strony świeckość zakłada zaangażowanie się w sprawy doczesne. Wynika ono z podwójnego tytułu, a mianowicie z tego, że się jest człowiekiem i chrześcijanienem. Opiera się na pozytywnej ocenie rzeczywistości, dobrej samej w sobie i służącej pełnemu rozwojowi człowieka zgodnie z planem stworzenia, chociaż równocześnie rzeczywistość ta „została poddana marności" (Rdz 8,20), to znaczy skutkom grzechu.

Jest to jeden z punktów —może nawet najważniejszy — w którym świeckość musi się liczyć z pewną granicą, jeżeli nie chce przerodzić się w laicyzm (...).

O ile to, co powiedzieliśmy na temat świeckości, jest słuszne, to musimy się zgodzić, że nic nie przeciwstawia się w niej pełni miłości, a raczej możliwości jej osiągnięcia. Świeckość bowiem jest sytuacją życiową, do której zostali powołani wszyscy chrześcijanie. Przez nich Chrystus żyje we wszystkich możliwych warunkach ludzkiego życia i zbawia je, to znaczy uwalnia od skutków grzechu dokonując w nich objawienia synów Bożych. W tych warunkach każdy człowiek może w Kościele realizować tajemnicę „wewnętrznego zjednoczenia z Bogiem i jedności całego rodzaju ludzkiego" (KK, n. 1). Świeckość podporządkowana świętości, to znaczy pełnej miłości, może tym samym otworzyć się na szczególną formę „poświęcenia się Bogu i ludziom", poświęcenia, które należy rozumieć jako dopełnienie konsekracji chrztu. Ma ona na celu jak najdoskonalszą realizagę powołania właściwego ludziom świeckim, bez rezygnowania ze świeckiego charakteru życia. Oczywiście nie dokonuje się to bez trudności — przede wszystkim typu psychologicznego, ponieważ historia nie zna wielu przykładów tego rodzaju powołania, a poza tym odbiega ono od utartych sposobów myślenia, które niełatwo jest zmienić. Niemniej istnieją inne dobrze udokumentowane fakty historyczne, o których na ogół mało wiemy, a które mogą świadczyć na rzecz świeckiego powołania. Otóż w starożytności chrześcijańskiej wielu mężczyzn i wiele kobiet nie opuszczając swojego środowiska prowadziło życie ewangeliczne zgodnie z charyzmatem doskonałej czystości (której nie należy mylić z doskonałą czystością małżeńską czy młodzieńczą). Po wtóre w czasach nowożytnych, począwszy od XVI wieku pojawiają się ludzie pragnący poświęcić się Bogu i braciom w takiej formie życia konsekrowanego, która byłaby do pogodzenia z warunkami świeckimi (...).

Poświęcenie się Bogu i ludziom w warunkach życia świeckiego jest z konieczności i we wszystkim uwarunkowane sytuacją świecką. Z tego punktu widzenia warto zatrzymać się trochę nad zagadnieniem wymagań, jakie stawia Świeckość, ażeby — jeśli tak można powiedzieć — konsekracja nie naruszała jej znaczenia i wartości w odniesieniu do Królestwa Bożego, będącego celem konsekracji, a z drugiej strony żeby nie wynikało z tego coś w rodzaju okrojonej konsekracji zakonnej. Przy zachowaniu wszystkich istotnych elementów prawdziwego „poświecenia się Bogu i ludziom", powinna to być przecież oryginalna forma konsekracji, ukształtowana przez charyzmat, który ją zrodził. Niewątpliwie wszyscy zgadzają się co do tego, że dla wszelkiej konsekracji — poczynając od chrzcielnej — istotne są takie elementy jak naśladowanie Chrystusa, modlitwa i służba braciom.

Naśladowanie Chrystusa czyli pójście za Nim — rozumiane bardziej w znaczeniu teologicznym niż ascetycznym — to wzrastanie z Chrystusem według rytmu naszego ludzkiego rozwoju i prawa życia, złożonego w nas przez chrzest, który ma nas prowadzić „do człowieka doskonałego, do miary wielkości według Pełni Chrystusa" (Ef 4, 13). Mamy rodzić się nieustannie za sprawą Słowa, które stało się człowiekiem i z którym chrzest złączył nas w sposób tajemniczy ale rzeczywisty, dając nam udział w Jego śmierci i zmartwychwstaniu. To wymaga od nas, aby uczynić z tego Słowa normę życia przyjmując je możliwie najpełniej, łącznie z radami (...). I oto poświęcenie się Bogu czyni rady ewangeliczne przedmiotem zobowiązania, które może mieć rozmaitą formę (ślubu, obietnicy, przysięgi). Czy Świeckość da się pogodzić z taką formą konsekracji, dodaną do konsekracji chrześcielnej? Odpowiemy kategorycznie, że tak, ale pod warunkiem, że będą respektowane wymagania świeckości i że szacunek dla jej praw nigdy nie będzie traktowany jako odrzucenie czy pomniejszenie wymagań konsekracji, lecz jako oryginalna forma ich praktykowania w życiu świeckim (...).

Przede wszystkim trzeba wyraźnie powiedzieć, że konsekracja jako taka nie wyłącza ze świeckich warunków życia ani ze świata ludzi świeckich, nawet jeżeli osoby poświęcone Bogu będą stanowiły wśród nich jakąś specjalną kategorię. Będzie się mówiło o „świeckich konsekrowanych", a to nie jest absolutnie to samo, co „konsekrowani świeccy". Pierwsze określenie odnosi się do tych, którzy nadal należą do laikatu; drugie do tych, którzy jako świeccy (a więc bez świeceń kapłańskich) przeszli do stanu zakonnego.

Niektórzy uważają, że świeckość wymaga kategorycznie, aby nie podejmować żadnych formalnych zobowiązań prócz tych, które nakłada chrzest. Stanowisko to jednak nie wydaje się uzasadnione. Jeżeli bowiem zobowiązania tak są pomyślane, że nie naruszają autentycznie świeckiego charakteru życia, to dlaczego nie miałyby pogodzić się ze świeckością? Najwięcej zastrzeżeń wywołuje dobrowolna rezygnacja z małżeństwa traktowana jako czynnik oddzielający od stanu świeckiego. Ale taki sposób myślenia dowodzi, że na pierwszy plan wysuwa się tu raczej psychologiczne i socjologiczne, a nie teologiczne aspekty „charakteru świeckiego" i „świeckości". Chociaż bowiem małżeństwo odpowiada wymaganiom głęboko zakorzenionym w biologicznej, fizjologicznej i psychologicznej rzeczywistości człowieka, to jednak pozostaje ono przedmiotem jego wolnego wyboru i człowiek nie jest mniej człowiekiem dlatego tylko, że nie wybrał stanu małżeńskiego. „Czystość doskonała" wybrana dla „Królestwa Niebieskiego" pozbawia człowieka pewnego typu doświadczeń, które mogą ubogacić osobowość tego, kto wielkodusznie przyjmuje na siebie obowiązki małżeńskie, ale równocześnie otwiera na miłość, która rezygnując z doznań uczuciowych i zmysłowych staje się bardziej uniwersalna i uzdalnia do służenia innym (...).

W odniesieniu do ubóstwa i posłuszeństwa świeckość będzie stawiać konkretne wymagania, aby świecki charakter życia w niczym nie został naruszony.

Przede wszystkim więc zobowiązanie do ubóstwa nie może pozbawiać prawa do posiadania i administrowania dobrami, ale powinno pogłębiać poczucie odpowiedzialności za te dobra. Ograniczając zakres posiadania i ucząc właściwego gospodarowania dobrami w poczuciu istotnej zależności od Boga i w duchu służby braciom, ubóstwo będzie uzdalniało człowieka — wolnego od nieuporządkowanych przywiązań — do „kierowania sprawami doczesnymi po myśli Bożej", co stanowi właśnie rys świeckiego powołania.

Przy zobowiązaniu do posłuszeństwa należy podkreślić poczucie odpowiedzialności tego, kto je podejmuje, aby przez dobrowolnie przyjętą zależność w określonych sprawach od drugiego człowieka potwierdzić swoje pragnienie całkowitego przylgnięcia we wszystkim do woli Bożej. Posłuszeństwo Bogu powinno jeszcze bardziej rozwinąć jego inicjatywę w dziedzinie kierowania sprawami doczesnymi po myśli Bożej. W ten sposób zopbowiązanie do praktykowania rad ewangelicznych przybiera z racji świeckości nową i oryginalną formę.

Świeckość wywiera także decydujący wpływ na modlitwę tego, kto poświęca się Bogu pragnąc równocześnie być w zgodzie z wymaganiami życia świeckiego.

Dalecy jesteśmy od myśli, że można w sposób autentyczny i wierny spełniać to, do czego zobowiązuje nas chrzest, a jeszcze bardziej poświecenie się Bogu, bez nieustannej modlitwy osobistej i liturgicznej. Gdyby ktoś myślał, że świeccy konsekrowani mogą traktować modlitwę jako zobowiązanie drugorzędne, dałby dowód ulegania wpływom naturalizmu i laicyzacji. Niewątpliwie jednak modlitwa tego, kto przeżywa swoją konsekrację w warunkach życia świeckiego, z konieczności będzie naznaczona znamieniem tych warunków. Świecki konsekrowany, wierny prymatowi modlitwy, na ogół tylko w rzadkich momentach będzie mógł modlić się razem ze swoimi braćmi w powołaniu. Zazwyczaj jego udział we wspólnej modlitwie będzie polegał na uczestnictwie w zgormadzeniu wiernych, wśród których żyje i pracuje. Często miejscem słuchania Słowa Bożego i prowadzenia rozmowy z Bogiem będzie dla niego własny pokój — jeżeli takowy posiada — lub kąt we wspólnym mieszkaniu. W modlitwie swojej będzie przedstawiał Bogu wszystko, co niesie ze sobą życie świeckie w znaczeniu pozytywnym i negatywnym, aby to, co potrzebuje oczyszczenia, zostało oczyszczone i mogło stać się darem i ofiarą, ażeby cały świat został skierowany do Boga. „W ten sposób — mówi Sobór — ludzie świeccy jako (...) czciciele Boga sam świat Jemu poświęcają" (KK, n. 34). Czy słów tych nie należy w szczególny sposób odnieść do świeckich konsekrowanych? Niewątpliwie pożyteczna będzie dla nich znajomość doświadczeń w dziedzinie modlitwy praktykowanej w innych formach życia konsekrowanego, nie powinni jednak ulegać pokusie przyswajania sobie gotowych wzorów, ponieważ sami muszą odkrywać takie sposoby modlitwy, które będą najbardziej odpowiadały ich duchowym potrzebom.

Podobnie świeckość stwarza podobne warunki dla służby drugiemu człowiekowi, jakkolwiek by sieją pojmowało. W wyborze form tej służby pierwszeństwo będzie miało to wszystko, co łączy się z „zajmowaniem się sprawami doczesnymi i kierowaniem nimi po myśli Bożej", aby tkwić jak najmocniej w społeczeństwie... W duchu miłości świecki konsekrowany będzie starał się rozumieć tych, z którymi dzieli wspólne warunki życia i to będzie wyznaczało drogi jego służby człowiekowi.

Tak więc świeckość wywiera wpływ na wszystkie elementy konsekracji i stwarza warunki do realizowania jej w nowej formie (...).

Pozostaje nam jeszcze rozważyć, co konsekracja wnosi do świeckości... W pierwszej chwili słowo „konsekracja" — poświęcenie — może sugerować, że inicjatywa pochodzi od człowieka, i że to ,ja" się poświęcam. W rzeczywistości jest zupełnie inaczej. Konsekracja wynika przede wszystkim z inicjatywy Bożej; to Bóg mnie poświęca. Chcąc to wyrazić w terminologii biblijnej mogę powiedzieć, że przy konsekracji Bóg wyciąga swoją wszechmocną rękę nad człowiekiem i zawiera z nim przymierze przypieczętowane krwią Chrystusa — Odkupiciela. Przez śmierć i zmartwychwstanie Chrystusa Bóg jakby zobowiązuje się ukształtować człowieka na Jego obraz. Na tę Bożą inicjatywę człowiek odpowiada dobrowolnym zaangażowaniem, gotowy czynić wszystko, czego Bóg zażąda.

W poświęceniu się Bogu, które ze strony człowieka wyraża się przez podjęcie zobowiązań (rady ewangeliczne, modlitwa, służba braciom), rozwija się struktura chrztu. Konsekracja, która zasadniczo była zawarta w chrzcie w sposób jakby ukryty, została w pewnym sensie uwyraźniona pod wpływem działania Ducha Świętego. Kiedy Jego wezwanie (powołanie) nie każe człowiekowi zmieniać dotychczasowych warunków życia, by służyć celom, które bez takiego zerwania mogą być osiągnięte, wówczas niewątpliwie skierowuje go ono ku temu, do czego wzywała już pierwotna konsekracja chrzcielna. Innymi słowy konsekracja, przez którą Bóg chce nas jak najpełniej upodobnić do Chrystusa, równocześnie rozwija to, co złożył w nas chrzest (cel ogólny) i zmie¬rza ku temu (cel specyficzny), aby w warunkach świeckiego życia realizowana była w sposób bardziej pewny i skuteczny obecność synów Bożych, skierowująca ludzi i całą rzeczywistość stworzoną do prawdziwego ich celu (por. Rz 8, 19-22).
W sposób bardziej pewny i skuteczny. Zasadniczo tego rodzaju obecność powinni realizować wszyscy ochrzeczeni. Dla wszystkich jest to możliwe. Niewątpliwie pozytywnym momentem w naszych czasach jest wzrost poczucia odpowiedzialności ludzi świeckich za Kościół i świat, ale być może przyczynił się do tego w jakiejś mierze właśnie rozwój nowej formy życia poświęconego Bogu, której Kościół nadał imię „Instytuty świeckie" (...).

W sposób bardziej pewny... Pamiętajmy, że zobowiązania ze strony człowieka stanowią istotę konsekracji, nie są elementami nowymi, dodanymi do wymagań chrześcijańskiego misterium. Przeciwnie, one są tylko jakimś szczególnym sposobem czy stopniem wypełniania tego, co powinno być treścią życia wszystkich chrześcijan. Odnosi się to do modlitwy, do ducha ubóstwa, do czystości, do uległości wobec Boga i posłuszeństwa, do ducha służby braciom. Ale powszechne doświadczenie — bardziej niż teoria — uczy, że warunki życia świeckiego przedstawiają wiele poważnych trudności dla chrześcijanina, który chce sprostać wymaganiom swojego chrześcijaństwa. Może właśnie dlatego — chociaż to nie jest jedyny powód — uważano kiedyś, że konsekracja jest nie do pogodzenia z zajmowaniem się sprawami świeckimi i uznawano ją jedynie w formie konsekracji zakonnej. Toteż można powiedzieć, że jeżeli przez poświęcenie się Bogu chrześcijanin podnosi do rangi specjalnego zobowiązania to, co już było zawarte w chrzcie, jeżeli przez praktykowanie rad ewangelicznych w formie dostosowanej do warunków świeckich realizuje specjalne powołanie, potwierdzone we wspólnocie zajmującej określenie miejsce w życiu Kościoła, to może on „w sposób bardziej pewny" przezwyciężyć trudności i uniknąć niebezpieczeństwa laicyzacji, która jest karykaturą świeckości... Wspólnota powołania pomaga bowiem swoim członkom do wierności w modlitwie i braterskiej służbie ludziom w duchu rad ewangelicznych. Bez tej pomocy świeckość mogłaby łatwo przerodzić się w filantropijny naturalizm, eliminując stopniowo elementy związane z jej charakterem nadprzyrodzonym, a mianowicie modlitwę, ubóstwo, czystość, posłuszeństwo i miłość.

Tak więc konsekracja dobrze rozumiana i przeżywana zapewnia nienaruszalność charakteru świeckiego i pobudza chrześcijanina do „szukania Królestwa Bożego przez zajmowanie się sprawami świeckimi i kierowanie nimi po myśli Bożej", a tym samym nie pozwala, by „zajmowanie się sprawami świeckimi" było jedynym celem jego działalności i najważniejszą treścią życia.

W sposób bardziej skuteczny. Dotykamy tutaj tego, co jest najgłębsze i najbardziej ukryte w tajemnicy chrześcijaństwa, a mianowicie zagadnienia stosunku natury do łaski, stosunku możliwości człowieka do potęgi Boga. Działanie chrześcijanina — to działanie, na które składają się ludzkie możliwości i pomoc łaski, a więc działanie ludzkie i Boże równocześnie. Współudział Boga zależy od wielkości daru łaski, ale także od tego, na ile człowiek jest otwarty na jej przyjęcie. Wiemy, że otwarcie to wzrasta proprocjonalnie do wzrostu naszej uległości Duchowi Świętemu, naszego posłuszeństwa Bogu w Chrystusie. Otóż obiektywnie biorąc można powiedzieć, że konsekracja jest danym ludziom przez Boga i zazdrośnie strzeżonym przez Kościół wspaniałym środkiem, który pozwala chrześcijaninowi osiągnąć pełnię miłości, to znaczy wewnętrzne zjednoczenie z Bogiem oraz miłość do braci. Kiedy świecki konsekrowany żyje wymaganiami konsekracji, a więc jednoczy się coraz ściślej z Bogiem, wzrasta jego zdolność działania dla Królestwa Bożego, szukania tego Królestwa we wszystkim i zawsze oraz kierowania sprawami doczesnymi po myśli Bożej dzięki nadprzyrodzonej mądrości wiary. Potrzebny jest tutaj oczywiście ludzki wkład nauki, techniki i cnót naturalnych, wymaganych na płaszczyźnie rzeczywistości doczesnej i dla celów doczesnych, ale przez ścisłe zjednoczenie z działaniem Bożym ludzka działalność wyzwala się od zniekształceń, jakie powoduje grzech i staje się zdolna do naturalnego dobra. Im bardziej to się ujawnia, tym bardziej konsekracja i świeckość stają się organiczną jednością, a styl życia świeckiego konsekrowanego coraz lepiej wyraża to, o czym mówił Sobór żądając, aby „każdy człowiek świecki był wobec świata świadkiem zmartwychwstania i życia Pana Jezusa i znakiem Boga żywego" (KK, n. 38).

Jest to styl życia chrześcijanina, który na mocy chrztu i zakorzenionej w nim konsekracji, (...) przez odrzucenie światowości, mocą Krzyża Chrystusa i w łączności z Jego zbawczą ofiarą uczestniczy w dziele odkupiania spraw doczesnych, „aby się ustawicznie dokonywały i rozwijały po myśli Chrystusa i aby służyły chwale Stworzyciela i Odkupiciela" (KK, n. 31). Ten styl powinna charakteryzować wielka pokora, pokora człowieka, który wie, że został powołany do tego, aby zniknąć w cieście świata... Powinno charakteryzować go otwarcie na wszystko, co w świecie jest pozytywne, a także nadzieja oparta na zbawczej mocy Boga i radość człowieka, który angażuje się głęboko w swoją działalność nie szukając jednak osobistego sukcesu, ponieważ cel tej działalności leży na innej płaszczyźnie. Styl ten nie różni się zasadniczo od stylu życia każdego chrześcijanina i dlatego nie potrzeba żadnego zewnętrznego znaku konsekracji. Znakiem wyróżniającym ma być tutaj jedynie intensywność i prostota, z jaką człowiek przeżywa swoje powołanie (...).

Świecka konsekracja jako „znak czasów" włącza się w perspektywę, którą nakreśliła Konstytucja duszpasterska Gaudium et spes mówiąca o stosunku Kościoła do świata i powołaniu laikatu (...),

Tłum. L. R.

Referat wygłoszony w Rzymie, we wrześniu 1970 r. przez Giuseppe Lazzatiego, podczas pierwszego Światowego Kongresu Instytutów Świeckich (z niewielkimi skrótami), Ateneum Kapłańskie, 1985, 105 (77), nr 2/459, 214-223.

W: Dla Boga i świata, świeccy konsekrowani, Kielce 1993, s. 79 - 86.

MODLITWA JAKO WYRAZ ŚWIECKIEJ KONSEKRACJI, ŹRÓDŁO MISJI I KLUCZ FORMACJI

Podejmując temat modlitwy nie zamierzamy przedstawiać tu żadnych nowych teorii. Chcemy po prostu, sięgając do tradycji Kościoła i własnych doświadczeń, przemyśleć wspólnie zagadnienie, które zostało sformułowane w tytule. Pragniemy zarysować tu w pewnym sensie perspektywę teologiczną, która powinna wyznaczać kierunek naszych poszukiwań. Wypowiedź zostanie podzielona na trzy części, zgodnie z trzema członami tytułu, ponieważ taka struktura sama przez się podkreśla znaczenie modlitwy w jej najgłębszym powiązaniu z życiem.


1. Modlitwa jako wyraz świeckiej konsekracji

Nie chcemy tu mówić ogólnie o modlitwie, ale zamierzamy zastanowić się nad modlitwą człowieka, który przeżywa swoje poświęcenie się Bogu pośród rzeczywistości doczesnych, starając się równocześnie rozwijać i organizować te rzeczywistości zgodnie z myślą Bożą. Takie konkretne ujęcie problemu wymaga jednak najpierw przypomnienia, czym jest świecka konsekracja. Pojęcie to będzie punktem wyjścia dla naszych rozważań.

Przez świecką konsekrację rozumiemy zazwyczaj możliwie najpełniejsze zrealizowanie konsekracji chrztu. Innymi słowy jest ona równocześnie darem Bożym i naszym zaangażowaniem, naszą odpowiedzią na powołanie do tego, by odnaleźć w sobie „obraz" Boga (Rdz l, 26), według którego zostaliśmy stworzeni w Słowie (J 1,1-4). Mamy odnaleźć ten obraz w Chrystusie, Słowie Wcielonym, przez zanurzenie się w Jego śmierci i życiu w sakramencie chrztu (por. Rz 6, 3-11). On jest naszym wzorem i trzeba nam upodobnić się do niego odtwarzając w sobie Jego charakterystyczne rysy. Otóż najbardziej charakterystycznym rysem Chrystusa jest to, że Jego człowieczeństwo, które przyjęła i w którym wyraziła się Osoba Słowa, odnajduje niezaprzeczalny znak swojej bosko-ludzkiej rzeczywistości w nieustannym zjednoczeniu z Ojcem, w czystości, ubóstwie i posłuszeństwie, przez które wypowiada się pełnia miłości. Jest to rzeczywistość jedyna i niepowtarzalna, ale mamy starać się ją naśladować.

Nasza konsekracja polega więc na tym, ażeby „iść możliwie najbliżej za Chrystusem". Przez nią powinien jak najpełniej rozwinąć się istotny element powołania człowieka jako stworzenia, a mianowicie jego powołanie do dialogu miłości z Bogiem.

Dokonuje się to już przez chrzest, który wszczepia człowieka w Chrystusa, ponieważ w Nim i przez Niego w każdym chrześcijaninie odtwarza się stan zjednoczenia z Ojcem. Tym bardziej staje się to rzeczywistością w człowieku konsekrowanym, który świadomie przeżywa swoje oddanie Chrystusowi i stara się być w tym konsekwentny. Otóż w Chrystusie stan zjednoczenia z Ojcem sprawia, że Jego modlitwa, działanie i męka, chociaż stanowią w życiu momenty odrębne, stają się jednym ciągłym dialogiem miłości, łączącym Syna z Ojcem w Duchu Świętym. Na tym właśnie polega tajemnica Chrystusa. Pozostając w łonie Ojca Syn przyjmuje człowieczeństwo jako Osoba i staje się człowiekiem w łonie Maryi. W ten sposób, podczas gdy Boska Osoba Słowa przebywa i działa pośród ludzi, człowieczeństwo Jezusa, które stanowi jedno z tą Osobą, pozostaje w stałej łączności z Ojcem, zespolone z Nim więzią miłości Ducha Świętego, który kieruje każdym krokiem Jezusa, inspiruje każde Jego słowo i czyn.

Zgłębienie treści tej tajemnicy w świetle wiary i w uległości Duchowi Świętemu, zrozumienie, że mamy w niej udział przez nasze własne zjednoczenie z Ojcem w Synu przez Ducha Świętego, zjednoczenie zapoczątkowane przez chrzest i rozwinięte dzięki konsekracji — to warunek uchwycenia prawdziwego sensu i wartości modlitwy. W tym świetle modlitwa ukazuje się nie jako narzucone z zewnątrz prawo, lecz jako istotna potrzeba życiowa, jako oddech, pulsowanie życia, będącego w swojej istocie zjednoczeniem z Trójcą Świętą, od której to życie pochodzi i do której musi powrócić jako do swego celu i ostatecznej pełni. W tym świetle modlitwa w jej rozmaitych aspektach, jako adoracja i uwielbienie, skrucha i prośba (wszystkie te aspekty odpowiadają sytuacji stworzenia odkupionego przez Syna i uświęconego przez Ducha Świętego) staje się zwornikiem, który decyduje o jedności różnorodnych elementów naszego codziennego życia. W ten sposób, podobnie jak to było w życiu Chrystusa, zjednoczenie życia z Trójcą Świętą konkretyzuje się w tej jedności; na tej drodze, nie zacierając różnicy między modlitwą a codzienną pracą, przezwyciężamy istniejący tak często w naszym życiu podział, niesłychanie szkodliwy zarówno dla modlitwy jak i dla działania.

Ażeby modlitwa mogła stać się istotnym, rzeczywistym wyrazem stałego zjednoczenia z Trójcą Świętą, świecki konsekrowany powinien starać się uchwycić głęboki sens swego szczególnego powołania. Sens ten tkwi w połączeniu konsekracji i świeckości. Dopóki się tego nie zrozumie, nie sposób uniknąć nie tyle rozróżniania, które jest konieczne, lecz w pewnym sensie rozdzielania modlitwy i czynu. Trudności, jakie mogą z tego wyniknąć i które rzeczywiście często wynikają, rzutują ujemnie na owocność powołania, a nieraz nawet na samo powołanie.

Jeżeli zatem przyjmiemy jako punkt wyjścia pełne zrozumienie istoty świeckiej konsekracji, nietrudno będzie nam zauważyć, że dla rozwoju modlitwy potrzebne są dwie zasadnicze postawy serca: zwrócenie się ku Bogu i skierowanie uwagi na rzeczywistość doczesną, w której żyje i na którą oddziaływuje świecki konsekrowany; na jej aspekty zarówno pozytywne jak i negatywne. Ważne jest, by rzeczywistość doczesną widzieć w Bogu i Boga w niej, w perspektywie tajemnicy stworzenia (por. Rz 8, 19-23), unikając z jednej strony niewłaściwej sakralizacji doczesności, a z drugiej radykalnego rozdzielania sacrum i profanum, będącego skutkiem niemożliwej do przyjęcia laicyzacji. Nie musimy chyba przypominać, że używany tutaj termin „rzeczywistość doczesna" odnosi się do całego stworzenia i obejmuje osoby, stosunki i rzeczy; że ujmuje on to wszystko w historycznym dynamizmie, w procesie wzrostu i przemiany, który dokonuje się dzięki twórczym mocom, jakimi Bóg obdarzył świat i dzięki pracy człowieka, który z woli Stwórcy ma kierować jego rozwojem.

Kiedy zrozumienie świeckiej konsekracji stanie się życiem mego życia, krwią mojej krwi i świadomością ożywiającą moje istnienie i działanie, wówczas świadomość mojego zjednoczenia z Ojcem w Synu przez Ducha Świętego, który żyje w moim „byciu w świecie i dla świata" wyrazi się w sposób najbłębszy i najdoskonalszy, najbardziej uspokajający, a równocześnie pobudzający nie gdzie indziej, lecz właśnie w modlitwie. Można chyba powiedzieć, że z takiej świadomości zrodziła się Księga Psalmów, że z niej powstały modlitwy Jezusa zachowanie w Ewangeliach, aż do ostatniej, nie tyle wypowiedzianej, co dopełnionej w ofierze posłuszeństwa, w męce przyjętej aż do śmierci na krzyżu.

Tak więc spojrzenie skierowane w akcie adoracji ku niewypowiedzianej tajemnicy Boga-Trójcy, spojrzenie, które staje się modlitwą chwalebną, wypowiadaną słowami — cudzymi lub własnymi, jak nam poddaje Duch Święty, czy też wyrażoną milczeniem, bardziej wymownym niż słowa — łatwo, niemal instynktownie przechodzi od kontemplacji niewidzialnej obecności Boga poza rzeczywistością widzialną, do szukania i kontemplowania Jego obecności — innej, ale równie rzeczywistej, którą oko wiary potrafi dostrzec w osobach i okolicznościach mojego codziennego życia. Także poczucie mojej niewystarczalności, świadomość, że nie odpowiedziałem na nalegania Miłości Bożej i wynikająca z tego potrzeba skruchy i otrzymania przebaczenia dojdą do głosu
bardziej konkretnie, jeżeli będę „sprawdzał" swoje zjednoczenie z Bogiem w Chrystusie nie w sposób mglisty i oderwany, lecz w konkrecie „strasznej codzienności", w której z woli Bożej mam żyć. Również odmawianie „Ojcze nasz", błaganie słowami Mistrza lub moimi własnymi, będzie bardziej intensywne i bardziej precyzyjne, gdy stanie się wyrazem co dzień głębiej odczuwanej potrzeby otrzymania koniecznej pomocy, aby rzeczywiście szukać Królestwa Bożego zajmując się sprawami doczesnymi i organizując je zgodnie z planem Bożym.

W ten sposób modlitwa staje się istotnym momentem, w którym umacnia się i wypowiada nasze zjednoczenie z Bogiem w Chrystusie, zjednoczenie będące — przy niedoskonałości ludzkiej natury — odtworzeniem postawy Jezusa, zwróconego równocześnie ku Ojcu i ku światu. Taka właśnie postawa charakteryzuje (lub powinna charakteryzować) świeckie życie konsekrowane.

Narzuca się nam teraz pytanie, czy i w jakiej mierze to, co słyszymy ewentualnie o modlitwie w naszych kościołach, prowadziło nas czy prowadzi w takim właśnie kierunku? Czy i w jakiej mierze pomaga nam do tego sprawowana liturgia? Jeżeli nie —to dlaczego? Czy i w jakiej mierze nasze własne doświadczenia mogą nam pomóc do osiągnięcia tak ważnego celu, a kiedy go już osiągniemy — do zwiększenia naszej zdolności do modlitwy? Na tej drodze nasz pokorny wysiłek mógłby stać się pożyteczny dla innych i dopomóc zarówno kapłanom jak świeckim do tego, aby nie oddzielać modlitwy od codziennego życia, aby cierpliwie i wiernie wprowadzać życie do modlitwy, a modlitwę i jej ducha do życia. Wtedy dopiero stanie się ono — zgodnie z zachętą Soboru — w pokorze i miłości „świadectwem zmartwychwstania Jezusa Chrystusa i znakiem Boga żywego" (KK, n. 38).

2. Modlitwa jako źródło misji

Jeżeli nie przestajemy trwale wpatrywać się w Chrystusa, pojmujemy coraz jaśniej, że zjednoczenie Syna z Ojcem w Duchu Świętym, Ich substancjalna miłość, jest najgłębszym wytłumaczeniem tajemnicy życia Wcielonego Słowa. Zjednoczenie to znajduje w modlitwie swój najbardziej osobisty i najmocniejszy wyraz przez intensywną i pełną radości świadomość prowadzenia niewysłowionego dialogu: „spędził całą noc na modlitwie do Boga" (Łk 6, 12). Ale zjednoczenie z Ojcem sprawia również, że modlitwa staje się momentem głębszego uświadomienia sobie otrzymanej od Ojca misji i umocnienia do jej wykonania. Ojciec powierza tę misję Synowi, a Syn przyjmuje ją od Ojca w zjednoczeniu miłości, które trwa między Nimi także wówczas, kiedy Syn jako
człowiek przeżywa w Nazarecie, na drogach Palestyny czy na Kalwarii dni intensywnej pracy, nauczania i męki. Początkowy moment oddania się Jezusa Ojcu dla wypełnienia Jego zbawczej woli można by wyrazić pięknym dialogiem Iząjasza: „Kogo mam posłać? Kto by nam poszedł?" — „Oto ja, poślij mnie" (Iz 6, 8). Gotowość wyrażona w tym dialogu trwa przez całe życie Jezusa i wypowiada się szczególnie w Jego ludzkim doświadczeniu kontaktu z Ojcem podczas nocy spędzanych na modlitwie. Czy nie możemy powiedzieć, że ta modlitwa właśnie pomaga Jezusowi-Człowiekowi coraz głębiej przyswajać sobie sens misji powierzonej Słowu i będącej motywem Jego Wcielenia, misji, która miała polegać na tym, aby według planu powziętego przed założeniem świata doprowadzić ludzi do świętości i uczynić ich przybranymi synami w Jezusie Chrystusie, ażeby cały świat zjednoczyć w Chrystusie jako Głowie (por. Ef 1, 4-10).

Podobnie dzieje się z nami. My także w porywie miłości ku Temu, który nas powołał, aby iść jak najbliżej za Nim w Jego pracowitym życiu „syna cieśli" i mieszkańca Nazaretu, odpowiedzieliśmy ze swej strony: „Oto ja, poślij mnie!" Ta porywająca misja przyjęta z entuzjazmem pozostanie żywa, a nawet pogłębi się w sercu świeckiego konsekrowanego, o ile potrafi on czerpać z modlitwy światło i siłę do jej wypełniania w łączności ze Słowem Wcielonym, z Jego doświadczeniem życia w Nazarecie dla zbawienia świata, z Jego doświadczeniem pracy i udziału w życiu palestyńskiej społeczności. To prawda, że teksty ewangeliczne nie zanotowały żadnego szczegółu na temat doświadczeń Jezusa w ciągu niemal trzydziestu lat Jego życia, myślę jednak, że to milczenie jest uzasadnione. Dzięki niemu możemy uniknąć niebezpieczeństwa mechanicznego naśladowania postaw, które z natury rzeczy wymagają dostosowania do zmiennych sytuacji historycznych, przy zachowaniu pełnej wierności wobec zasadniczego nastawienia i kierunku. Nie chodzi bowiem o to, by z hipotez na temat życia Jezusa w Nazarecie wyprowadzać normy konkretnego postępowania i odpowiedniego ustosunkowania się do „rzeczywistości doczesnych". Istotne jest to, ażeby dzień po dniu wierność modlitwie pojmowanej jako ważny moment naszego zjednoczenia z Bogiem w Chrystusie dawało nam świadomość sensu misji wynikającej z naszego powołania i siłę do jej pełnienia mimo różnego rodzaju trudności.

Zadanie, jakie powierza nam Ojciec w Chrystusie, również polega na tym, ażeby „wszystko na nowo zjednoczyć w Chrystusie jako Głowie". Misji tej nie należy rozumieć w sensie niewłaściwej sakralizacji świata; zgodnie z tym, co powiedział Sobór, wiemy, że zadaniem naszym jest „szukać Królestwa Bożego zajmując się sprawami świeckimi i kierując nimi po myśli Bożej" (KK, n. 31). W powierzonej nam misji soborowy tekst podkreśla dwa momenty: najpierw nasze uświęcenie, wyrażone słowami: „szukać Królestwa Bożego", Królestwa, które ma być przede wszystkim zaprowadzone w nas samych i we wszystkich ludziach. Królestwa prawdy, sprawiedliwości, łaski, świętości, miłości i pokoju. Drugi moment — to działanie w świecie i oddziaływanie na świat, ażeby 'kierować jego sprawami po myśli Bożej. Trzeba tak ten świat porządkować, by łatwiej w nim było człowiekowi odpowiadać na Boże wezwanie. Tymczasem doświadczenie każdego dnia pokazuje, jak łatwo i do jakiego stopnia poddajemy się pokusie ukrytej ale mocnej, aby dążenie do uświęcenia oddzielać od naszej zwykłej pracy i działalności doczesnej. Tak łatwo zapominamy również, że nasza misja nie polega na samym zajmowaniu się sprawami doczesnymi, ale na tym, by kierować nimi po myśli Bożej. Prawdziwe i pełne rozumienie naszej misji możemy zachować tylko przez modlitwę, która stanie się prawdziwym i rzeczywistym wiązaniem zespalającym naszą konsekrację z powierzoną nam misją. W ten sposób nawet w najcięższych, najtrudniejszych momentach naszego świeckiego zaangażowania będzie trwała w nas żywa świadomość zjednoczenia z Ojcem w Chrystusie oraz świadomość misji, która z tego zjednoczenia wypływa i której możemy być wierni tylko dzięki zjednoczeniu z Bogiem.

Zdajemy sobie sprawę, jak bardzo potrzebujemy umiejętności i zdolności wnikliwego oceniania i ujmowania spraw i wydawania trafnych sądów, jak bardzo potrzebujemy mądrości (w znaczeniu biblijnym), aby rozumieć i wypełniać naszą misję tak, jak tego chce Bóg. Nic więc dziwnego, że przychodzi nam na myśl modlitwa, którą Księga Mądrości wkłada w usta Salomona. Czując swoją odpowiedzialność za sprawowanie rządów — to znaczy działanie zgodne ze sprawiedliwością (Sobór nazywa to „zajmowaniem się sprawami świeckimi i kierowaniem nimi po myśli Bożej"), modli się on w ten sposób: „Boże przodków i Panie miłosierdzia, któryś wszystko uczynił swoim słowem i w Mądrości swojej stworzyłeś człowieka, by panował nad stworzeniami, co przez Ciebie się stały, by władał światem w świętości i sprawiedliwości (...) dajże mi Mądrość, co dzieli tron z Tobą (...). Choćby był ktoś doskonały między ludźmi, jeśli mu braknie mądrości od Ciebie, za nic będzie poczytany (...) Z Tobą jest Mądrość, która zna Twe dzieła i była z Tobą, kiedy świat stwarzałeś, i wie, co jest miłe Twym oczom, co słuszne według Twoich przykazań. Wyślij ją z niebios świętych (...), by przy mnie będąc pracowała ze mną i żebym poznał, co jest Tobie miłe. Ona bowiem wie i rozumie wszystko, będzie mi mądrze przewodzić w mych czynach (...) i będą przyjemne dzieła moje..." (Mdr 9, 1-12).

Z modlitwy czerpiemy Mądrość, przez modlitwę otrzymujemy dar właściwego rozumienia naszej misji, abyśmy nie sprowadzali jej do zwykłego ludzkiego wysiłku, mającego na celu budowanie „państwa ziemskiego", bardziej według ludzkiego kaprysu niż według myśli Bożej. Ażeby tego uniknąć potrzebujemy nie tylko Mądrości, „by przy nas będąc z nami pracowała", lecz także wielu solidnych cnót, które byłyby oparciem dla naszego wysiłku: pokory, męstwa i cierpliwości, tej cierpliwości, która trwa niestrudzenie, cierpliwości, która jest prawdziwą umiejętnością cierpienia i nie cofa się w obliczu krzyża; cierpliwości, która nie godzi się na to, aby dla uniknięcia krzyża zmienić metody Ewangelii na metody tego świata. Jedynie modlitwa może zasilać te cnoty, modlitwa, z której dzień po dniu czerpiemy prawdziwe rozumienie naszej misji i niezawodną pomoc do zachowania wierności.

Działanie pozbawione takiej perspektywy byłoby nieuchronnie skazane na zejście do poziomu czystego naturalizmu, stałoby się działaniem „laickim" (w sensie negatywnym) i zatraciłoby sens misji. Do tego musi dochodzić wówczas, kiedy misja nie jest zasilana nieustannie u swego prawdziwego źródła, którym zawsze będzie zjednoczone z Ojcem w Chrystusie przez działanie Ducha Świętego. Najbardziej żywotny moment tego zjednoczenia stanowi właśnie modlitwa.

3. Modlitwa jako klucz formacji

Im więcej zastanawiamy się nad naszym powołaniem, tym lepiej rozumiemy, jaką rolę powinny spełniać Instytuty świeckie w Kościele i w świecie. Ale jesteśmy również przekonani, że tajemnica owocności tych Instytutów tkwi w formacji ich członków, zarówno jeśli idzie o kształtowanie silnej osobowości świeckich konsekrowanych, jak i twórczą obecność w Kościele i w świecie, gdzie mają żyć i działać. Nie przypadkowo w dokumentach Kościoła dotyczących Instytutów świeckich, a także w samych Instytutach przypisuje się tak wielkie znaczenie formacji i tyle uwagi poświęca się związanym z nią problemom.

Zdajemy sobie sprawę, że proces formacji świeckich konsekrowanych musi obejmować różne dziedziny rozwoju człowieka. Można chyba jednak powiedzieć, że punktem przecięcia rozmaitych płaszczyzn, a wiec w pewnym sensie węzłowym problemem jest formacja do modlitwy. Zdolność do modlitwy najlepiej wyraża charyzmat specyficznego powołania świeckich konsekrowanych i jest niewyczerpanym źródłem jego realizacji.

Stwierdzenie takie oznacza, że formacja w świeckich wspólnotach powinna być jeśli nie wyłącznie, to w każdym razie przede wszystkim formacją do modlitwy. Nie tylko do modlitwy w sensie ogólnym, ale do tego specjalnego jej typu, jaki został opisany — może zbyt skrótowo — w pierwszym punkcie, do modlitwy nieustannie odnawiającej w świadomości człowieka poczucie i pewność włączenia w Chrystusie i z Chrystusem w nurt życia Trójcy Świętej, a równocześnie modlitwy docierającej do najdalszych granic świata, gdzie człowiek trudzi się dla budowania Bożego Królestwa, modlitwy obejmującej wszelkie najbardziej nawet oddalone od Boga sytuacje, w których stworzenie oczekuje wyzwolenia „z niewoli zepsucia, by uczestniczyć w wolności i chwale dzieci Bożych" (Rz 8, 21).

Nie możemy jednak zapominać o tym, że na ogół w naszych kościołach za mało starania poświęca się wychowaniu wiernych do modlitwy. Na skutek tego ci, którzy przyjmują skierowane do nich wezwanie, przychodzą często do nas bez znajomości autentycznej modlitwy i bez żadnego doświadczenia w tej dziedzinie. Dobrze, jeśli nie mają przynajmniej wypaczonych pojęć o modlitwie! Nie mówię tutaj o doświadczeniach modlitwy w grupach charyzmatycznych, które musimy uznać — nawet jeśli patrzymy na nie krytycznie — za jakąś formę reakcji wobec zbytniego sformalizowania modlitwy, którą sprowadza się do powtarzania gotowych formuł bez prawdziwego zaangażowania wewnętrznego. Chcę raczej mówić o formach, które nazwałbym „dewocyjnymi", a które związane są bardziej z marginesowymi aspektami pobożności niż z samą istotą chrześcijańskiego misterium i wielkimi prawdami wiary, będącymi źródłem autentycznej pobożności. Tym bardziej naglące jest więc nasze zadanie. Mogłoby ono skonkretyzować się w punktach, które pozwalam sobie sformułować jako ważne tematy do dyskusji i refleksji.

A. Każda wspólnota powinna czuć się odpowiedzialna za wypracowanie takiego sposobu modlitwy, który by wyrażał i konsekrację, i świeckość. Będzie to możliwe z jednej strony dzięki nieustannemu zgłębianiu tego, co na temat modlitwy zostało wypracowane w ciągu dwudziestu wieków istnienia Kościoła.

Ogromne bogactwo mądrości (będącej darem Ducha Świętego) i doświadczenia zawiera się w tym dorobku, począwszy od patrystycznych traktatów o modlitwie, poprzez fundamentalne dzieła Teresy z Avila, aż do pism Karola de Foucauld czy Madeleine Delbrel. Tymczasem nasza wiedza o modlitwie sprowadza się często do tego, co zaczerpniemy z rzeczy najnowszych, pośpiesznie czytanych. Niewątpliwie są one wartościowe, nie wystarczają jednak, jeśli mamy odnaleźć zapomniane już ale cenne wartości.

Z drugiej strony z wysiłkiem refleksji należy połączyć trud praktykowania nowych form modlitwy, rodzącej się w nas i pośród nas, skoro właśnie w modlitwie wypowiada się w szczególny sposób nasz charyzmat. Będzie ona owocem słuchania Słowa Bożego i spontanicznej reakcji wobec spotkania się tego Słowa z określoną sytuacją naszego życia. Wyrazi się w adoracji i uwielbieniu, w akcie skruchy i prośbie, w głębokim milczeniu czy pieśni — dawnej lub nowej.

Podejmując odpowiedzialne zdanie twórczości w dziedzinie modlitwy musimy liczyć się z tym, że modlitwa osobista powinna łączyć się z modlitwą wspólną, zwłaszcza liturgiczną. Będziemy więc chętnie uczestniczyć w modlitwie wspólnoty większej niż grupa najbliższych osób (w nabożeństwach parafialnych, diecezjalnych itp.), a równocześnie będziemy czuwać, by nasza modlitwa osobista nie była zbyt indywidualistyczna, aby nie zatraciła poczucia jedności z innymi („Ojcze nasz"..."), z Kościołem i całą ludzkością, w której imieniu się modlimy.

B. Każdy, któremu powierzono w naszych Instytutach czuwanie nad formacją aspirantów, powinien być w całym tego słowa znaczeniu człowiekiem modlitwy. Nie w tym sensie, żeby równocześnie nie był „człowiekiem czynu", ale żeby dzięki odpowiedniemu przygotowaniu i doświadczeniu urzeczywistniał w swoim życiu sposób praktykowania modlitwy właściwy dla danej grupy i mógł go przekazywać własnym przykładem, a nie tylko słownym pouczeniem.

Zbędne byłoby dodawać, że kiedy mówimy o konkretnym przykładzie praktykowania modlitwy, mamy na myśli również czas, jaki jej poświęcamy oraz sposób modlitwy. Życie modlitwy nie rozwinie się bowiem bez wiernego poświęcania modlitwie odpowiedniej ilości czasu, ażeby mogła ona zrodzić się w duszy, umocnić się i wzrosnąć. Wtedy dopiero stanie się ona wyrazem naszej świeckiej konsekracji i źródłem misji.

C. Jeżeli zadbamy poważnie o rozwój życia modlitwy w Instytucie, to wówczas ci, którzy się z nim zetkną, nie będą mieli wątpliwości co do jego natury i potrafią rozpoznać jeden z najważniejszych znaków powołania do świeckiej konsekracji. Tym znakiem powinna być, moim zdaniem, żywa praktyka modlitwy, w której dałoby się dostrzec cechy charakterystyczne grupy.

Wydaje mi się, że cechy te można w skrócie przedstawić: a. rozumienie sensu świeckiej konsekracji, b. duch żywej wspólnoty w Instytucie i to, co stanowi jego duszę, c. rozumienie własnej misji, którą żyje Instytut, d. wierność modlitwie, będącej podstawą prężności i owocności Instytutu.

Myślę, że jeśli ten, kto przychodzi do Instytutu, zobaczy w nim praktykę modlitwy będącej prawdziwą i dobrą syntezą jego istoty, celu i sposobu działania, będzie mógł bez trudu i z dużą pewnością sprawdzić własne powołanie. Nie przyjdzie mu wtedy na myśl, że najbardziej autentycznym znakiem świeckiego powołania jest zamiłowanie do działania, które często przeradza się w niespokojny aktywizm i do niczego nie prowadzi.

Najbardziej autentyczny znak ukaże mu się wówczas jako połączenie modlitwy i działania, działania i modlitwy. Ostatecznie będzie to po prostu świadomość, że modlitwa jest wyrazem jego świeckiej konsekracji, źródłem jego misji i kluczem formacji.

Tłum. L. R.

Referat wygłoszony w Rzymie, w sierpniu 1976, przez Giuseppe Lazzatiego, jako wprowadzenie do obrad Światowego Kongresu Instytutów Świeckich, poświęconego zagadnieniu modlitwy, Ateneum Kapłańskie, 1985, 105 (77), nr 2/459, 236-244.

W: Dla Boga i świata, świeccy konsekrowani, Kielce 1993.

FRANCOIS MORLOT: CHRZEŚCIJANIE JAK INNI

(fragmenty)

I.

Oryginalność Instytutów świeckich polega na połączeniu prawdziwego zakorzenienia w świecie z pragnieniem życia możliwie najpełniej ewangelicznego. „Oddanie siebie Bogu mam przeżywać jako osoba świecka" — mówi jedno ze świadectw.

Instytuty przez swoje istnienie stwierdzają, że Ewangelia może być przeżywana na każdym miejscu, gdzie żyje człowiek. Często uważano, że konieczne do tego są pewne bariery, klauzura, zewnętrzne zabezpieczenia. Instytuty świeckie dowodzą, że dla dochowania wierności ucznia, wystarczy moc wewnętrzna, dana przez Jezusa i Jego Ducha, który w nas żyje.

Niewątpliwie pragnienie aktywnej obecności w świecie, takiej obecności, jakiej chciał Sobór, nie jest wolne od niebezpieczeństw. Potwierdza to zbyt wiele przykładów. Już dawno św. Paweł przestrzegał przed „braniem wzoru z tego świata". Często widzieliśmy, że Kościół stawał się światowy: był niegdyś Kościół dworu, dzisiaj bywa Kościół poddany sekularyzacji. Ale to ryzyko nie powinno mieć wpływu na osłabienie zaangażowania w rzeczywistości doczesne, wręcz przeciwnie. Trzeba tylko, by towarzyszył mu równoległy wysiłek w kierunku życia bardziej ewangelicznego.

Gdyby zresztą akcentowało się jednostronnie tylko to ostatnie, łatwo można by wpaść w przeciwne niebezpieczeństwo, to znaczy przyjąć postawę ucieczki od świata, uznając go za zepsuty i prowadzący do zepsucia. Zawsze grozi Kościołowi niebezpieczeństwo tworzenia sfery strzeżonej i ochronnej, która miałaby ze światem jedynie kontakty „aseptyczne".

Oczywiście konieczne jest istnienie wspólnot chrześcijańskich zgromadzonych w imię Ewangelii. Wspólnoty zakonne przypominają nieustannie Kościołowi, czym może i powinno być ewangeliczne braterstwo. Pozostają one jednak czymś wyjątkowym, światłem na górze. I niebezpieczne byłoby przekonanie, że tylko tam możliwe jest życie w pełni chrześcijańskie.

Trzeba także, aby niektórzy ludzie, mężczyźni i kobiety, pokazali, że ten kto jest w pełni zakorzeniony w świecie, może odpowiedzieć na wezwanie Jezusa i Jego wymagania nawet najdalej idące. Że można być w pełni w świecie, podejmując, jeśli trzeba, najbardziej odważne zaangażowania, a równocześnie być w pełni w Kościele przez życie zdecydowanie ewangeliczne (s. 18-19).

II.

„Pragnęłam dzielić z innymi — pisze Anna-Maria — zależności wynikające z pracy, ryzyko ubóstwa, samotnej starości, która jest losem wielu ludzi. Nie odchodzić od cierpień świata, ale dodać do nich inne wymagania".

Zakonnik zachowuje oczywiście pewne więzy ze światem, ze swoją rodziną i przyjaciółmi. Niejednokrotnie wykonuje on zawód podobny do tego, czym zajmuje się wielu świeckich. A jednak zmienił on cały układ odniesienia. Zmienił po prostu adres. Nie mieszka u siebie, na jego bilecie wizytowym figuruje adres wspólnoty, do której należy. Wiele ludzkich więzów musiało ulec rozluźnieniu. Zakonnik nie jest panem swojego rozkładu zajęć ani swoich pieniędzy. Pełni swoją misję tam, gdzie został posłany.

Pozwala to zrozumieć poprzez kontrast, czym żyje członek Instytutu świeckiego. On nie musiał zrywać żadnych więzów, nie musiał odcinać żadnego korzenia. Przeciwnie — chce, żeby teraz te więzy i te korzenie były miejscem jego powołania i szukania Boga. Wymowny szczegół: Konstytucja Proyida Mater wymagała, żeby Instytuty świeckie miały wspólne domy, gdzie mieszkaliby odpowiedzialni, gdzie odbywałaby się formacja członków, gdzie by urządzano rekolekcje, przyjmowano osoby starsze i chore. Duża liczba Instytutów nigdy nie zastosowała się do tego przepisu; niektóre grupy otrzymały od niego dyspensę. Odpowiedzialni uważają na ogół, że jako świeccy powinni nadal mieszkać w swoim prywatnym mieszkaniu. Członkowie podczas formacji nie przerywają zazwyczaj swojej pracy zawodowej. Rekolekcje i dni skupienia odbywają się w specjalnych domach, przeznaczonych na te cele. Członkowie chorzy czy starsi uważają, że świeckie powołanie wymaga od nich w razie potrzeby dzielenia losu innych ludzi w szpitalach czy domach starców.

„Instytut mój pomagał mi wchodzić coraz głębiej w życie świeckie, pobudzał do starania, żeby być coraz bardziej obecną w rodzinie, zawodzie, środowisku, dzielić radości, troski, kłopoty i walki wszystkich, umieć słuchać tych, którzy potrzebują się zwierzyć, podtrzymywać ich na duchu, przychodzić z pomocą..." (s. 27-28).

III.

„Nie kryłam swojej wiary — mówi Anna — ale się z nią nie afiszowałam. Ona jednak inspirowała każdy mój wybór". Dyskrecja, jaką otaczają się członkowie Instytutów świeckich, sprawia, że apostolstwo ich podlega często na milczącym świadectwie. Czasem tylko takie jest możliwe i często bywa najskuteczniejsze.

„Troska o to, żeby być świadkiem, stale mi towarzyszy — pisze Janina. — Nawet jeśli nie ma widocznych rezultatów zewnętrznych, wierzę i jestem przekonana o jej skuteczności duchowej, pomimo że czasem odzywa się zniechęcenie wobec pozornej banalności życia. Wierzę w stałe działanie Ducha Świętego we mnie i innych. Kiedy człowiek nieustannie pragnie oddawać się całkowicie Bogu, to On nie może nie posługiwać się swoim narzędziem, aby objawić na swój sposób i w swoim czasie ojcowską miłość".

Świadectwo dawane przez członka Instytutu świeckiego zakorzenia się w codziennym życiu rodzinnym czy zawodowym. Słowa, które przyjdą, które pewnego dnia będą musiały przyjść, wtedy tylko zostaną przyjęte, kiedy znany będzie autentyzm życia świadka. Wędrowny kaznodzieja może pociągać swoją wymową. Ale w życiu codziennym słowa mają o tyle znaczenie, o ile są zakorzenione w życiu. Otoczenie będzie nieraz długo czekać, zanim zacznie słuchać czy pytać. Chce znać jakość metalu, zanim odezwie się głos jego orędzia. Będzie słuchało słów, które odkryją tajemnicę, wiedząc, że świadek zna i podziela ich warunki życia i trudności stwierdzając, że słowo jest po prostu wyrazem codziennego czynu.

Jeżeli członek Instytutu świeckiego poważnie traktuje swoje powołanie, będzie realizował wówczas to, czego Paweł VI żądał od całego Kościoła: „Kościół jako głosiciel Ewangelii zaczyna swe dzieło od ewangelizowania samego siebie". Pragnie on głosić Ewangelię, akceptując jej wymagania we własnym życiu. Wyznanie wiary, w którym wypowiada on decyzję uczynienia ze Słowa Bożego reguły swego codziennego życia, powinno być gwarancją powagi jego świadectwa.

Może świadectwo to pozostanie przez długi czas milczące. Warto mówić jedynie do uszu, które zdolne są słyszeć. Ale członek Instytutu świeckiego powinien umieć głosić orędzie, kiedy tylko będzie to możliwe. Najczęściej nieoczekiwane wydarzenia dostarczają mu okazji, by „zdał sprawę z nadziei", jaką w sobie niesie, by ujawnił, jakie znaczenie nadaje wiara temu wszystkiemu, co przeżywa razem z innymi, by z taką prostotą jak pierwsi uczniowie umiał głosić, że „bliskie jest Królestwo Boże"... (s. 48-49).


IV.

Zasadniczy motyw, który pozwala nam odkryć konieczność dzielenia się z innymi, to przekonanie, że nie jesteśmy właścicielami swoich dóbr. Powierzył je nam Pan dla dobra wszystkich. „Dla mnie ubóstwo — mówi Katarzyna — to przeświadczenie, że dysponuję wieloma dobrami, które do mnie nic należą (pieniądze, zdrowie, czas, zdolności, znajomości etc.), a które Bóg mi chwilowo powierza, aby służyły innym. Mam się więc nimi posługiwać jak włodarz i nigdy nie zapominać o potrzebie dzielenia się z innymi"...

Mamy tu więc jakąś formę głębokiego wewnętrznego wywłaszczenia. Oczywiście zazwyczaj nie zachodzi żadna zmiana w zewnętrznym sposobie życia: nie zmienia się sytuacja społeczna członka Instytutu, inżynier nie staje się robotnikiem... Wobec prawa każdy zachowuje swoją własność, może nią rozporządzać, może coś odziedziczyć. A jednak wobec Boga nikt nie czuje się panem tego, co posiada. Uważa, że wszystko należy do Niego i nieustannie odnawia w sobie to przekonanie, gdyż instynkt posiadania jest w człowieku ogromnie silny. Każdy ma świadomość, że Bóg powierzył mu tylko zarządzanie dobrami i że jego obowiązkiem jest je pomnażać — nie dla siebie, ale dla Boga, to znaczy dla innych.

Uważa, że może nimi dysponować jedynie według myśli Bożej. Nie zawsze jest oczywiste to, czego Bóg żąda w tej dziedzinie. Aby to rozpoznać, konieczna jest refleksja modlitewna, prawość spojrzenia, które nie da się zamącić pragnieniem bogactw, rada innych , która pozwoli odkrywać stopniowo wymagania łaski. Trzeba „podporządkowywać celom Chrystusa dobra, których człowiek nie chce sobie przywłaszczać" — powiedział jeden z założycieli (s. 81-82).

Celibat jest przede wszystkim samotnością. Jest wyrzeczeniem się ciepła ogniska domowego, szczególnego dialogu ze współmałżonkiem, ojcostwa czy macierzyństwa. Członkowie Instytutów świeckich żyją przeważnie sami, przynajmniej na Zachodzie. Często stanowi to cierpienie i próbę, wymaga mocnej i zrównoważonej osobowości.

Ale samotność szybko się zaludnia. Nawet jeśli nie najważniejszą racją celibatu jest dyspozycyjność, to jednak daje on wolność, która pozwala więcej czasu poświęcić innym i z większą odwagą podejmować w razie potrzeby ryzyko, ponieważ człowiek nie boi się przykrych konsekwencji dla swej rodziny. Kontakty mogą się mnożyć, a ich rozmaitość jest często zabezpieczeniem przed wyłącznością, która mogłaby stać się skoncentrowaniem na sobie. „Celibat jest nie tylko oddaniem się Bogu — pisze Katarzyna. — Jest on równocześniem otwarciem na innych. Pomaga mi on być bardziej uważną na ich potrzeby i pragnienia, bardziej otwartą na przyjmowanie tego wszystkiego, co oni mogą mi dać. Pozwala mi być pośród nich tą, która wciąż stara się oddawać Bogu całą ludzkość, wypraszając dla świata miłosierdzie i pokój, a równocześnie chce wszystkim służyć".

W ten sposób samotność w celibacie, przeżywana z miłością, zamienia się na solidarność. Zacieśniają się kontakty w środowisku, w którym się żyje; człowiek staje się solidarny także z najbardziej słabymi i potrzebującymi, mogąc im ofiarować swoją bezinteresowną przyjaźń, która nie czeka na wzajemność (s. 120-121).

Tłum. L.R.

ŚWIADECTWO: POSZUKUJĄ SWOJEGO POWOŁANIA...

Powszechne powołanie do świętości realizuje się na różnych drogach życia. Najbardziej powszechne jest powołanie do życia w rodzinie, do małżeństwa. Dość częsio pojawia się powołanie do kapłaństwa, a także znane są formy życia konsekrowanego w zakonach, zarówno kontemplacyjnych jak i czynnych. Istnieje jednak jeszcze inna — świecka forma konsekracji, taka jaką można przeżywać w Instytutach świeckich. Jest ona mało znana i niełatwo znaleźć informacje na ten temat, niełatwo znaleźć pomoc w odczytaniu Bożego wezwania. A przecież Bóg powołuje na tę drogę...

Spotykamy czasem ludzi, którzy chcieliby oddać się całkowicie Bogu, a nie widzą siebie w ramach wspólnot zakonnych — czy to ze względu na własny temperament, czy warunki życiowe, kiedy na przykład trzeba opiekować się starszymi rodzicami, czy wreszcie ze względu na własne zdrowie... Poszukują oni w różny sposób zaspokojenia swoich duchowych potrzeb. Na jakiś okres czasu wystarcza im nieraz przynależność do któregoś z ruchów w Kościele, do neokatechumenatu — odnowy w Duchu Świętym, grup apostolskich, czy innych jeszcze ugrupowań. Jeśli jednak Bóg wzywa do czegoś więcej, prawdziwym oparciem może okazać się wspólnota życia ewangelicznego, oparta na realizacji rad ewangelicznych, czystości, ubóstwa i posłuszeństwa.

Czasem ktoś precyzuje wyraźnie, że jego miejsce jest w świecie, że nie może zostawić ludzi, z którymi pracuje, bo przeżyliby oni takie opuszczenie jako dezercję i zdradę. Równocześnie jednak odczuwa sam jakiś niedosyt, potrzebuje oparcia, by lepiej służyć Bogu i ludziom. Oto kilka świadectw.

Dagmara będąc w podobnej sytuacji dochodzi do wniosku, że musi zwrócić się do kogoś kompetentnego. Podczas wizytacji duszpasterskiej w swojej parafii udaje się do wizytującego wówczas Kardynała Karola Wojtyły. Mówi mu: „Chcę służyć w świecie Bogu i ludziom. Potrzebuję ukierunkowania i oparcia, szukam grupy, która byłaby ściśle związana z Hierarchią Kościoła...". Ksiądz Kardynał chce jej podać adres, gdzie może się zgłosić; prosi o kartkę papieru. Nie mając nic lepszego pod ręką, wyciąga jakiś odcinek przekazu pocztowego, na którym pisze kredką do brwi adres Instytutu. I tak Dagmara trafia na swoją drogę...

Ale są również tacy, którzy nie umieją po imieniu nazwać tego, czego szukają. Potrzeba im oparcia, dążą podświadomie do prawdziwej przyjaźni, która zbliżyłaby ich do Boga i łudzi, pragną pogłębienia życia wewnętrznego, a to co spotykają, nie zaspokaja ich potrzeb. Jolanta mówi: „Chce pozostać w świecie, nie różnić się od ludzi, ukryć się pośród nich, aby im cicho pomagać i przedstawiać Bogu ich problemy. Przyłączyłabym się chętnie do ludzi podobnie myślących...".

Kazia odczytała swoją pracę dydaktyczno-naukową jako życiowe powołanie i szukała ludzi, którzy by jej pomogli do jego realizacji. Chciała w ten sposób służyć ludziom i szukać prawdy, pobudzać innych do myślenia i szukania Boga. Mówiła: „Szukam ludzi, którzy pomogliby mi zjednoczyć się z Bogiem w pracy, uświęcać moją pracę i służyć ludziom moimi kompetencjami. Pragnę widzieć swój zawód w szerokiej perspektywie. Pragnę przez wierność prawdzie cząstkowej dotykać Prawdy-Miłości".

„Nie wiem jak to określić, ale chyba nie rodzina jest moim powołaniem. Gdybym założyła rodzinę, nie miałabym czasu dla tylu ludzi. Chyba Bóg nie chce dla mnie skrępowania więzami rodzinnymi. Zawsze mam wyrzuty sumienia, gdy zainteresuję się jakimś jednym człowiekiem. To nie prowadzi do małżeństwa. A ludzi potrzebujących widzę coraz więcej..."

„Nie myślę o opuszczeniu świata. Chętnie przyjmę pomoc w ukierunkowaniu mego życia, ale od osób, za którymi stoi autorytet Kościoła". (Toteż ucieszyła się wiadomością o świeckiej wspólnocie życia konsekrowanego, zatwierdzonej przez Kościół.)

Joasia mówi: „Ogromnie się łamałam, co robić. Spotkałam wspólnotę zakonną sióstr bezhabitowych i zaczęłam do niej lgnąć. Wszyscy byli bardzo mili, miałam wrażenie, że kochają się wzajemnie. Pomogli mi w dążeniu do Boga, mówili o służbie innym. Kiedy jednak spędzałam z nimi dwa tygodnie, okazało się, że nie można nikogo zaprosić, bo siostry się kryją. Powiedziano mi, że przełożona ma prawo zadecydować o zmianie mojej pracy, a ja ciągle czułam się posłana do mojego środowiska zawodowego... Dopiero kiedy spotkałam świecką wspólnotę, trudności się rozwiały i odetchnęłam z ulgą".

Krystyna zetknęła się ze wspólnotą Instytutu, kiedy miała już 65 lat. Jako młoda dziewczyna szukała świeckiej formy oddania się Bogu. Obeszła 17 zakonów, ale nikt nie potrafił jej wskazać świeckiej wspólnoty. W końcu złożyła ślub, że będzie zawsze gotowa do pomocy swojej rodzinie. Miała własne mieszkanie, własne życie. Ale wszyscy z rodziny wiedzieli, że jeśli zdarzy się jakaś „awaria", można będzie liczyć na ciocię Krystynę. Do końca życia pozostała w bliskim kontakcie ze spotkanym Instytutem; często powtarzała z żalem: „Gdybym wcześniej o was wiedziała!".

Irena szukała starszej i mądrzejsze od siebie koleżanki-przyjaciółki takiej, która by znała życie, a równocześnie dążyła do coraz bliższej łączności z Bogiem. Liczyła na to, że taka koleżanka pomoże jej dobrze przejść przez życie. Nie wystarczał jej spowiednik, potrzebowała pomocy w konkretnych sytuacjach. Znalazła wreszcie — nie wiedząc, że spotkała członkinię Instytutu świeckiego. Więź przyjaźni stawała się stopniowo coraz głębsza. W pewnym momencie koleżanka powiedziała o swej przynależności do wspólnoty, a Irena zrozumiała, że przez pragnienie przyjaźni Bóg doprowadził ją do oddania się Jemu na świeckiej drodze.

Helena jest inwalidką, pomimo to jednak prowadzi samodzielne życie, pracuje chałupniczo. Bardzo pragnie oddać swoje życie Bogu. Mówi nieraz: „Gdybym była zdrowa, poszłabym do zakonu". Przypadkiem dowiaduje się o istnieniu Instytutów świeckich. To jest właśnie to, o czym marzyła, a czego nie umiała nazwać. Wiadomość tak ją poruszyła, że całą noc nie spała. „Czy to możliwe — myślała —żyć w świecie, być inwalidą, a równocześnie składać śluby, oddać się bez reszty Bogu!" Taką możliwość dawał jej Instytut.

W różny sposób dociera do człowieka wezwanie Boga, który powołuje i w różny sposób cdowiek uświadamia sobie to Jego wezwanie, różnie je odczytuje. Czasami jest ono wyraźne i jasne; niekiedy głos Boży jest delikatny i ledwie słyszalny. Czasami człowiek odpowiada Bogu spontanicznie i z wielką radością, ale bywa i tak, że odczytywaniu powołania towarzyszy ciemność, szarpanina, rozterka, lęk przed ryzykiem... Nieraz przed podjęciem decyzji ktoś przeżywa długi okres wahania i niepewności; inny podejmuje ją łatwo i szybko. Najczęściej powołanie dojrzewa razem z dojrzewaniem człowieka do coraz większej bliskości z Bogiem, razem ze wzrastaniem ku Chrystusowi, zakorzenieniem w Eucharystii i modlitwie.

Czasem Bóg przygotowuje człowieka, dając mu coraz lepsze widzenie ludzkich potrzeb i problemów środowiska. Coraz większe zaangażowanie w ludzkie sprawy łączy się z przeświadczeniem, że założenie własnej rodziny ograniczałoby swobodę działania, utrudniło oddanie się większej liczbie ludzi, zmniejszyło dyspozycyjność.

Trudność w rozpoznaniu powołania może wynikać z braku informacji o możliwości poświecenia się Bogu w życiu świeckim, o istnieniu Instytutów świeckich. Powołanie do świeckiego życia konsekrowanego różni się od powołania zakonnego. Ważne jest odczytanie, na jaką drogę Bóg mnie wzywa. On sam powołuje — ja mam tylko dosłyszeć Jego głos i wypowiedzieć słowo „tak", aby jak najpełniej realizować miłość ku Bogu i ludziom.

A. F.

W: Dla Boga i świata, świeccy konsekrowani, Kielce 1993.

ŚWIADECTWO: DROGI ŻYCIA

Miałam wtedy 19 lat. Byłam na II roku studiów w Krakowie. Mieszkałam z koleżankami w Rynku. Najbliższymi kościołami były Mariacki i św. Barbary, ale jeżeli chciało się wyspowiadać, to najlepiej było iść do Barbary — kościoła oo. Jezuitów, bo tam zawsze ktoś siedział w konfesjonale i nie trzeba było długo czekać.

Otóż raz (...) pamiętam tę spowiedź. Nie tyle nawet, co ja mówiłam, ale odpowiedź, a raczej polecenie księdza. Usłyszałam, żeby codziennie odprawiać 15 minut rozmyślania i codziennie chodzić do Komunii świętej.
I tak się zaczęło. Przeszło pół wieku codziennych spotkań z Panem Jezusem. Szły lata studiów, pracy zawodowej i zarobkowej, lata okupacji i powojenne, a On tak kierował okolicznościami mego życia, że mogliśmy się codziennie spotykać. Przychodził do mnie w wielkich katedrach i w małych kościółkach czy kaplicach... i przy ołtarzu polowym w lesie i na Atlantyku na „Batorym", i na łóżku szpitalnym. Klękałam do Stołu Pańskiego obok Murzynów i Eskimosów.

Nie ograniczało to w niczym mego bogatego życia. Spotykaliśmy się przed pracą i po pracy, na wycieczkach, w kraju i za granicą, o piątej rano przed kopaniem okopów w czasie wojny i po zabawach w czasach pokoju, kiedy do szóstej rano tańczyłam, a na siódmą szlam na Mszę świętą.

Śmiało mogę dziś powiedzieć, że nie przebrnęłabym wszystkich ostrych, karkołomnych zakrętów mego życia, gdyby nie Jego codzienne odwiedziny, które były hamulcem dla moich wad i nieostrożności, a równocześnie pionem wartości w chwilach, kiedy trzeba było wybierać.

Miałam w życiu takie „dziwie" szczęście, że na swojej drodze wciąż spotykałam ludzi skłóconych z Bogiem, zbuntowanych, niewierzących, a nawet wojujących ateistów. Miałam takich w rodzinie, wśród kolegów i koleżanek na studiach i w pracy... w kręgu najbliższych mi osób. Co Tu gadać! W pewnym okresie życia zakochałam się w takim wojującym ateiście, który był wręcz wrogiem Boga i Kościoła i wcale się z tym nie krył.

Nie mogłam koło tych ludzi przechodzić obojętnie. Słowa, dyskusje, argumenty nie dawały absolutnie żadnego rezultatu. Pozostawała modlitwa, więc modliłam się za nich co dzień, ale ich nie ubywało, wręcz przeciwnie, z latami jeszcze przybywało. Nie chcąc więc za każdym razem powtarzać Panu Bogu tasiemcowej litanii ich imion, połączyłam wszystkich w jedną gromadę i nazywałam przed Bogiem „moja gromada", nie wyliczając już, ile tam się osób mieści.

Szły lata za latami.

Aż raz... byłam wtedy w Gdańsku, na jakimś kursie zawodowym. Przed południem spędzałam czas na wykładach, a po południu „pryskałam" z farbami i pędzlami na Stare Miasto, do Oliwy, na plażę i malowałam bogatą architekturę i pejzaż. Któregoś dnia wędrując koło kościoła Wszystkich Świętych, należącego do oo. Franciszkanów (piękny gotyk płomienisty!), weszłam do środka, uklękłam i zaczęłam się modlić: „Panie Boże, czego Ty właściwie ode mnie chcesz? Czego Ty chcesz?" I tak w kółko.
I nagle... podpłynęło do mnie z zewnątrz — bo we mnie absolutnie tego słowa nie było (byłam wtedy w bardzo wesołym nastroju, wśród kolegów i ze sztuką), podpłynęło do mnie jedno słowo: „ofiary". Zrobiło mi się niemiło. Nie podobało mi się to słowo. Czym prędzej pozbierałam swoje manatki i wybiegłam z kościoła, aby malować przepiękną fasadę. Potem zepchnęłam to słowo w niepamięć.

Ale Bóg jest cierpliwy.
W jakieś dwa miesiące potem, kiedy już wróciłam do domu, w pierwszy piątek klęczałam w kościele oo. Jezuitów w naszym mieście i zwyczajnie dziękowałam po Komunii świętej. I znowu, ni stąd ni z owad, podpłynęło do mnie „coś", czego nawet nie potrafiłabym ująć w słowa, choć doskonale rozumiałam o co chodzi.

To było żądanie, a właściwie propozycja.
Propozycja taka: jeżeli chcę, aby Bóg uratował „moją gromadę", to muszę wyrzec się własnego ogniska rodzinnego, a co za tym idzie, wybrać życie według rad ewangelicznych. „Ładny kwiatek!" — pomyślałam — „to przecież znaczy klasztor!"

Był to dla mnie prawdziwy szok. Przerażenie, wstręt i rozpacz! Bo oto waliły się w gruzy wszystkie barwne marzenia mojej młodości. Byłam przecież jak każda normalna dziewczyna, chciałam mieć męża, dzieci, własne ognisko rodzinne i tak widziałam swoją przyszłość. A tu Bóg wywracał do góry nogami wszystkie moje plany.

Płakałam we dnie i w nocy przez trzy tygodnie. Bo równocześnie narastało we mnie przeświadczenie, że za tę cenę mogę uratować całą „moją gromadę". Jak tu pominąć taką szansę? Kochałam tych ludzi, chciałam ich ratować za wszalką cenę. Kochałam ich, a oni niepojęcie głupio pchali się w przepaść, w wieczne zatracenie. I oto taka szansa! Czy mogę ich nie ratować??! A tu trzeba położyć na szali wszystko, całą siebie!

Wreszcie po trzech tygodniach poszłam do konfesjonału. Do dziś pamiętam nazwisko tego ojca Jezuity, który pierwszy mnie uspokoił, ustawił na właściwej drodze. Jeżeli Bóg tak zdecydowanie woła mnie na drogę rad ewangelicznych, a równocześnie pozostawia we mnie tak głęboki wstręt do życia klasztornego, to przecież istnieją Instytuty świeckie, które realizują w warunkach życia świeckiego, bez zmian zewnętrznych, całą głębię rad ewangelicznych. Zrozumiałam. Podjęłam decyzję. Dalej to już była tylko konsekwencja podjętego postanowienia.

Pierwszym krokiem było podłączenie całej „mojej gromady" do Matki Bożej i od tej pory już nie ja sama ich ciągnęłam, ale Ona robiła to za mnie. Nieskończenie doskonalej. A to zmieniało postać rzeczy, skuteczność mojego wysiłku.

Szły lata za latami. Jakie były dalsze losy „mojej gromady"? Dwie osoby przed śmiercią w szpitalu pojednały się z Bogiem. Jedna osoba żyje, zmieniła przekonania, stoi obecnie frontem do Boga. Kilka osób zmarło... Do dziś nie wiem, jakie były ich ostatnie myśli i pragnienia. Ale wiem jedno, że Bóg ich kocha bez żadnego porównania więcej, niż ja ich kochałam i że On pragnie ich szczęścia bez żadnego porównania więcej, niż ja go pragnęłam. Dlatego jestem spokojna o ich los. A reszta? Żyją i są w drodze tak jak i ja. Ale już nie martwię się o nich. Wiem, Komu zaufałam.

A ja sama? Przypomina mi się bajka hinduska, którą niedawno słyszałam w czasie „dnia skupienia". Pewnemu żebrakowi przydarzyło się, że odwiedził go wielki i bogaty pan, prosząc o jałmużnę. Żebrak miał przy sobie tylko mały woreczek ryżu, z którym nie miał ochoty się rozstać, bo to było wszystko co miał. Ale wydobył z woreczka jedno ziarnko i dał panu. Jakież było wieczorem jego zdumienie, gdy w woreczku ryżu zobaczył jedno ziarnko szczerego złota. Jakżesz „pluł sobie w brodę" wtedy, że nie oddał wszystkiego, co miał!

Oto ja jestem w sytuacji takiego żebraka, do którego w pewnym momencie zwrócił się Wielki Pan z prośbą o jałmużnę. On przecież mógł się doskonale obejść beze mnie w realizacji swoich planów, a jednak wyświadczył mi tę „uprzejmość", że w pewnym momencie poprosił mnie o współpracę. A ja —mimo oporów i płaczów — dałam Mu wtedy to, o co prosił. Dałam wszystko, co miałam, dałam siebie, bo więcej nie miałam.

I dziś, kiedy nadszedł wieczór mego życia, patrzę ze zdumieniem, a ja mam pełne garście „szczerego złota"! Bo proszę — czy można mieć więcej? Nigdy nie jestem samotna. Nigdy się nie nudzę. Mam rodzinę... mam zawód, warsztat pracy i pracę, którą kocham. Mam Kogo i co kochać. Mam Serce Wielkiego Pana blisko przy sobie, na co dzień.

„Miłosierdzie Pańskie na wieki wychwalać będę."

ŚWIADECTWO: OBECNOŚĆ

Trudno w kilku zdaniach dać świadectwo stałej Chrystusowej obecności i Jego towarzyszenia człowiekowi. Jednak spróbuję.

Do Instytutu świeckiego trafiłam (jak wiele osób) drogą dosyć okrężną, ale widzę już teraz, jak przydały mi się i przydają doświadczenia tych wszystkich dookolnych ścieżek i wiem, że bez nich byłabym uboższa o bardzo, bardzo potrzebne „narzędzia" i wiedzę.

Pan pozwala mi teraz żyć jakby w podwójnej rzeczywistości. W tej, którą widać dookoła i w tej, którą można tylko odczuć, a o której wiadomo — i nic trzeba przekonywać nikogo — że jest. Pan pozwolił znaleźć Perłę — Siebie Samego i dlatego mogę chodzić w świetle, w perłowym świetle, tzn. w rzeczywistości, która jest szara, ale i nie jest szara, bo świeci, bo jest perłowa.

Przecież nic się nie zmieniło od czasów młodego Kościoła, kiedy na słowa: „W imię Jezusa Nazarejczyka, chodź" (Dz. 3,6b) chromy odzyskał zdrowie. Dziś także mogą się dziać i dzieją się codziennie Jego cuda pośród Jego Kościoła. Każdy dzień jest ich pełen.

Przed pierwszymi ślubami pytałam Go: „Kogo Ty wybrałeś, kim jestem, żeby sprostać konsekracji? Czy nie sięgam za wysoko, po rzeczy nieskończenie mnie przerastające?!" Nie mogąc znaleźć jakoś odpowiedzi, postanowiłam nie „tracić czasu dalej" i odmówić godzinę brewiarzową. Przeczytałam: „Człowieku, dlaczego samemu sobie uwłaczasz, skoro Bóg tak wysoko cię ceni? Dlaczego wywyższony przez Boga, tak bardzo siebie poniżasz? (...) Czy nic widzisz, że cala budowla świata dla ciebie została stworzona? Dla ciebie zesłane słońce rozprasza wszędzie ciemności, dla ciebie nocy wyznaczono granice, dla ciebie odmierzono dzień... (...), dla ciebie ziemia została wymalowana kwiatami, drzewami i owocami; dla ciebie stworzone zostało bogactwo przedziwnych zwierząt w powietrzu, na ziemi i w wodzie, aby smutna samotność nie mąciła radości, z powodu stworzonego co tylko świata" (Piotr Chryzolog: O tajemnicy Wcielenia). A potem jeszcze Pismo święte. Skończyłam właśnie Księgę Powtórzonego Prawa, odwróciłam kartę i przeczytałam: „Czyż ci nie rozkazałem: Bądź mężny i mocny? Nie bój się i nie lękaj, ponieważ z tobą jest Pan, Bóg twój, wszędzie gdziekolwiek pójdziesz" (Joz. l ,9). Nie szukałam odpowiedzi, otwierając Pismo święte gdziekolwiek, ani w jakiś inny specjalny sposób. To był właśnie tekst na Dziś. Ale był dla mnie.

Jednak czasem trudno nieść na codzień garb własnej mierności, słabości, brzydoty. To On pozwolił mi przeczytać w Pieśni nad Pieśniami: „Murem jestem ja, a piersi me są basztami, odkąd stałam się w oczach jego jako ta, która znalazła pokój". To On przez swoje patrzenie na mnie z miłością czyni mnie piękną. I staje się nieważne czy mam garb, czy zeza czy narośl na końcu nosa, czy krzywe nogi, czy wszystko razem. Prawda jest taka, jak w jego spojrzeniu. To daje poczucie pewności, pozwala żyć i oddychać spokojnie. Jestem taka, jak On mnie widzi.

Powiedziałam Mu więc kiedyś: „Pozwól mi choć na krótko popatrzeć na moją Wspólnotę Twoim wzrokiem, bo jakoś nie potrafię w nich dostrzec i kochać Ciebie". I stało się, na jakimś wspólnotowym spotkaniu, w czasie Eucharystii, że patrząc na każdą kolejno podchodzącą do Komunii św. myślałam tylko o tym, że nie mogłabym już bez niej żyć, choć przecież nic się nie zmieniło, bo to dalej są te same, z całą stertą wad i słabości, czasem potwornie nudne — moje siostry! A jednak wracając do tego momentu, mając perspektywę Tamtego Patrzenia, mogę przyjąć każdą, mogę każdą kochać.

Kiedyś dawno myślałam o tym, jak to jest, że „w nim poruszamy się, żyjemy, jesteśmy..." Widziałam to na różne sposoby, aż kiedyś w czasie pobytu nad morzem — płynąc — stwierdziłam, że to może coś podobnego, bo z każdej strony dotyka mnie woda. A w środku?! Przecież w każdej komórce jest ileś tam procent wody. A stworzenie na obraz i podobieństwo Boga — to może jeszcze więcej Jego w nas i wokół nas, niż jesteśmy sobie w stanie wyobrazić? Bo On zawsze jest przy mnie i we mnie. Czasem wręcz daje się odczuć Jego niemal fizyczną obecność. Czasem czuję ciężar na ramieniu. Odwracam głowę i uśmiecham się do Niego, bo wiem, że On ze mną idzie i podeprze mnie, kiedy będzie trzeba. A trzeba tak często! To tak, jak widzę babcię z trzylatkiem, wracającą z zakupami. Mały także niesie koszyczek, a w nim jedno jabłko i samochodzik. Gdy zaczyna być śpiący, babcia bierze go na ręce razem z koszyczkiem, jabłuszkiem i samochodzikiem. Wiem, że mój Pan jest ze mną i tylko w taki sposób mogę iść, mogę być i mogę żyć bezpiecznie.

ŚWIADECTWO: „CÓŻ ODDAM PANU ZA WSZYSTKO, CO DLA MNIE UCZYNIŁ"

Miałam 22 lata. Zakochałam się i to się stało najważniejszą sprawą mojego życia. Wszystko ustępowało na drugi plan. Gdyby nie nieśmiałość, to mogło się to źle skończyć... Nadeszła Wielkanoc. Przed wyjazdem do domu na święta, postanowiłam dopełnić obowiązku spowiedzi wielkanocnej. Przypadkowy kościół, przypadkowy konfesjonał... Ksiądz zainteresował się moim stanem i wymógł obietnice niedzielnych komunii oraz zgłoszenia się do niego za trzy tygodnie. Bez przekonania obiecałam. Po trzech tygodniach wróciłam i znowu nieoczekiwanie to samo polecenie. Powtarzało się to kilkakrotnie, aż po jakimś czasie zapytał: „No i co teraz? Przeszło?" Nawet nie wiem, jak to się stało, ale moja „miłość" gdzieś się „rozpłynęła", a mnie pozostało poczucie ogromnego wyzwolenia.

2 lutego 1947 roku. Rekolekcje. Po Komunii św. wracam na moje miejsce i wzrok pada na mszalik, otwarty na dziękczynieniu w stałych częściach Mszy świętej — „Cóż oddam Panu za wszystko, co dla mnie uczynił" (Ps. 115). I szok! W jednej sekundzie uświadomiłam sobie, jak mogło się źle skończyć, a jak Pan Bóg bez mojej współpracy, a nawet z pewnymi oporami wyrwał mnie z tego, w co lazłam. On zrobił wszystko!

Ks. Aleksander Woźny — bo to on był Jego narzędziem — tylko się uśmiechał. Codzienna Komunia św. stalą się moją potrzebą. Pan wciągał mnie coraz głębiej, a poczucie niewypłacalnego długu stale mi towarzyszyło.

Marzyłam o małżeństwie, ale małżeństwie będącym świadectwem, o rodzinie wielodzietnej. Skończyłam studia i zaczęłam pracować.

I znowu konfesjonał i pytanie: „Czy słyszałaś o Instytutach świeckich?" „Tak." „No i co?" „??" „A czy byś nie chciała...?" Ja? Z tymi wspaniałymi ludźmi? Ja? To niemożliwe. To przerasta moje możliwości. Nie dorastam do takich ludzi. Nie, to nie dla mnie. Nie podołam, zawiodę. A potem coraz częściej pojawiające się wątpliwości — a może jednak? Nie, przeceniam siebie... A jednak...

W tym czasie ucieczki szukałam kontaktów, przyjmowałam zaproszenia swatek i za każdym razem odrzucałam z poczuciem, że to mnie krępuje, ogranicza, zacieśnia, jednym słowem, że to nie dla mnie. Po odrzuceniu propozycji — poczucie wolności i znowu powracające wątpliwości, i znowu ucieczka. Wreszcie tak wyraźne poczucie winy, że przez ciągłe uniki odrzucam Jego zaproszenie i zdradzam, że podjęłam decyzje i skoczyłam w ciemność. Charyzmat Instytutu stawał się coraz bardziej moim własnym.

Nadszedł czas pierwszych ślubów. W wigilię tego dnia, wieczorem po komplecie, zostałam dłużej w kaplicy i wtedy zrozumiałam, że cierpienie Chrystusa to nie tylko krzyż, ale przez cały czas, od Wcielenia po Golgotę, spotykał się z niezrozumieniem, odrzuceniem i wrogością. On przeszedł pierwszy, a wiec będę mu w tym towarzyszyć, ofiarowując to za tych, których zobowiązywałam się wspierać modlitwą.

Pan Bóg poważnie potraktował mój dar. Przyjął go, o czym po złożeniu ślubów nieraz miałam okazję się przekonać. Jeżeli zapominałam o obietnicy, to ciężar się wzmagał. Jeżeli pamiętałam i stawałam przy Nim, to ciężar malał, bo byliśmy do jego niesienia razem. Różnie się układało, ale zawsze się przekonywałam, że jeżeli wezwał, to daje siły. Nigdy nie żałowałam wyboru.

ŚWIADECTWO: JAK INSTYTUT ŚWIECKI POMAGAŁ MI SŁUŻYĆ BOGU I LUDZIOM

Kiedy kończyłam studia, nie umiałam jeszcze odczytać swojego powołania życiowego, Szukając coraz głębszej więzi z Chrystusem korzystałam z pomocy, jaką dawało wówczas duszpasterstwo akademickie. Równocześnie Chrystus ukazywał mi coraz bardziej człowieka, jego wielkość i jego słabość; ukazywał mi różnego typu ludzkie potrzeby, które były dla mnie wezwaniem do służby. Odczuwałam wyraźnie zapotrzebowanie na pomoc ze strony Kościoła właśnie w tych dwóch dziedzinach: pogłębiania więzi z Bogiem i służenia człowiekowi.

Nie wykluczałam jeszcze wówczas całkowicie małżeństwa jako powołania życiowego, ale odsuwałam je na dalszy plan. Czasami myślałam o zakonie, który jawił mi się jako jedyna droga całkowitego oddania się Bogu, ale taka forma jakoś mnie nic pociągała. Ponadto sytuacja rodzinna i słabe zdrowie nie pozwalały na wybór takiej drogi.

Zawód, do którego się przygotowywałam i który zaczęłam wykonywać, traktowałam coraz wyraźniej jako swoje życiowe powołanie. Angażował on mnie coraz bardziej — może właśnie dlatego, że była to praca dydaktyczno-wychowawcza.

W jakimś momencie zetnęłam się z zakonem bezhabitowym, ale zobaczyłam bardzo wyraźnie, że nie byłby on pomocą w mojej pracy zawodowej. Stanowiłby raczej źródło konfliktów, bo przecież było to jednak życie zakonne. Toteż czekałam nadal, nie bardzo wiedząc na co...


Nie miałam wówczas pojęcia o istnieniu Instytutów świeckich, chociaż nieraz myślałam, że życie w świecie daje więcej możliwości praktykowania ubóstwa i posłuszeństwa niż życie zakonne.

Pewnego dnia, podczas jakiegoś spotkania studenckiego, wysłuchałam prelekcji pewnej starszej pani (w tym czasie każda osoba po czterdziestce była dla mnie „starsza"), która mówiła o trzech możliwych drogach życia: małżeństwie, zakonie i Instytucie świeckim. Pamiętam doskonale, że prelegentka była osobą świecką, bez naleciałości zakonnych w sposobie bycia i mówienia, elegancko, skromnie i gustownie ubrana i uczesana. O sprawach dotyczących bliskiej, intymnej więzi z Bogiem mówiła zwyczajnym, normalnym językiem. Ukazywała możliwość całkowitego oddania się Bogu przez śluby w zwykłym życiu świeckim. Mówiła, jak wielkie jest zapotrzebowanie na takich ludzi szczególnie w środowiskach, w których o Kościele mówi się bardzo krytycznie i nikt nie poszedłby ze swoimi problemami do księdza ani zakonnicy. Powołanie Instytutów świeckich w jej ujęciu miałoby zapełnić jakąś lukę w Kościele i świecie a osoby, które je realizują, bez żadnych zewnętrznych oznak idą do świata w imieniu Kościoła i włączają się w Jego misję. Zaskoczyło mnie, że pozostanie w świecie może być świadomym wyborem, odpowiedzią Bogu na Jego powołanie do realizacji ślubów w świeckiej wspólnocie, a nie smutną koniecznością, kiedy nie udało się nic innego.

Wysłuchana prelekcja była dla mnie szokiem, zafascynowała mnie i porwała. Nie mogłam po niej spać w nocy. Myślałam, że wszyscy uczestnicy spotkania tak ją przeżyli. Okazało się jednak, że nie miałam z kim rozmawiać o swoich odczuciach, chociaż wiele osób uznało, że prelekcja była interesująca.

Może to dziwne, ale wówczas nie wzięłam jeszcze do siebie tego, co usłyszałam. Zobaczyłam przede wszystkim wielkie zapotrzebowanie w świecie na ludzi całkowicie oddanych Bogu i pracujących razem z innymi, bez żadnej etykiety, uobecniających wszędzie Kościół. Wydawali mi się oni nadzwyczajni, specjalnie przez Boga wybrani. Nie przyszło mi na myśl, że mogłabym do nich należeć, że Bóg tego właśnie chce ode mnie.

Upłynęło jeszcze kilka lat, powołanie krystalizowało się powoli, ale ostatecznie dzięki zasłyszanej informagi, znalazłam się we wspólnocie instytutowej, chociaż wcale nie w tej, którą reprezentowała prelegentka.

Z perspektywy lat, kiedy już wycofuję się z czynnego życia zawodowego, stawiam sobie pytanie, jak wyglądałoby moje życie, gdyby nie przynależność do Instytutu. Jak Instytut pomagał mi w dążeniu do Boga i w pracy z ludźmi? Jak mi pomagał spełnić moje życiowe powołanie?

Prawdopodobnie nie założyłabym ostatecznie rodziny i rzuciła się w wir pracy zawodowej, społecznej i młodzieżowej. Czy bym jednak nie zdziwaczała? Czy nie wpadłabym w nieuporządkowany aktywizm? Czy korzystałabym w równym stopniu z pomocy Kościoła w mojej pracy z młodzieżą? Jakie byłoby moje życie bez złożenia ślubów?
Widzę szczególnie cztery dziedziny spraw, za które wdzięczna jestem Instytutowi, wdzięczna osobie odpowiedzialnej za moją formację. Nie wiem, czy doszłabym do tego wszystkiego poza Instytutem...

Pierwsza sprawa — to dowartościowanie świadomej łączności z Bogiem w ciągu dnia, ściślejszego zjednoczenia z Nim. Druga — to pogłębione rozumienie apostolstwa w ścisłym związku z relacją do Boga. Trzecia — to nadanie szczególnego kierunku pracy zawodowej. Czwarta — to oddanie się Bogu przez śluby.

l. Świadoma łączność z Bogiem w ciągu dnia

Wchodząc do Instytutu miałam prawie trzydzieści lat, byłam na stanowisku, zdobyłam już trochę doświadczenia zawodowego. Opiekowałam się niedołężną matką. Łączyła mnie głęboka więź z Chrystusem; Msza św. stanowiła najważniejsze wydarzenie dnia, często korzystałam z sakramentu pokuty, który bardzo ceniłam, traktując go jako osobowe spotkanie z miłosiernym Bogiem. Wiedziałam, że Bóg chce, bym dla Niego poświęcała około pół godziny dziennie na osobistą modlitwę. Ciągle jednak miałam świadomość, że moja więź z Bogiem powinna być jakaś głębsza i bliższa. Byłam otwarta na każdą pomoc ze strony innych w tej dziedzinie. Problem ten nieraz wypływał w konfesjonale, jednak tam tłumaczono mi, że wystarczy rano wzbudzić intencję, że nie można zawsze myśleć o Bogu, że nie trzeba dziwaczyć, że należy wystrzegać się egzaltacji, że wystarczy porządna praca i zachowywanie przykazań.

W Instytucie potraktowano inaczej to zagadnienie. Do dziś pamiętam rozmowę z osobą odpowiedzialną za moją formację (pamiętam nawet, z której strony siedziałam wtedy przy stole). Kiedy rozważałam wówczas jeden z punktów miesięcznych spotkań: „zachowanie rytmu modlitwy i pracy". Uderzyło mnie wówczas ujmowanie naszej relacji do Boga w kategoriach „współżycia z Bogiem". To było to czego szukałam — ogarnięcia przez Boga całego człowieka z jego myślą, wolą, uczynkami, bliska współpraca z Bogiem. Określenie „współżycie z Bogiem" towarzyszy całemu memu życiu i odnajduję w nim ciągle nowe, bogate treści. W Instytucie zwrócono mi uwagę na obcowanie z Bogiem w ciągu dnia, na wysiłek coraz częstszych świadomych zwrotów ku Bogu w czasie działalności i odpoczynku, na znaczenie czasu poświeconego wyłącznie Bogu, na przeniknięcie modlitwą pracy, tak by ona przygotowywała do modlitwy, a modlitwa czysta wywierała wpływ na pracę...

Instytut pomagał mi także żyć Ewangelią, wczytywać się w nią codziennie i przekładać na język życia, znajdować w niej odpowiedź na różne życiowe trudności. Gdy teraz sama pomagam innym wchodzić na drogę świeckiego życia konsekrowanego, dostrzegam, jak im nieraz trudno łączyć Ewangelię z życiem, jak trudno spojrzeć na przeżywane problemy w świetle słów Chrystusa.

Ogromną pomocą w tej dziedzinie jest dzielenie się Ewangelią we wspólnocie, bo inne osoby odkrywają często coś, co nam nie przyszłoby wcale do głowy. Nic nie zastąpi oddziaływania przez wspólnotę!

W Instytucie od początku zwracano uwagę na to, by czyn wypływał z modlitwy i to chroniło od aktywizmu. Nieraz tak trudno było znaleźć czas na modlitwę, wymagało to niemal bolesnej walki. Ludzkie potrzeby były naglące i łatwo mogłam dać się pochłonąć działaniu, sprowadzić wszystko do płaszczyzny czysto przyrodzonej, gdyby ktoś nie czuwał przy mnie w tych sprawach.


Wszystko to uczyło, jak realizować w praktyce kontemplacyjno-czynne powołanie w warunkach świeckiego życia. Miesięczne rozmowy z osobą odpowiedzialną za moją formację wnosiły tu dużo światła, były ważnym dopełnieniem tego, co dawał konfesjonał, pozwalały w klimacie siostrzanego zaufania omówić i rozważyć pewne sprawy, toteż stanowiły dla mnie niezastąpioną niczym pomoc.

2. Apostolstwo

Kiedy wchodziłam do Instytutu, moje rozumienie apostolstwa było niepełne i chyba niezupełnie prawidłowe. Traktowałam je po prostu jako służbę człowiekowi. Nie miałam tendencji do prawienia nauk, do nawracania. Pracowałam przecież z młodzieżą w okresie stalinowskim i postalinowskim; trzeba było położyć akcent raczej na świadectwo życia niż mówienie. Wydawało mi się jednak, że najlepiej bym apostołowała, gdybym uczyła religii, a wiec bezpośrednio przekazywała wiedzę o Bogu. Tymczasem ukończyłam studia całkowicie świeckie i nawet nie humanistyczne. Nie miałam przygotowania ani pedagogicznego, ani psychologicznego. Praca moja dydaktyczno-wychowawcza „poleciała" za intuicją, na żywioł. Apostolstwo łączyło mi się wówczas z pracą poza zawodem, np. w działalności charytatywnej przy parafii.

Instytut ukazał mi, że apostolstwo — to przede wszystkim świadczenie o Bogu swoim życiem, postawą, sposobem rozwiązywania problemów; że zależy ono bezpośrednio do mojego zjednoczenia z Bogiem, na które muszę zwrócić szczególną uwagę. Ukazano mi, że w mojej sytuacji ważniejsze niż mówienie o Bogu jest słuchanie, wsłuchiwanie się w drugiego człowieka, okazanie mu bezinteresownej pomocy i przyjaźni. Nie narzucanie własnego sposobu rozwiązywania problemów, lecz pobudzanie do refleksji i czekanie, cierpliwe czekanie, bo czasem długo trzeba czekać, aby ktoś się otworzył ze swymi problemami.

Pomaganie innym nie jest tylko dawaniem, tęcz wspólnym przeżywaniem trudności, problemów, wymianą. Wyniosłam z domu przekonanie, że trzeba robić coś dobrego dla innych, że tego Bóg wymaga. Pojmowałam to jednak jako dawanie z pozycji tego, który coś ma, tym, którzy nie mają. Wiedziałam oczywiście, że trzeba to robić bardzo delikatnie, ale w praktyce sprowadzało się to do odwiedzenia kogoś, dania pieniędzy, prezentu, kwiatków... W Instytucie zrozumiałam, że to musi być po prostu dzielenie się wszystkimi posiadanymi darami, zdolnościami, wiedzą, kwalifikacjami, umiejętnością, a przede wszystkim przyjaźnią, która bardziej jest ludziom potrzebna niż pomoc materialna. Nauczyłam się trwać przy ludziach w sytuacjach po ludzku beznadziejnych, kiedy wydaje się, że nie można nic pomóc.

Pamiętam, że kiedyś jeszcze w okresie mojej wstępnej formacji w Instytucie, zostałam poproszona, żebym odwiedziła leżącą w szpitalu matkę dwojga dzieci. Kupiłam czekoladki, kwiatki i poszłam do szpitala. Porozmawiałam z chorą pół godziny i poszłam do domu z poczuciem dobrze spełnionego apostolskiego uczynku (chorych nawiedzać). Jakież było moje zdziwienie, kiedy nie zapytano mnie wcale o to, co chorej zaniosłam, lecz o to, czego tej osobie potrzeba, jaką sytuację zostawiła w domu... kto opiekuje się dziećmi itp. Na te pytania nie miałam odpowiedzi. Tłumaczono mi wtedy, że trzeba umieć zobaczyć całego człowieka z jego powiązaniami rodzinnymi, zawodowymi, społecznymi. Okazało się, że chora matka nie tyle potrzebowała kwiatów, ile znalezienia kogoś, kto mógłby bezinteresownie pomóc w matematyce dwunastoletniej córce.

Teraz, gdy wprowadzam młodych w służbę innym, lubię podsunąć im człowieka potrzebującego, o którego razem się troszczymy, oczywiście zostawiając bezpośredni kontakt młodemu. I okazuje się, jak bardzo im jest potrzebny ktoś, kto ukaże szerokie perspektywy i różne potrzeby człowieka. I widzę nieraz na ich twarzach to samo zdziwienie, jakie malowało się ongiś na mojej.

W Instytucie zrozumiałam także, że czasem potrzeba kilku osób, aby komuś naprawdę pomóc. Może być potrzebny i lekarz, i prawnik, i pedagog... Bywają sytuacje, że odsyłam osobę potrzebującą do innej siostry z mojego lub innego Instytutu wiedząc, że ona potraktuje ją poważnie, z miłością i uczyni dla niej wszystko, co będzie mogła, a pomoc będzie nie dyletancka lecz fachowa.

3. Praca zawodowa

Instytut pokazał mi, że praca zawodowa jest terenem mego uświęcania, zbliżania się do Boga, współdziałania ze Stwórcą, z Duchem Uświęcicielem, z Chrystusem — Dawcą Odkupienia. Takie ujęcie znajduje potwierdzenie w słowach Papieża, wypowiedzianych w Warszawie na Agrykoli, podczas czwartej pielgrzymki do Polski: „Do współpracy z Bogiem jesteśmy wszyscy powołam".

Mając taką perspektywę, starałam się nie marnować tego wszystkiego, co było jakimś cierpieniem związanym z pracą, a więc samego trudu pracy, trudności we współżyciu z innymi, braku widocznych wyników w nauczaniu i wychowaniu. Oddawałam to wszystko Chrystusowi—Odkupicielowi, by nadał temu moc zbawczą.

Dzięki Instytutowi zrozumiałam, że praca jest głównym terenem mego apostolstwa, że mój zawód jest służbą człowiekowi, bo ma pomagać młodym ludziom w kształtowaniu osobowości, a rodzicom w wychowaniu. Oczywista zatem stała się dla mnie konieczność dokształcania się w mojej specjalności, abym była dobrym fachowcem, a także konieczność zdobywania i pogłębiania wiedzy teologicznej.

Pamiętam, z jakim zainteresowaniem przetrawiałam pierwszą autorytatywną wypowiedź Kościoła na temat wychowania — encyklikę Piusa XI Divini illius magistri — chociaż nie ułatwiał tego jej kwiecisty język i swoisty styl. Były to czasy, kiedy szkoła i wyższe uczelnie chciały wziąć w swe ręce wychowanie młodzieży, odsuwając rodziców na dalszy plan. W encyklice przeczytałam jednak, że rola nauczyciela, wychowawcy szkoły jest służebna w stosunku do rodziny... To mi pomogło zająć właściwą postawę. Na zebraniach z rodzicami mówiłam, że to oni decydują o kierunku wychowania, że nie mogą dać sobie odebrać swoich praw, że ja chcę tylko im pomóc. Słuchali ze zdziwieniem, a ja dobrze poczułam się w roli pomocniczej, bo rodzice często byli starsi ode mnie i z tej pozycji łatwiej im było przyjąć moje słowa, uwagi i rady.

Z równym zapałem studiowałam potem dokumenty soborowe, mówiące o wychowaniu, a przede wszystkim Konstytucje duszpasterską o Kościele — Gaudium et spes — i Deklaracje o wychowaniu chrześcijańskim. Bardzo mi one rozjaśniły szereg zagadnień. Pod ich wpływem zaczęłam dokształcać się w psychologii, dydaktyce i pedagogice, co bardzo mi pomogło w mojej pracy z młodzieżą i rodzicami. W wypowiedziach soborowych znajdowałam często, ku mojej radości, potwierdzenie tego, do czego sama doszłam, nie mając jednak pewności, że to jest słuszne. Instytut stwarzał możliwość rozmawiania na te tematy z innymi, wspólnego poszukiwania jak w konkretnych warunkach można najlepiej zastosować poznaną teorię. Dzięki niemu nadal śledzę uważnie wypowiedzi Kościoła na tematy wychowawcze wiedząc, że to mnie obowiązuje.

Instytut pomógł mi nie tylko skoncentrować się na młodym człowieku, któremu starałam się przez zawód służyć, ale również w relacjach koleżeńskich w pracy, a mianowicie przez staranie się znalezienia punktów stycznych z kolegami i koleżankami, mimo dzielących nas nieraz bardzo dużych różnic światopoglądowych, co do sposobów dydaktycznych i wychowawczych. To pozwalało wspólnie nachylić się nad młodym człowiekiem, jego potrzebami i trudnościami. Gdyż zawsze gdy się bardzo chce, przy kolosalnych różnicach znaleźć można choćby bardzo małe odcinki, na których można się spotkać. Taka postawa pozwoliła mi przetrwać czasy stalinowskie i postalinowskie. Myślę, że to nastawienie owocować będzie także w warunkach politycznej wolności. Zawsze potrzebna będzie umiejętność prowadzenia dialogu, słuchania drugiego człowieka i znajdowania języka, który byłby dla niego zrozumiały.

Pracując z młodzieżą, starałam się nawiązywać kontakty z przedstawicielami duszpasterstw specjalistycznych i stwierdzam, że jest to bardzo potrzebne człowiekowi, pracującemu w oparciu o struktury świeckie. Służy to między innymi do wypracowywania etyki zawodowej, pozwala lepiej ukazać moralne perspektywy danego zawodu. Z drugiej strony fachowa wiedza człowieka świeckiego może służyć także duszpasterzom. Do tej współpracy zachęcił mnie również Instytut. Sama pewnie nie nawiązałabym tych kontaktów, ponieważ pochodziłam ze środowiska, gdzie otaczało się księży szacunkiem, ale trzymało się od nich na odległość. Nie do pomyślenia była jakaś partnerska z nimi rozmowa czy współpraca. A to jest lak potrzebne, jeśli chce się realizować współodpowiedzialność świeckich i kapłanów za Kościół.

4. Oddanie się Bogu przez śluby

Złożone w Instytucie śluby włączyły mnie ściślej w struktury kościelne i pogłębiły moją więź z Kościołem. Równocześnie wzrosło we mnie poczucie współodpowiedzialności za Kościół. Wyrazem tego stalą się bardziej intensywna modlitwa za Kościół w Polsce i świecie, za diecezję i parafię, za papieża, episkopat, własnego ordynariusza i kapłanów.

Ślub czystości w celibacie otworzył mi nowe horyzonty bliskości z Bogiem i ludźmi. Relacja do Chrystusa miała rys jakiejś wyłączności, której nie umiem lepiej określić, jak tradycyjnym zwrotem „stosunek oblubieńczy". Coraz bardziej realne stawało się też spotykanie Chrystusa w ludziach — nieraz niełatwych, nudnych, zakłamanych, przewrotnych i niesympatycznych, ludziach potrzebujących — i tych, którzy mieli niby wszystko, i buntujących się młodych. Więź z Chrystusem przyjmowała z czasem kształt duchowego macierzyństwa. Było to "dla mnie wielkie dowartościowanie natury kobiecej, stworzonej przecież do macierzyństwa. Dawało mi to dużą swobodę działania i bycia. Pragnęłam coraz bliżej jednoczyć się z Chrystusem Odkupicielem, miłującym każdego człowieka, z Chrystusem, który także przeze mnie chciał kochać i zbawiać. Ślub swój przeżywam jako wielki dar, dany nie tylko dla mnie, lecz przede wszystkim dla ludzi z mego środowiska. Potęgował jeszcze to odczucie fakt, że przeżywałam swoje śluby w świecie i na sposób świecki.

Apostolska wartość ślubu ubóstwa ukazała mi się z całą wyrazistością parę lat temu, kiedy przyjechała do mnie dawna uczennica, z którą utrzymywałam bliskie kontakty, matka pięciorga dzieci. Była załamana z powodu trudnej sytuacji finansowej. Po ostatnim, bardzo chorowitym dziecku, nie pracowała przez cztery lata, a z jednej pensji męża trudno było wyżyć. Koleżanki jej chwaliły się różnymi inwestycjami; jedna zrobiła w domu piękne boazerie, druga kupiła puchaty dywan, trzecia auto... Dzieci zaczynały się wstydzić, że u nich jest tak biednie, że na wiele rzeczy niema pieniędzy. I matka dobrej, katolickiej rodziny, pracowita i gospodarna, zaczęła mieć na tym tle poważny kompleks, jakoś się zagubiła i zaplątała. W rozmowie starałam się jej otworzyć oczy na to, co jest w życiu prawdziwą wartością, pokazać, że jej piątka dzieci jest o wiele cenniejsza niż dywan czy boazeria. Mówiłam o konieczności wybierania tego, co jest większą wartością, o tym co Chrystus mówi o stosunku do dóbr materialnych, o jego ogołoceniu i ubóstwie. Po jakimś czasie napisała mi, że otworzyłam jej oczy i ukazałam zupełnie nową perspektywę, że dzięki mnie zrozumiała, że ma się nie wstydzić tego, że ma gorszą od otoczenia sytuację materialną i że jej zadaniem jest ukazywanie otoczeniu, że są większe wartości niż materialne. Dodała, że wyprowadza dzieci z kompleksów niższości.

Przeżycie to pozwoliło mi raz jeszcze uświadomić sobie, ile mi dał ślub ubóstwa, jak ukształtował we mnie ewangeliczne podejście do dóbr materialnych, właściwą hierarchię wartości. Bez tego nie umiałabym pomóc załamanemu człowiekowi...

Ślubując ubóstwo w życiu świeckim, zachowujemy własność osobistą, a równocześnie razem z innymi przeżywamy ryzyko braku posiadania, borykamy się z trudnościami materialnymi. Z tej pozycji, gdy człowiek sam boryka się z różnymi problemami życiowymi, łatwiej jest podtrzymać na duchu koleżankę czy kolegę, mających kłopoty z mieszkaniem czy pracą. Uczestniczy się przecież we wspólnym losie, nie korzystając z tych zabezpieczeń, jakie daje życie zakonne.

Posłuszeństwo także ma swój wymiar świecki. Śledziłam ostatnio wyniki ankiety, przeprowadzonej w Polsce. Dotyczyła ona w części pierwszej stosunku do papieża jako autorytetu moralnego, a w części drugiej stosunku do pewnych ważnych problemów moralnych, jak aborcja, używanie środków antykoncepcyjnych, celibat księży itp. Ankieta najpierw została przeprowadzona przed przyjazdem papieża, a potem w identycznej formie w dwa tygodnie po jego pielgrzymce. Okazało się, że nie było specjalnych różnic w odpowiedziach. Ponad 90% respondentów uznawało moralny autorytet papieża, ale tylko około 30% opowiedziało się w drugiej części ankiety zgodnie z jego nauczaniem — i to zarówno przed pielgrzymką papieską jak i po niej.

Na tym tle zobaczyłam, jak istotny wpływ z chrześcijańskiego punktu widzenia wywarł na mnie ślub posłuszeństwa, który każe mi na każdy dzień odczytywać i wypełniać wolę Bożą, iść za Chrystusem posłusznym Ojcu, słuchać Go także, kiedy przemawia do nas w Kościele głosem Hierarchii i Papieża. Posłuszeństwo Bogu każe mi również być czujną na potrzeby innych, przyjmować wymogi pracy zawodowej, odczytywać znaki czasu. Posłuszeństwo każe mi szukać światła w Ewangelii i starać się przyjmować całą naukę Chrystusa, nie tylko to co mi w niej odpowiada. Uczy prowadzenia dialogu z odpowiedzialną w Instytucie, ale także w pracy, z młodzieżą, ze spotkanym człowiekiem, z kapłanem. Pogłębia moją wolność, istotny element mej osobowości. Wychowuje mnie do podejmowania przemodlonych i przemyślanych decyzji. Taka „szkoła" pomaga również wychowywać młodzież do wolności i odpowiedzialności, do dialogu i szukania prawdy.

Znam kilka osób, które nie założyły rodziny i idą przez życie w „pojedynkę". Starają się być wierne Bogu i służą dobrze ludziom. Jest mi ich jednak trochę żal. Nie zaznały tego, co może dać wspólnota — szczególnie taka, jak Instytut świecki. Za swoją wspólnotę i za wszystko, co mi ona dała, dziękuję nieustannie Bogu.