Marcin Jakimowicz: Dom Starców

- Abba, to teraz całkiem będę musiał wyrzec się świata? – Nie bój się – odparł starzec. – Jeśli twoje życie będzie naprawdę chrześcijańskie, to świat natychmiast wyrzeknie się ciebie. W czym jeszcze ojcowie pustyni pomogą Kowalskiemu?

Rozprzestrzeniła się pustka – wołał Benedykt XVI na rozpoczęcia Roku Wiary. – Ale właśnie wychodząc od doświadczenia tej pustyni, możemy odkryć na nowo radość wiary. Na pustyni odkrywa się wartość tego, co jest niezbędne do życia. Na pustyni trzeba nade wszystko ludzi wiary, którzy swym własnym życiem wskazują drogę ku ziemi obiecanej.

Zachwyciła mnie ta diagnoza. Wykonałem manewr Ctrl+C, Ctrl+V i szybko wkleiłem ją sobie do notatnika. Żyjemy na pustyni.

W pierwszych wiekach chrześcijaństwa mnisi uciekali na pustynię – opowiadał mi Pierre Marie Delfieux, założyciel Wspólnot Jerozolimskich. – Dziś podróżują metrem, a do swych zakonnych cel dojeżdżają windami. Mieszkają w sercach miast. To dopiero pustynia! Sahara w porównaniu z nią to mała kupka piachu.

Na starość się „świeci”

To nie jest kraj dla starych ludzi. Zepchnięci na margines przez tych, którzy „zabierają babciom dowód”, siedzą pozamykani w swych mieszkankach, ściskają w rękach piloty i zdumieni oglądają nastolatków dzielących się z nimi swą wiedzą o aborcji, wojnach, demokracji i globalnym ociepleniu.

- Na górze Athos nie zdarza się, by kantorami zostawali młodzi mnisi. Starsi otaczani są niezwykłym szacunkiem. Zasada jest taka: jeśli mnich żyje pobożnie, to na starość „świeci”. Jest, jak głosi wschodnia teologia, przeniknięty światłem Taboru – opowiada o. Tomasz Grabowski, dominikanin. Identycznym szacunkiem starcy otaczani są w Kościele koptyjskim. Koptowie nie znają pojęcia „domu księży emerytów”.

- Szacunek dla mnicha jest nieporównywalny z niczym – wyjaśnia Marcin Bornus-Szczyciński, który wielokrotnie odwiedzał koptyjskie klasztory. – Mnich nie może wyjść na ulicę, by nie zostać obcałowanym, przywitanym, zagadywanym. Przez dłuższy czas mieszkałem w jednym z klasztorów i widziałem, jak Koptowie są dumni z tego, że to u nich rozkwitł monastycyzm. Oni kompletnie nie rozumieli naszych opowieści o „księżach emerytach”. Emerytura? Od czego? – zachodzili w głowę. Oni nie znają takiego pojęcia, bo największą czcią darzeni są od wieków właśnie starcy!

Na przełomie wieków III i IV pojawił się w egipskim chrześcijaństwie potężny ruch, obejmujący dziesiątki tysięcy ludzi. Wielu mężczyzn porzucało swoje domy rodzinne, by udać się na pustynię i tam spędzić resztę życia sam na sam z Bogiem. Ich sława przyciągała innych, którzy zapragnęli pójść ich śladami.

Gdzie diabeł nie może? W pokorze!

„Był pewien pustelnik, który wypędzał złe duchy i pytał się ich: - Co was wypędza: posty? Odpowiedziały: - My nie jadamy ani nie pijamy. – Czuwania? – Odrzekli: My nie śpimy! – Życie pustelnicze? – Odparli: - My sami mieszkamy na pustelni. – Wiec co was wypędza? Odpowiedziały: - Nic nas pokonać nie może oprócz pokory” (żywot św. Antoniego).

Opowieści starców przeżywają dziś prawdziwy renesans. Ich ponadczasowe rady okazują się strzałem w dziesiątkę nawet dla tych, którym słowo „abba” kojarzy się jedynie z piosenką „Money, Money, Money”.

- Ruch ten rozpoczął się od ruchu pustelniczego, następnie rozwinęły się formy wspólnotowe, a więc zakonne – wyjaśnia ks. prof. Marek Starowieyski. – Kim byli ojcowie pustyni? byli to przeważnie ludzie prości: rolnicy, pasterze, wielbłądnicy, ciastkarze, cyrulicy itd., a choć spotykamy wśród nich ludzi z miasta, ogromną większość stanowią chłopi. Opuściwszy miasto czy wieś rodzinną, pustelnicy udawali się na pustynię okalającą dolinę Nilu, na pustynię Synaju, Pustynię Judzką czy otaczającą Gazę.

Tonący wrak

Świat Zachodu odkurzył przypowieści wypowiadane pod prażącym słońcem Egiptu dzięki Tomaszowi Mertonowi. „W IV wieku po Chr. pustynie Egiptu, Palestyny, Arabii i Persji zaludniała dziwna rasa” – wyjaśniał trapista w swej znakomitej książce „Mądrość pustyni” (Esprit, Kraków 2007). Byli to pierwsi pustelnicy chrześcijańscy; porzucali miasta pogańskiego świata, by żyć w samotności. Co ich do tego skłaniało? Było wiele rozmaitych przyczyn, lecz da się je wszystkie streścić w jednym słowie: „zbawienie”. Ojcowie pustyni byli pionierami, którzy nie dają się porównać z nikim poza niektórymi prorokami, jak św. Jan Chrzciciel, Eliasz, Elizeusz, czy apostołami. Poszukiwali zbawienia. Pogańskie społeczeństwo uznali za tonący wrak, z którego każdy musi uciec sam, o własnych siłach, jeśli ma ocalić życie. Ludzie ci nie godzili się, by rządziło nimi dekadenckie państwo, i wierzyli, że istnieje możliwość rozwoju bez pozostawania w niewolniczej zależności od uznanych społecznie wartości. Nie mieli jednak zamiaru umieszczać się ponad społeczeństwem. Nie odrzucali go z dumną wzgardą, jak gdyby górowali nad innymi ludźmi.

Dlaczego wybierali pustynię? – Bóg mówi: wyprowadziłem cię na pustynię, by okazało się, co naprawdę nosisz w sercu – przypomina o. Stanisław Jarosz, paulin.

- Post, pustynia jest takim przygotowaniem artyleryjskim do nawrócenia. Pokazuje, co naprawdę we mnie siedzi. Widzisz swoje leniwe wnętrze, które nie akceptuje dyskomfortu i niewygody.

„Nie żądam od was wielkich rozmyślań ani wytężonej pracy rozumu. Żądam tylko, żebyście na Niego patrzyły” – tłumaczyła mniszkom wiele wieków później Teresa Wielka. Ojcowie pustyni w mig pojęli, co miała na myśli. „Patrzenie na Niego” było kwintesencją ich życia.

Starcy jak dzieci

„Najradośniejszą pracą wykonaną przeze mnie w tym roku był przekład kilku powiedzeń ojców pustyni” – zachwycał się Tomasz Merton. „Tłumaczyłem stronę lub dwie zawsze, gdy miałem chwilę wolną od przygotowań do konferencji nowicjatu. Za każdym razem, gdy je czytam, moją duszę wypełnia woń ich prostoty i chcę być tak pokorny i skromny jak ci ludzie. Ich słowa są pełne słonecznego światła. Ojcowie pustyni są jak dzieci, a mogą być tacy, tylko będąc bardzo silni. W ich lakonicznych powiedzeniach więcej jest jasności i radości niż w wielu długich ascetycznych traktatach, pełnych szczegółów dotyczących pokonywania kolejnych „szczebli” duchowej wspinaczki” – wyjaśniał autor „Siedmiopiętrowej Góry”.

Mądrość starców nie ma w sobie cienia teoretycznych rozważań. Nie była owocem sterty przeczytanych książek, a jedynie obserwacjami płynącymi z modlitewnej praktyki. Starcy dzielili się jedynie tym, czego doświadczyli na własnej skórze. „Ojcowie byli pokorni i cisi – pisał Merton. – Nie mieli wiele do powiedzenia. Na pytania odpowiadali w kilku słowach, zawsze na temat. Zamiast abstrakcyjnych reguł woleli konkretne opowieści”.

Przykład? „Czym jest pokora?” – zapytano jednego ze starców. Odpowiedział: „Jeśli ktoś błogosławi temu, kto czyni mu zło, to posiada doskonałą pokorę”.

Jak zostawało się mnichem? – Człowiek odczuwający powołanie do życia zakonnego udawał się do starca (abba) – człowieka doświadczonego w życiu wewnętrznym, aby u niego przygotować się do trudnego życia pustelniczego – wyjaśnia ks. prof. Starowieyski. – Starzec nie przyjmował ucznia od razu: doświadczał go, próbował jego pokorę i wytrwałość. Przyjęcie ucznia łączyło się ze zmianą stroju – otrzymywał strój życia pustelniczego, symbol przyobleczenia się w nowego człowieka.

„W Dolinie Cel odbywała się uroczystość i bracia jedli wspólnie posiłek – czytam w „Mądrości pustyni”. – Jeden z nich odezwał się do któregoś z usługujących przy stole: - Nie jadam niczego gotowanego, daj mi tylko trochę soli do suchego chleba. Usłyszało to całe zgromadzenie. Jeden ze starców powiedział do brata, który poprosił o sól: „Lepiej byś zrobił, jedząc dziś mięso sam w swojej celi, niż pozwalając, aby twe słowa słyszało tak wielu braci”.

Czytam znakomite przypowieści ojców pustyni i zastanawiam się, czy naprawdę przez ostatnie 1700 lat tak wiele się w tej materii zmieniło?


W: Gość Niedzielny, 2 grudnia 2012 r., s. 26 i 28.